Słynna, wydana 190 lat temu, powieść Mary Shelley o potworze, tak jak i on sam, pozszywana została ze strzępów. Tyle, że nie ludzkich ciał, ale prawdziwych historii i tajemnic. Ich ślady prowadzą przez angielskie salony, niemieckie zamki i śląskie cmentarze. Wśród burz, popiołów, płonących stosów i przecinających niebo błyskawic. Kiedy autorka zaczynała pracę nad swym dziełem, miała zaledwie dziewiętnaście lat. Skąd wzięła się jej wena? Co najbardziej ją zainspirowało? Czy Mary poznała pierwowzór swego bohatera?

SEKRET PIERWSZY: WOLNA MIŁOŚĆ I ROK BEZ LATA

„Frankenstein, czyli nowoczesny Prometeusz” – taki jest pełny tytuł dzieła Shelley. Prometeusz od razu kojarzy się nam z ogniem. I faktycznie, książka nigdy by nie powstała, gdyby nie żar. Buntowniczej miłości i szalejącego wulkanu. Czy można wyobrazić sobie dwie bardziej porażające siły? Szczególnie w epoce, gdy w Europejczykach rozbudziła się romantyczna natura?

Wszystko zaczęło się od związku osiemnastowiecznej feministki Mary Wollstonecraft oraz filozofa rewolucjonisty Williama Godwina. W 1797 r. urodziła im się córka. Niestety, jedenaście dni później matka zmarła wskutek komplikacji poporodowych. Ale osieroconej córce pozostało po niej nie tylko imię. Jak się okazało, Mary Godwin (późniejsza Shelley) odziedziczyła po matce liczne talenty i zainteresowania. Dzięki swym książkom miała błyskawicznie trafić do grona najlepszych ówczesnych angielskich autorek. Takich jak Ann Radcliffe – twórczyni bliskiej „Frankensteinowi” powieści gotyckiej – oraz Jane Austen, znanej z książek obyczajowych, których intrygi oscylowały wokół tematu korzystnego zamążpójścia i miłosnych pułapek, czyhających na młode damy. Jednak to, o czym ze zgrozą pisała Austen, było doprawdy niczym w porównaniu z tym, co na własnej skórze i na własne życzenie przeżyła panna Mary Godwin. Miała za nic konwenanse. W wieku 17 lat uciekła z już żonatym i „dzieciatym” poetą Percym Shelleyem. Wyjechali w podróż po Europie. Zwiedzali Francję, Szwajcarię, Niemcy i Holandię. Efektem eskapady było nieślubne dziecko. W 1816 r. para buntowników powtórzyła wspólny wyjazd na kontynent, tym razem wpadając z wizytą do szwajcarskiej willi poznanego właśnie króla poetów – lorda Byrona.

 


Było lato. A raczej, powinno być. Jednak rok 1816 wszedł do historii jako jeden z najbardziej niezwykłych. Nazwano go „rokiem bez lata”. Dlaczego? Przyczyną była eksplozja wulkanu Tambora w kwietniu 1815 r. w dalekiej – wydawałoby się – Indonezji. Jak silny był to wybuch? Wulkanolodzy szacują, że wyrzucił w powietrze około 160 km3 lawy, pyłu i popiołu. Niemal 40 razy więcej niż Wezuwiusz, gdy zniszczył Pompeje. I ponad dwa razy więcej niż wulkan na Therze, który przyniósł zagładę cywilizacji minojskiej i dał początek mitowi o Atlantydzie.

W eksplozji Tambory zginęło sto tysięcy okolicznych mieszkańców. Zabił ich ogień, popiół i fale tsunami, powstałego po wstrząsach. Ale to nie wszystko. Efekty kataklizmu dotknęły całą planetę. W ziemskiej atmosferze pełno było wulkanicznych pyłów, utrudniających promieniom słońca dotarcie do powierzchni ziemi. Nic dziwnego, że na półkuli północnej jeszcze wiosną 1816 r. zdarzały się mrozy, a latem padał śnieg. Mnożyły się powodzie. W Polsce po gigantycznych burzach, ulewach i gradobiciach okolice Krakowa zalała Wisła. Europę dotknęła klęska nieurodzaju, szerzyły się głód i choroby. Doszło do zamieszek. Także w Szwajcarii, gdzie w należącej do Byrona willi bawiła artystyczna bohema, w tym Mary Shelley i jej kochanek. Pogodowe anomalie, szalejące temperatury i dni bez słońca zafascynowały artystów na całym kontynencie. Bardzo prawdopodobne, że zainspirowały niektóre płótna Williama Turnera. Podobnie jak czerwonawe niebo po dużo mniejszym wybuchu Krakatau w 1883 r. przyczyniło się do powstania jednego z najsłynniejszych obrazów świata – „Krzyku” Edwarda Muncha.

