Klasyka tematu, czyli Interstellar
Nie mogło być inaczej i po prostu musiałem rozpocząć to zostawienie od filmu Nolana. Skłamałbym, pisząc, że uwielbiam tę produkcję wyłącznie za jej naukową wierność. To przede wszystkim trzymająca w napięciu fabuła, genialny soundtrack i świetne efekty dźwiękowe. Ale i jednoczesna świadomość, że oglądamy coś, nad czym czuwali specjaliści od kosmosu, dodaje seansowi uroku.
Fabuła rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w świecie dotkniętym katastrofą ekologiczną i stopniowym upadkiem rolnictwa. Główny bohater, były pilot NASA Cooper, dołącza do tajnej misji mającej na celu znalezienie nowej planety nadającej się do życia dla ludzkości. Załoga wyrusza przez tunel czasoprzestrzenny w pobliżu Saturna, aby zbadać układ planet znajdujących się w pobliżu ogromnej czarnej dziury o nazwie Gargantua. Aspekty naukowe zostały dopieszczone dzięki ścisłej współpracy twórców z fizykiem teoretycznym. Kip Thorne, bo o nim mowa, jest laureatem Nagrody Nobla i specjalistą od ogólnej teorii względności. Postawił twórcom warunek: wszystko, co pojawi się w Interstellar, musi być zgodne z aktualną wiedzą naukową albo przynajmniej wynikać z realnych hipotez fizycznych, a nie z czystej fantazji.
Najbardziej znanym przykładem tego realizmu jest przedstawienie wspomnianej Gargantui. W wielu filmach science fiction czarne dziury są po prostu ciemnymi wirami pochłaniającymi wszystko wokół. W Interstellar jej wygląd został wygenerowany na podstawie rzeczywistych równań opisujących zakrzywienie światła w pobliżu ekstremalnie masywnego obiektu. Jasny pierścień wokół czarnej dziury nie jest efektem artystycznym, lecz dyskiem akrecyjnym, którego światło zostaje zniekształcone przez grawitację. Co ciekawe, obliczenia stworzone na potrzeby filmu były na tyle dokładne, że później wykorzystano je również w publikacjach naukowych.
Dodajmy do tego sensownie przedstawioną dylatację czasu wynikającą z teorii względności, za sprawą której kilka godzin spędzonych na powierzchni planety znajdującej się blisko czarnej dziury odpowiada wielu latom dla ludzi pozostających daleko od silnego pola grawitacyjnego. Przewidywał to już Einstein: Im silniejsza grawitacja, tym wolniej płynie czas dla obserwatora znajdującego się w jej pobliżu. Podróże kosmiczne również nie budzą większych wątpliwości, wszak statki poruszają się zgodnie z zasadami mechaniki orbitalnej. Wiele scen pokazuje znaczenie paliwa, przeciążeń, dokowania i ograniczeń technologicznych. Nawet sztuczna grawitacja na statku Endurance została przedstawiona poprzez obrót całej konstrukcji, co odpowiada rzeczywistym koncepcjom inżynieryjnym rozważanym przez naukowców od dekad.
Trafne podejście do tematu sztucznej inteligencji – Ex Machina
Ex Machina to jeden z tych filmów science fiction, które są dość oszczędne w środkach audiowizualnych, a jednocześnie potrafią zaimponować treścią. Z punktu widzenia dzisiejszego tematu kluczowy jest fakt, iż twórcy odnoszą się do pytań o to, czym właściwie jest inteligencja i czy człowiek potrafiłby rozpoznać prawdziwą świadomość u maszyny. Fabuła opowiada o młodym programiście – Calebie – który zostaje zaproszony do odizolowanego laboratorium Nathana, genialnego twórcy technologicznego imperium. Na miejscu Caleb dowiaduje się, że ma uczestniczyć w eksperymencie dotyczącym humanoidalnej sztucznej inteligencji o imieniu Ava.
