Był iluzjonistą, astrologiem i jasnowidzem. Występował w teatrach w Europie, na Bliskim Wschodzie i w USA. Dorobił się ogromnej fortuny. Zbudował w Berlinie Pałac Okultyzmu – ze ścianami wykładanymi złotem, przyozdobiony statuami z marmuru z Carrary – w którym miały się odbywać erotyczne orgie. Był właścicielem jachtu, na którym zebrał „kolekcję” najpiękniejszych Niemek. Założył kilka tygodników, z których jeden miał 150 tys. nakładu. Jego pozycję historycy porównują ze statusem, jakim współcześnie cieszą się największe gwiazdy rocka. Był na tyle kontrowersyjną postacią, że na jego temat powstało kilka książek i filmów.

Mowa o Eriku Janie Hanussenie, który trafnie przewidział dojście Adolfa Hitlera do władzy i nazywany był jego prorokiem. Jak pisze w książce „Żydowski jasnowidz Hitlera” Mel Gordon, profesor Uniwersytetu Berkeley, tylko w latach 1932–1933 obaj panowie spotkali się dziesiątki razy. Ale o czym ze sobą rozmawiali, skoro Führer ponoć nie wierzył jasnowidzom? A przynajmniej takiego zdania jest Henrik Eberle, historyk i dziennikarz, współautor pracy „Czy Hitler był chory?”. „Przywódca III Rzeszy nigdy nie prosił o pomoc jasnowidzów – mówi „Focusowi Historia” Eberle. – Tworzył przeciwko nim prawo, w rezultacie czego wielu z nich skończyło swój żywot w obozach koncentracyjnych”.

Ale wystarczy sięgnąć po inną lekturę, by dowiedzieć się czegoś zupełnie przeciwnego. „Hitler niemal do ostatnich chwil życia otaczał się czarnoksiężnikami, astrologami i jasnowidzami. Od współpracy z nimi był wręcz uzależniony” – przekonuje Francis Ribadeau-Dumas na łamach „Tajemnych zapisków magów Hitlera”. Ponoć Führer nieprzypadkowo wydawał ważne rozkazy w sobotę (np. 16 marca 1935 r. wprowadził obowiązkową służbę wojskową, zrywając de facto traktat wersalski). Wierzył, że Saturn – astrologiczny patron tego dnia, a zarazem opiekuńcza planeta przywódcy III Rzeszy – zapewni jego decyzjom pomyślność. Miał korzystać również z podpowiedzi magicznego tarota tybetańskiego. Wielkie akcje podejmował rzekomo po „postawieniu kart”.

Kto ma rację: Eberle czy Gordon i Ribadeau-Dumas? Jaki był rzeczywisty stosunek wodza III Rzeszy do magii i ludzi, którzy się nią zajmowali? I skąd wreszcie wśród historyków tak rozbieżne opinie na ten temat?

Z klasztoru do sekty

Faktem jest, że dzieciństwo Adolfa upłynęło w prawdziwie mistycznych okolicznościach. Kiedy miał siedem lat, został wysłany do szkoły przy benedyktyńskim opactwie w Lambach. Był ponoć chłopcem bardzo wrażliwym na urok obrzędów religijnych. Wśród woni kadzideł, urzeczony wspaniałością i harmonią architektury klasztoru zastanawiał się, czy nie zostać mnichem. A przynajmniej tak twierdził w swoim słynnym dziele „Mein Kampf”.

W benedyktyńskiej bibliotece znajdowało się wiele ksiąg na temat tzw. wiedzy tajemnej. Młody Hitler mógł po nie sięgać. Tym bardziej że zawsze dużo czytał. Kiedy jako biedny student tułał się po Wiedniu, często przesiadywał w tamtejszych kawiarniach z książką w ręku. Miał też wówczas bywać w księgarni prowadzonej przez Ernsta Pretzschego; na jej zapleczu znajdowały się symbole astrologiczne, rysunki erotyczne i pornograficzne karykatury Żydów. Właściciel był uważany za autorytet w dziedzinie okultyzmu. Narkotyzował się meskaliną – ekstraktem z meksykańskiego pejotla. Wciągnął w to Hitlera, który zażywał ją do końca życia – przekonuje w książce „Hitler i tajne stowarzyszenia” Philippe Valode.

Trzeba podkreślić, że atmosfera po 1918 r. i poczucie niemieckiej klęski sprzyjały tworzeniu się ugrupowań, które praktykowały rozmaite wierzenia i magię. Zwłaszcza że jednocześnie rozwijał się volkizm (volk – niem. lud), czyli prąd filozoficzny, którego twórcy odrzucali chrześcijaństwo jako ideologię żydowską, a więc niewłaściwą dla rasy nordyckiej. Za symbol czystości krwi germańskiej uznano swastykę. Swoje książki oznaczał nią Guido von List, modny wówczas pisarz, który łączył w swojej twórczości okultyzm z volkizmem. Hitler został członkiem wiedeńskiej loży jego imienia.

Innym okultystą, który bezsprzecznie wywarł ogromny wpływ na młodego Adolfa, był Dietrich Eckart – znany poeta, uważany przez niektórych historyków za żarliwego satanistę. Przez kilka lat był mentorem Hitlera. Pomagał mu w stawianiu pierwszych poważnych kroków.

„Uczył go sprawnie pisać, wypowiadać się, wprowadził w kręgi bogatych monachijczyków, finansował, pożyczał książki, zmuszał do troski o ubiór. Wymógł na nim wyzbycie się austriackiego akcentu” – czytamy w książce „Hitler i tajne stowarzyszenia”. Ponoć Eckart miał również nauczyć Führera widzenia „trzecim okiem”, a więc umiejętności odczytywania cudzych myśli. Wierzył, że ma do czynienia z Antychrystem, który zbawi Niemcy i podbije świat. Umierając w 1923 r., poeta wyznał: „Hitler zatańczy, ale to ja stworzyłem dla niego muzykę”. Ten nie pozostał mu dłużny. To Eckertowi zadedykował „Mein Kampf”. Mentor Hitlera był członkiem słynnego stowarzyszenia Thule, organizacji rasistowskiej i quasi-masońskiej.

W 1919 r. także sam Adolf wstąpił w jej szeregi. Oznaczało to dla niego konkretne korzyści. Mistrzowie stowarzyszenia udzielili mu między innymi rad dotyczących wystąpień publicznych – jakie powinien przybierać pozy, kiedy podnosić głos. Członkostwo pomogło w rozwoju kariery politycznej Hitlera i w osiągnięciu przez niego pozycji superprzywódcy.

Do chwili objęcia urzędu kanclerza pozostawał pod wpływem Thule. Tym samym musiał zapewne uczestniczyć w ceremoniach organizowanych przez stowarzyszenie, np. seansach spirytystycznych. W jednym z nich w roli medium miała wystąpić młoda wieśniaczka, która zupełnie naga emitowała głosy rzekomych duchów.