W 1816 r. w willi Diodati nad Jeziorem Genewskim artyści też nie tracili czasu. Byron stworzył apokaliptyczny poemat, nie bez kozery zatytułowany „Ciemność”. A pewnego wieczora zaproponował gościom konkurs na najbardziej przerażające opowiadanie. Tak narodził się „Frankenstein” Mary Shelley, wydany w całości w 1818 r. Jednak zakazana miłość i mroczny „rok bez lata” to za mało, żeby wytłumaczyć fenomen zaskakującego, ponadczasowego dzieła dziewiętnastolatki. Autorka twierdziła, że pomysł na powieść przyszedł jej we śnie o szalonym naukowcu, który tchnął życie w martwą materię. Nie wyjawiła jednak, że zawarła w niej także to, co sama przeszła, przeczytała i usłyszała. W tym tajemnicę prawdziwego Frankensteina.

 

SEKRET DRUGI: TECHNOTHRILLER Z XIX W.

Powieściowe monstrum powstało z pozszywanych kawałków zwłok. Czy to w ogóle możliwe? Czy można w jakikolwiek sposób „poskładać” nowe ciało ze szczątków innych ludzi? Lub choćby przeszczepić większą ilość organów umierającemu człowiekowi?

Już od stuleci próbowano transplantacji, ale próby takie skazane były na niepowodzenie. Przełom nastąpił dopiero w XX w. – Transplantacja zaczęła żyć nowym życiem, gdy wymyślono leki immunosupresyjne, przeciwdziałające odrzutowi przeszczepianych organów – mówi Krzysztof A. Pijarowski, wiceprezes Polskiej Unii Medycyny Transplantacyjnej i szef stowarzyszenia „Życie po przeszczepie”. Jak zapewnia, nawet teraz medycyna ma jednak swoje ograniczenia, zarówno etyczne, jak i techniczne. – Są oczywiście przeszczepy wielonarządowe, ale wówczas organy bierze się od jednego dawcy, aby zmniejszyć ryzyko odrzutu. To, że można przyszyć komuś kończynę, nie znaczy jednak, że można przeszczepić cztery kończyny – wyjaśnia Pijarowski.

Tym bardziej za życia Mary Shelley coś takiego było technicznie niewykonalne. Co nie znaczy, że ówcześni szaleni naukowcy nie mogli o tym marzyć. Jak jednak ożywić martwe ciało? Wbrew pozorom, w samej książce nie ma o tym ani słowa. Wiktor Frankenstein, twórca monstrum, nie wyjawia na kartach powieści swej tajemniczej metody. Całe szczęście, wystarczy zajrzeć do przedmowy autorki do wydania z 1831 r. Wspomina w niej o eksperymentach przyrodnika i poety Erazma Darwina (dziadka sławnego Karola), o których dyskutowało towarzystwo w willi Diodati. Umieścił on rzekomo w słoju kawałek makaronu wermiszel i ożywił go przy pomocy jakichś „niezwykłych metod”. Jakich? Shelley sugeruje, że chodziło o „galwanizm”, czyli energię elektryczną. „Może także martwe ciała da się ożywić?” – zastanawiała się autorka w przedmowie.

 


Skąd taka wiara w potęgę elektryczności? Już w czasach starożytnych stosowano elektroterapię, wykorzystując m.in. węgorze i drętwy. Miały leczyć pacjentów z podagry i bólów głowy. Przełom XVIII i XIX w. to okres, w którym naukowcy byli elektrycznością jeszcze bardziej zafascynowani. Termin „galwanizm” powstał od nazwiska słynnego włoskiego badacza Luigiego Galvaniego. Podczas jego eksperymentów można było zobaczyć, jak udka martwych żab kurczyły się pod wpływem impulsu elektrycznego, niczym żywe. W niejednej głowie mógł zrodzić się pomysł, aby płazy zastąpić ludźmi...

