Opóźniony pociąg i zepsuty budzik – to ulubione wymówki spóźnionych pracowników. Badacze z University of North Carolina postanowili przyjrzeć się pracowniczej niepunktualności w kontekście cyklicznych służbowych spotkań. Jak pokazują sondaże, ponad jedna trzecia zebrań rozpoczyna się z opóźnieniem, chociaż regularne spóźnianie się deklaruje jedynie 5 proc. ich uczestników.

Co na ten temat myślą sami spóźnialscy? Prof. Rogelberg wraz z zespołem zapytał o to 195 pracowników firm, którzy w trakcie trwania badania wzięli udział w prawie 300 spotkaniach służbowych. Uczestnicy odpowiadali na pytania związane ze stosunkiem do spóźniania się – swojego i kolegów z pracy. Dodatkowo wypełniali kwestionariusz osobowości.

Badacze odkryli, że spóźnianie się wiąże się z mniejszą sumiennością, satysfakcją z pracy i… młodym wiekiem pracownika. Dodatkowo przychodzenie po czasie wpływa negatywnie na relacje z kolegami i atmosferę w firmie. Przez to cały zespół doświadcza frustracji i poczucia lekceważenia. W firmie rodzą się konflikty szkodzące spójności zespołu. Kolejne badanie przeprowadzono w internecie w grupie prawie 700 pracowników.

Wyniki są zaskakujące. Około 20 proc. osób w ogóle nie uważa przyjazdu po uzgodnionej godzinie za spóźnienie. Kolejne 20 proc. wyznacza sobie własny limit spóźnienia, np. pięciominutowy. 32 proc. badanych świadomie spóźnia się do pracy, żeby uniknąć początkowego zamieszania i wstępnych konwenansów. Reszta nie toleruje niepunktualności.

Według badaczy spóźnialstwo jest jednym z najpoważniejszych problemów firm. „Przez większość ludzi jest oceniane jako nieuprzejme, nieprofesjonalne i rozpraszające pracę tych, którzy są na czas” – mówi Rogelberg.