Początkowo sytuacja przypomina klasyczny test Turinga. Caleb prowadzi rozmowy z Avą, próbując ocenić, czy rzeczywiście posiada ona świadomość i zdolność samodzielnego myślenia. Film szybko jednak odwraca tradycyjne założenie tego testu. W oryginalnej koncepcji Alana Turinga człowiek nie powinien wiedzieć, czy rozmawia z maszyną czy z drugim człowiekiem. Tutaj Caleb od początku widzi, iż Ava jest robotem. Mimo to stopniowo zaczyna reagować na nią emocjonalnie, ufać jej i przypisywać ludzkie cechy. Dzięki temu film stawia znacznie ciekawsze i bardziej współczesne pytanie: nie czy maszyna potrafi udawać człowieka, ale czy potrafi tak dobrze modelować ludzkie emocje i zachowania społeczne, że człowiek zacznie traktować ją jak osobę.
To właśnie sprawia, że Ex Machina jest w mojej ocenie przykład jednej z najbardziej realistycznych wizji sztucznej inteligencji w kinie. Ava nie jest wszechwiedzącym superkomputerem, który w kilka sekund przejmuje kontrolę nad światem. Jej siła polega przede wszystkim na rozumieniu ludzi: obserwowaniu ich reakcji, budowaniu zaufania i manipulowaniu emocjami. W tym sensie film okazał się wyjątkowo trafny, zwłaszcza z perspektywy współczesnych systemów AI opartych na ogromnych zbiorach danych i analizie ludzkiego języka. Ava została wytrenowana na podstawie gigantycznych ilości danych pochodzących z wyszukiwarki i urządzeń użytkowników. Dziś takie podejście wydaje się wręcz oczywiste, ponieważ nowoczesne modele językowe również rozwijają się dzięki analizie ogromnych zasobów tekstów, rozmów i zachowań ludzi w internecie. Ale pamiętajmy, że mówimy o produkcji sprzed dwunastu lat.
Chemia w przestępczym wydaniu: Breaking Bad
Jeden z najwyżej ocenianych seriali w historii i to taki, w którym chemię potraktowano z głową? Grzechem byłoby pominąć Breaking Bad. Historia Waltera White’a – nauczyciela chemii cierpiącego na raka płuc – który wraz ze swoim byłym uczniem Jesse’em Pinkmanem zaczyna produkować metamfetaminę, to już klasyka małego ekranu. Oczywiście chemia nie jest w tym przypadku na pierwszym planie, wszak mówimy o produkcji, w której przewija się masa wątków. Ale powtórzę to po raz kolejny: Breaking Bad nie robi z chemii wydmuszki. Walter nie jest magikiem, który jednym ruchem tworzy niemożliwe substancje. Jego przewaga wynika z rozumienia reakcji chemicznych, czystości reagentów, temperatury, ciśnienia i metod syntezy. Serial pokazuje, że nawet niewielkie błędy mogą zniszczyć cały proces albo doprowadzić do katastrofy.
Twórcy bardzo dbali o wiarygodność chemicznych szczegółów. Konsultantką była chemiczka organiczna Donna Nelson, profesor z Uniwersytetu Oklahomy, która pomagała scenarzystom i pilnowała, by używana terminologia oraz laboratoryjne procedury miały sens naukowy. Dzięki temu wiele scen brzmi i wygląda przekonująco nawet dla osób związanych z chemią zawodowo. Serial trafnie pokazuje również sposób myślenia chemika. Walter White nie rozwiązuje problemów siłą (przynajmniej tych naukowych – w innych przypadkach sprawy mają się nieco inaczej). Ale do chemii ma jak najbardziej analityczne podejście i patrzy na świat jak naukowiec: rozbija problemy na procesy, szuka zależności, wykorzystuje wiedzę praktyczną.
Wiele laboratoryjnych elementów okazuje się zaskakująco realistycznie przedstawionych. Sprzęt chemiczny, szkło laboratoryjne, procedury oczyszczania i reakcje chemiczne często przypominają prawdziwą pracę chemików. Serial dobrze oddaje także znaczenie czystości produktu oraz kontroli procesu syntezy. W prawdziwej chemii uzyskanie wysokiej czystości substancji rzeczywiście jest oznaką wysokich kompetencji i precyzji technicznej, a nie prostego “gotowania”. I tak właśnie było w Breaking Bad.
Czarnobyl – trochę podkolorowany, ale i tak mówimy o imponującym realizmie
Katastrofa w Czarnobylu była zwykle ukazywana albo w formie dokumentów albo… horrorów. Twórcy serialu od HBO mieli więc twardy orzech do zgryzienia: pokazać ten temat z dużą zgodnością z faktami, ale przy jednoczesnym wciągnięciu widza. Nie wiem czy dało się to zrobić lepiej, bo Czarnobyl to po prostu genialna produkcja.