Zdarzały się nawet konkretne próby. I to na osobie, która szczególnie interesowała Mary – Harriet Shelley, żonie Percy’ego. W 1816 r. porzucona przez męża, ciężarna kobieta utopiła się w jeziorku w londyńskim Hyde Parku. Próbowano ją ratować przy pomocy sztucznego oddychania i... impulsów elektrycznych. Bez powodzenia. Percy długo nie rozpaczał. Już kilka tygodni później poślubił kochankę. Dla Mary śmierć Harriet była kolejnym dramatycznym wydarzeniem w ciągu zaledwie 2 lat. Najpierw zmarło pierwsze dziecko jej i Percy’ego. Potem samobójstwo popełniła przyrodnia siostra Fanny.

Mary śniła o swej martwej córeczce, która ożywa, rozcierana i ogrzewana przy ogniu. Jednak rzeczywistość nie była tak piękna. Stawała się koszmarna. Zaś w umyśle Mary konsolidowała się wizja ciała, przywracanego do życia przez genialnego naukowca.

Był ktoś, kto zasłynął z dokonania czegoś podobnego – angielski naukowiec Andrew Crosse. Oddziałując elektrycznością na mieszankę krzemianu potasu, chlorowodoru i tlenku żelaza, zobaczył, jak „znikąd” pojawiły się w niej roztocza. Jakby powołał nowe życie z martwej materii! Choć wyniki tych badań zakwestionowano, Crosse wydawałby się idealnym kandydatem na pierwowzór Wiktora Frankensteina. Cały szkopuł w tym, że odkrycia dokonał prawie 20 lat po publikacji powieści Mary Shelley. Ale i wykreślić go z listy „podejrzanych” nie jest łatwo. W 1815 r. Crosse mieszkał niedaleko Mary i Percy’ego. Czy miał laboratorium, które mógł pokazać sąsiadom? Z pewnością. Zarówno w jego biografii autorstwa żony, jak i pochodzącej z 1814 r. książki „Elementy elektryczności i elektrochemii” G. J. Singera znajdujemy informację, że Crosse przeprowadzał wówczas eksperymenty. Czy zelektryzowały one Shelley? Bardzo możliwe.

Ale na pewno nie brakowało jej innych inspiracji. Również pozanaukowych. Uwielbiała bowiem słuchać opowieści z dreszczykiem. Wiadomo, że w willi Diodati Shelleyowie i reszta towarzystwa ubarwiali sobie wieczory czytaniem niemieckich historyjek o duchach. Skoro sięgali po opowieści z tej części Europy, to może mieli też okazję poznać żydowską legendę o Golemie – człekopodobnej istocie z gliny, która ożyła pod wpływem kabalistycznych zaklęć, a następnie się zbuntowała. Jednak w tej najbardziej znanej, „praskiej” wersji po raz pierwszy ukazała się ona drukiem kilkadziesiąt lat po „Frankensteinie”. Trudno podejrzewać, żeby goście Byrona dowiedzieli się o niej w innej formie, choć całkowicie nie da się tego wykluczyć. Tylko na ile Golem mógłby zainspirować Shelley? Według legendy został on ulepiony z gliny. Był magicznym powtórzeniem boskiej kreacji z Księgi Rodzaju. Także grecki Prometeusz, do którego odwołuje się w tytule książki Shelley, miał stworzyć ludzi z gliny. Nie ożywił ich jednak zaklęciem, lecz iskrą, skradzioną od boga słońca – Heliosa. Autorka „Frankensteina” w oczywisty sposób nawiązała więc do mitów greckich i Biblii, do opowieści o stworzeniu i buncie człowieka. Golemem zatem, nawet jeśli jakimś cudem o nim słyszała, nie musiała się inspirować. Sięgnęła do starszej tradycji. Poza tym nie chciała tworzyć kolejnej opowieści, zahaczającej o magię, lecz o najnowsze zdobycze techniki wieku pary i elektryczności. To miał być rodzaj XIX-wiecznego technothrillera. Tym różniła się od pozostałych uczestników konkursu w willi Diodati. Warto zauważyć przy tym, że pisarz i lekarz John Polidori stworzył tam pierwszą romantyczną opowieść o wampirze. Te upiory krwiopijcy wzięły się zaś z greckich i słowiańskich przesądów. Skoro całe towarzystwo było tak zainteresowane środkowoeuropejskimi legendami, może dotarła też do ich uszu ciekawa historia, która miała miejsce 200 lat wcześniej w Ząbkowicach Śląskich? Miasto to nosiło wówczas nazwę... Frankenstein.
 

