Można się z niego dowiedzieć, że mistrz Schmidt (1555–1634) w imię sprawiedliwości ścinał, wieszał, palił, topił, łamał kołem, chłostał, obcinał uszy i palce. Miał na koncie bandytów, gwałcicieli, złodziei, dzieciobójców, podpalaczy, oszustów, szpiegów, bluźnierców, nierządnice i alfonsów.

Na przełomie XVI i XVII w. każde porządne miasto zatrudniało kata. Schmidt zaczynał w Bambergu, a potem – od roku 1578 do 1617 – pracował dla bogatej Norymbergi, liczącej 40 tys. dusz i słynącej w XVI w. jako centrum „renesansu niemieckiego”. Sam również mógłby uchodzić za „człowieka renesansu”, bo przecież nie tylko był katem, ale też zapisywał, kogo i jak ekspediował na tamten świat. Czasem wystarczał jeden cios mieczem – takiego dowodu łaski ze strony społeczeństwa doświadczył niejaki Carl Reichardt, cudzołożnik i złodziej. Mniej serca mógł okazać mistrz Schmidt własnemu szwagrowi – mordercy i rozbójnikowi. W 1585 r. osobiście łamał go kołem.

Schmidt był profesjonalistą i za takiego się uważał. Zresztą fach odziedziczył po ojcu. Jednak mieszkańcy Norymbergi traktowali go jak wyrzutka. Nie miał przyjaciół, z którymi mógłby się napić. Zarabiał nieźle, jednak kobiety nie uważały go za dobrą partię. Był napiętnowany niczym skazańcy, którzy trafiali w jego ręce.
 Mimo to kiedy po prawie pół wieku katowskiej roboty przeszedł na emeryturę, został… medykiem. Może od dawna chciał ratować ludzi, a nie odbierać im życie?