Skoro we wcześniejszych przypadkach streściłem fabułę, to i tutaj to zrobię, choć zapewne każdy może ją przewidzieć. Serial ten opowiada o wydarzeniach związanych z wybuchem reaktora numer 4 w elektrowni jądrowej w Czarnobylu w 1986 roku oraz o próbach opanowania skutków katastrofy. Zamiast budować historię wokół sensacyjnych efektów czy przesadzonego zagrożenia, skupia się na fizyce reaktora, błędach proceduralnych, chaosie organizacyjnym i politycznych mechanizmach, które doprowadziły do tragedii.
Jednym z największych atutów – szczególnie gdy skupiamy się na aspektach naukowych – jest sposób przedstawienia energetyki jądrowej. Reaktor RBMK nie zostaje pokazany jako tykająca bomba, lecz skomplikowany system technologiczny posiadający zarówno zalety, jak i poważne wady konstrukcyjne. Serial dość wiernie oddaje fakt, iż katastrofa nie była wynikiem jednego błędu, a splotu problemów technicznych, błędnych decyzji operatorów oraz wad projektu reaktora.
Trafnie pokazuje kluczowy problem reaktora RBMK: dodatni współczynnik reaktywności pustki. W uproszczeniu oznaczało to, że w pewnych warunkach wzrost ilości pary wodnej w rdzeniu prowadził do dalszego wzrostu mocy reaktora zamiast jej stabilizacji. To właśnie ta cecha sprawiła, że podczas nieudanego testu bezpieczeństwa doszło do gwałtownego wzrostu mocy i eksplozji. Czarnobyl przedstawia ten mechanizm w sposób uproszczony, ale zgodny z rzeczywistą fizyką działania reaktora.
Bardzo realistyczne okazują się również skutki promieniowania jonizującego. W wielu filmach promieniowanie działa niemal natychmiastowo, zabijając lub powodując szalone mutacje. Czarnobyl pokazuje je znacznie bardziej zgodnie z medycyną i radiobiologią. Objawy ostrej choroby popromiennej, takie jak uszkodzenia skóry, niewydolność organów, zniszczenie szpiku kostnego, zostały przedstawione wyjątkowo brutalnie, ale przy jednoczesnej zgodności z dokumentacją medyczną dotyczącą prawdziwych ofiar katastrofy.
Dodajmy do tego aspekt polityczny. Kluczowym motywem jest przecież konflikt między faktami naukowymi a polityką i propagandą. Bohaterowie wielokrotnie próbują ignorować lub ukrywać rzeczywisty stan reaktora, ponieważ przyznanie się do błędu byłoby politycznie niebezpieczne. Dzięki temu katastrofa zostaje przedstawiona nie jako porażka nauki, lecz raczej jako konsekwencja systemu, który tłumił krytykę, ukrywał problemy i premiował posłuszeństwo zamiast kompetencji.
Kosmos i lingwistyka w jednym? Arrival pokazał, że to możliwe
Kino przyzwyczaiło nas do jednego: jeśli dochodzi do kontaktu z pozaziemskimi formami życia, to zwykle Ziemianie muszą stawić czoła inwazji. Są lasery, wybuchy i heroiczne wyczyny. Arrival oferuje zaś zgoła odmienne podejście. Twórcy skupili się na języku i komunikacji. Okazało się to jedną z największych zalet tego filmu, a przecież kwestie typowo hollywoodzkie również wypadły świetnie.
Fabuła rozpoczyna się w momencie, gdy na Ziemi pojawia się dwanaście tajemniczych statków kosmicznych rozmieszczonych w różnych częściach świata. Rządy próbują ustalić, kim są przybysze i jakie mają zamiary. Główną bohaterką jest lingwistka Louise Banks, poproszona przez wojsko o pomoc w nawiązaniu kontaktu z obcą cywilizacją. W większości filmów science fiction komunikacja z obcymi zostaje rozwiązana niemal natychmiast dzięki uniwersalnemu translatorowi albo magicznej technologii tłumaczącej każdy język. Tutaj proces porozumiewania się pokazano jako niezwykle trudny problem wymagający cierpliwości, metodologii i stopniowego budowania wspólnego systemu znaczeń. Louise nie zaczyna od skomplikowanych pytań filozoficznych, lecz od podstaw: próbuje ustalić, jak obcy zapisują informacje, jak tworzą symbole i czy ich język posiada strukturę porównywalną z ludzką gramatyką.