 

SEKRET TRZECI: DLACZEGO FRANKENSTEIN?

Nazwisko twórcy monstrum – Wiktora Frankensteina – oraz jego bezimienne stworzenie z czasem stopiły się w świadomości czytelników w jedno. Pozostaje jednak elektryzujące pytanie. Czy Mary Shelley wybrała nazwisko bohatera przez czysty przypadek? Polski ślad prowadzi do Ząbkowic Śląskich. Do 1945 r. nazywały się one Frankenstein. Było to nawiązanie do nazw dwóch sąsiednich miejscowości: Frankenberg i Loewenstein. Na początku XVII w. doszło w mieście do nie lada afery. Jej szczegóły przynosi kronika „Annales Frankostenenses”, augsburska gazeta „Newe Zeyttung” i kazania miejscowego pastora Samuela Heinnitza (skany tych źródeł można obejrzeć na stronie www.frankenstein.pl). W 1606 r. w mieście wybuchła epidemia dżumy, która wybiła ponad dwa tysiące osób. Władze przeprowadziły śledztwo, w którego wyniku aresztowano przestępczą szajkę, złożoną w większości z grabarzy. Wykopywali oni zwłoki i preparowali z nich „zatruty proszek”. Następnie posypywali nim drzwi, kołatki i progi domów, powodując rozprzestrzenianie się zarazy. Mieli na sumieniu także inne zbrodnie, w tym wycinanie z łon matek płodów oraz brutalny gwałt w kościele.

Kara była straszliwa. Jej opis przynosi gazeta „Newe Zeyttung”, na której ślad przypadkowo trafił krajoznawca Jerzy Organiściak. – Studiując kroniki miasta, natknąłem się na opis zarazy i jej konsekwencje. Napisałem wówczas do śp. Franza Toennigesa – niemieckiego historyka, dawnego mieszkańca Ząbkowic – który przesłał mi kopię czasopisma – opowiada. Utrzymana w sensacyjnym tonie relacja „Newe Zeyttung”, okraszona dosadnymi rycinami, mówiła o przypiekaniu i rozdzieraniu przestępców rozżarzonymi cęgami, odrywaniu kciuków i rąk, wyrwaniu jednemu z grabarzy członka oraz spaleniu kilku skazanych na stosie.

Do dziś w Ząbkowicach Śląskich krążą rozmaite opowieści, mogące mieć związek z tamtymi wydarzeniami. Władysław Grabski w książce „300 miast powróciło do Polski” przytacza legendę o potworze, żyjącym na miejscowym zamku i odpowiedzialnym za śmierć ponad dwóch tysięcy osób. Zastanawiające, że taka sama była liczba ofiar epidemii dżumy z 1606 r. Czyżby przestępcza szajka stopiła się w zbiorowej wyobraźni mieszkańców w jednoosobowego potwora? Już pastor Heinnitz pisał w swoich kazaniach o metaforycznym „diabelskim łowcy” – spersonifikowanym złu, które opanowało miasto podczas zarazy.

 



Potencjalne związki śląskiego grodu z powieścią Shelley zauważono już dawno temu. Stanisław Grochociński, znawca dziejów miasta i przewodnik, przytacza na to dowód. – W okresie dwudziestolecia międzywojennego nakręcono na miejscowym zamku film o Frankensteinie – przekazuje zaskakującą informację. Jak się okazuje, w owym czasie mieszkańcy opowiadali o terroryzującej miasto przerażającej kreaturze, czyhającej na ludzi. Czy była ona tylko efektem kręconego na zamku horroru? – Przypuszczam, że legenda krążyła już wcześniej i była znana twórcom filmu – mówi Stanisław Grochociński.

Jedno jest pewne. Aferę ze śląskiego miasta i Wiktora Frankensteina łączy wykorzystywanie ludzkich zwłok, prowadzące do tragicznego finału. Mogło to być jakąś inspiracją dla Shelley, o ile tę historię w ogóle poznała. Z artykułem w „Newe Zeyttung” raczej nie miała szansy się zetknąć. Ale zwolennicy „ząbkowickiej teorii” mają inny punkt zaczepienia. Uważają, że o trucicielskiej aferze mógł kiedyś czytać John Polidori, interesujący się tą tematyką. Może wspomniał o niej przy lekturze „Upiornych opowieści” w willi Diodati? Dowodów brak.

Jednak do czego innego może nawiązywać słowo „frankenstein”, jeśli nie do jakiejś nazwy własnej? Po niemiecku znaczy ono „kamień Franków” czy też „kamień Frankonii”. Jeśli przyjąć, że Shelley lubiła bawić się rebusami, można się zastanawiać, na ile niemieckie „frankenstein” mogło się jej kojarzyć z francuskim „franc-macon”, czyli „wolnomularz”. Wszak Wiktor Frankenstein to wolnomyśliciel, rewolucjonista mieszkający w Szwajcarii, czyli na styku Niemiec i Francji. Na dodatek studiował na uniwersytecie w Ingolstadt, gdzie w 1776 r. powstał radykalny Zakon Iluminatów, założony przez profesora Adama Weishaupta. Co więcej, ulubioną lekturą Percy’ego Shelleya była „Historya Jakobinizmu” francuskiego jezuity Augustina Barruela. Wiele miejsca poświęcono w niej właśnie iluminatom (niektórzy twierdzą, że Percy nawet należał do tego stowarzyszenia). To dzieło absolutnie niezwykłe. Mając je przed oczami, człowiek już rozumie, jakim cudem mogły powstać najdziwaczniejsze historie spiskowe, łączące masonów, templariuszy, Żydów, okultystów etc.

Barruel pisze o „potworze”, powołanym do życia przez iluminatów z Ingolstadt. To oczywiście metafora rewolucyjnych i krwawych przemian w Europie. Może była to też inspiracja dla Mary Shelley? Ingolstadt, oświecenie, rewolucja, wolna myśl – to wszystko do siebie pasuje. Nawet jeśli odrzucimy podobieństwo słowa „frankenstein” do „franc-macon”, mamy inny, podobny punkt zaczepienia. Nazwisko bohatera Shelley może nawiązywać do Benjamina Franklina – osiemnastowiecznego amerykańskiego polityka (znanego ze studolarówek), badacza zjawisk elektrycznych, wynalazcy piorunochronu i wolnomularza! Czyżby więc nazwisko Frankensteina miało być ukłonem w stronę masonerii? To podejrzenie, które nie jest pozbawione podstaw.

 



Czy wyczerpaliśmy już wszystkie opcje? Nie. Pozostał nam jeszcze zamek Frankenstein. Nie na Śląsku, lecz niedaleko granicy francusko- -niemieckiej. Wiadomo, że we wrześniu 1814 r. Mary i Percy zapuścili się w swych podróżach na północ od Mannheim. Mogli zobaczyć z daleka, a może nawet odwiedzić, zamek w pobliżu miasta Darmstadt. A także usłyszeć historię jego najsławniejszego mieszkańca. W zamku Frankenstein urodził się w 1673 r. Johann Konrad Dippel – alchemik, marzący o odkryciu kamienia filozoficznego oraz eliksiru życia. Podobne cele stawiał sobie w książce Wiktor Frankenstein. Obaj studiowali prace Paracelsusa. Dippel eksperymentował z mieszankami krwi i kości, mówiono też o jego badaniach na zwłokach.