Film bardzo realistycznie pokazuje sposób pracy lingwisty. Louise buduje komunikację krok po kroku, tworząc skojarzenia między symbolami a pojęciami, obserwując kontekst i unikając pochopnych interpretacji. To przypomina realne metody stosowane przy analizie nieznanych języków i systemów pisma. Arrival trafnie podkreśla również, że język nie jest wyłącznie zbiorem słów, ale sposobem organizowania myśli i postrzegania rzeczywistości.
Kluczową rolę odgrywa w tym przypadku hipoteza Sapira-Whorfa, znana także jako teoria relatywizmu językowego. Zakłada ona, iż język wpływa na sposób myślenia oraz postrzegania świata przez człowieka. W Arrival idea ta zostaje rozwinięta do ekstremalnej formy. Język obcych nie jest linearny jak ludzka mowa, lecz opiera się na całościowym postrzeganiu czasu. W efekcie nauka tego języka stopniowo zmienia sposób, w jaki Louise doświadcza rzeczywistości. Choć film idzie tutaj znacznie dalej niż współczesna nauka byłaby gotowa potwierdzić, sam punkt wyjścia pozostaje zakorzeniony w prawdziwej lingwistyce i kognitywistyce. W związku z tym musiałem go umieścić w dzisiejszym zestawieniu.
Pandemii nigdy za wiele, czyli Contagion – Epidemia strachu
W czasie pandemii COVID-19 okazało się, że Contagion z 2011 roku ukazał wiele aspektów zaskakująco realistycznie. To kolejny argument przemawiający za tym, że mówimy o być może najlepszym filmie, w którym kwestie dotyczące pandemii i epidemiologii zostały przedstawione naprawdę sensownie.
Mamy więc nowego wirusa przenoszonego drogą oddechową. Wraz z rozwojem sytuacji film śledzi równolegle działania lekarzy, epidemiologów, laboratoriów badawczych, administracji państwowej i zwykłych ludzi próbujących odnaleźć się w świecie ogarniętym strachem. Twórcy bez zbędnych fajerwerków pokazali rozprzestrzenianie się choroby: nie jako hollywoodzką katastrofę pełną chaosu i efektów specjalnych, lecz jako złożony proces biologiczny, społeczny oraz logistyczny. Widzimy, jak wygląda identyfikacja nowego patogenu, jako widzowie śledzimy proces poszukiwania źródeł zakażeń i próby ograniczenia transmisji wirusa. Epidemiolodzy analizują kontakty między ludźmi, rekonstruują łańcuch zakażeń i próbują ustalić tożsamość pacjenta zero. To dokładnie takie procedury stosuje się w rzeczywistych ogniskach chorób zakaźnych.
Pojawia się też to, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze w 2020 roku, czyli znaczenie współczynnika reprodukcji wirusa, a więc liczby osób, które średnio zakaża jeden chory. Contagion pokazuje, że nawet pozornie niewielkie różnice w zakaźności mogą prowadzić do gwałtownego wzrostu liczby przypadków. Reżyser bardzo realistycznie przedstawił problem transmisji przez codzienne kontakty: dotykanie powierzchni, kaszel, tłum, podróże lotnicze czy brak objawów we wczesnym stadium choroby. Dzięki temu zagrożenie wydaje się wiarygodne właśnie dlatego, że nie wynika z fantastycznej technologii czy powstania superwirusa, lecz z normalnych mechanizmów funkcjonowania współczesnego społeczeństwa.
Contagion – Epidemia strachu powstawał przy udziale ekspertów zajmujących się epidemiologią i zdrowiem publicznym, dlatego wiele procedur laboratoryjnych oraz medycznych pokazano bardzo zgodnie z rzeczywistością. Widzimy pracę laboratoriów badających materiał genetyczny wirusa, rozwój testów diagnostycznych i proces tworzenia szczepionki. Z perspektywy czasu wiem coś jeszcze: wolę oglądać epidemię na ekranie telewizora, aniżeli w rzeczywistym świecie.