Podobnie było z Wiktorem Frankensteinem. Niemiecki alchemik twierdził, że znalazł eliksir życia, ale nigdy nie ujawnił jego formuły – podobnie jak bohater Mary Shelley swojej tajemnicy. Dippel zmarł w 1734 r., być może po przedawkowaniu magicznego środka. Wiktor Frankenstein także stał się ofiarą swego odkrycia. Wreszcie, prawdziwy alchemik często podpisywał się jako „Dippel z Frankensteina”! A to jeszcze nie wszystko. Z pism Mary Shelley wynika, że podczas pobytu w willi Diodati w 1816 r. jeden z gości tłumaczył Byronowi „Fausta” Johanna Wolfganga Goethego. Niemiecki poeta stworzył zaś swoje dzieło właśnie w pobliżu zamku Frankenstein oraz niedalekiego Knittlingen – miejsca, w którym mieszkał prawdziwy alchemik Johann Georg Faust.Trudno uwierzyć, żeby podczas czytania dzieła Goethego goście nie wspomnieli o wcześniejszej eskapadzie Mary i Percy’ego. Prawdopodobne, że pojawiła się nazwa Frankenstein – miejsca, pod którym Goethe pisał i recytował swe dzieło w gronie przyjaciół. „Coż za wspaniałe nazwisko dla mojego bohatera” – pomyślała może Mary Shelley. A potem, w książce, kazała odrzuconemu monstrum czytać „Cierpienia młodego Wertera” Goethego!

Jeśli więc Frankenstein to faktycznie nazwisko z kluczem, to w największej mierze jego pierwowzorem może być Johann Konrad Dippel – rzekomy odkrywca eliksiru życia, typ faustowski, alchemik z zamku Frankenstein i niedoszły „nowy Prometeusz”.

 

NIEPOKOJE PRZYSZŁOŚCI

Mary Shelley zmarła, prawdopodobnie na raka, w 1851 r. Przy jej boku nie było Percy’ego. 29 lat wcześniej utonął u wybrzeży Włoch. Inne sławy z willi Diodati także nie odeszły z tego świata spokojnie. Miłośnik trucizn, „ząbkowicki łącznik” John Polidori zmarł w 1821 r., najprawdopodobniej po zażyciu kwasu pruskiego. Król poetów lord Byron zgasł w 1824 r., walcząc o wolność Grecji.

„Gdybym tylko mogła napisać opowiadanie, które przestraszy czytelników tak bardzo jak mnie ów sen tamtej nocy!” – wspominała Mary Shelley swoje myśli, towarzyszące początkowi prac nad „Frankensteinem”. Przez ostatnich 200 lat pomagali jej w tym kolejni autorzy, twórcy filmów i spektakli. Ich strach jednocześnie obrazował i napędzał społeczne lęki przed „niekontrolowanym” rozwojem nauki. Kiedy w 1967 r. południowoafrykański kardiochirurg Christiaan Barnard dokonał pierwszej transplantacji serca, jego przeciwnicy zaczęli porównywać go do Frankensteina, kradnącego organy umarłych, aby ożywić inny organizm. Takie zarzuty można usłyszeć nawet dzisiaj podczas gorących dyskusji o transplantologii w Polsce. – Medycyna robi niesamowite postępy. Jeżeli mówimy o transplantacji, to dawno wyszliśmy ze sfery eksperymentów medycznych. Jest to uznana metoda leczenia – uspokaja Krzysztof A. Pijarowski. Podkreśla, że zarówno autorytety naukowe, jak i hierarchowie Kościoła katolickiego popierają dokonywanie przeszczepów, więc tylko ekstremiści i ludzie niedoinformowani mogą nazywać je „tworzeniem Frankensteinów” albo „współczesnym kanibalizmem”.

Transplantolodzy, genetycy i inni badacze uspokajają nas, że nauka zna swoje granice. Czy zatem żaden „frankensteinowski” horror nam nie grozi? Pewnie nie, jednakże mogą powtórzyć się dramatyczne okoliczności, które doprowadziły do powstania książki. Wybuch Tambory z 1815 r. nie był szczytem możliwości wulkanów. Większa od niego – i to wielokrotnie – była eksplozja Toby 75 tys. lat temu. Jej efekt to epoka lodowcowa, z której raczkująca ludzkość ledwie uszła z życiem. Równie katastrofalna eksplozja grozi nam w amerykańskim Yellowstone. Tamtejszy superwulkan może równie dobrze wybuchnąć za kilka tysięcy lat, jak i jutro. A wtedy cały nasz świat stanie się miejscem rodem z horroru.

Redakcja Focus.pl wybierze dla Ciebie najlepsze artykuły tygodnia. Zapisz się na nasz newsletter