Niebo było czyste, a powierzchni oceanu nie marszczyły fale, gdy 10-tonowy japoński kuter przewrócił się do góry dnem. Co doprowadziło do tak poważnego wypadku? Delikatne galaretowate meduzy. Wydają się niegroźne, ale jest tak, gdy ma się do czynienia z jednym osobnikiem. Tymczasem ostatnio w oceanach po prostu roi się od tych stworzeń.

Chodzi tu zarówno o klasyczne meduzy, jak i o żebropławy. Obie te grupy zaliczano niegdyś do typu jamochłonów. Nowe badania wykazały jednak, że nie są blisko ze sobą spokrewnione. Z tej racji żebropławy wydzielono do samodzielnej grupy, a meduzy trafiły do typu parzydełkowców. Mimo nowego podziału stworzenia te pełnią podobną funkcję ekologiczną w morzach. Wyglądają jak prześwitujące galaretki. Pływają aktywnie, ale nie są w stanie przeciwstawić się prądom wodnym, roznoszącym je po oceanach. Żywią się drobnymi zwierzętami – meduzy łowią je za pomocą parzydełek zawierających toksyny, żebropławy zaś łapią w sidła, korzystając z lepkiej substancji.

I jedne, i drugie „galaretki” – jak pisze w „Trends in Ecology and Evolution” zespół pod kierunkiem Anthony’ego Richardsona – ochoczo wykorzystały możliwości, jakie niechcący stworzył im człowiek. Rozprzestrzeniają się po świecie dzięki wodom balastowym statków. Są w stanie przetrwać długą podróż, by potem, wylane ze zbiorników w nowym miejscu, mogły opanować kolejne siedliska. Nie szkodzą im też hektolitry ścieków, wypuszczane do mórz przez człowieka. Nadmiar brudów prowadzi do przeżyźnienia wody, które z kolei skutkuje niedoborem tlenu. W takich warunkach giną ryby, ale nie meduzy i żebropławy. Jednak największą korzyść przynosi im rabunkowa gospodarka morska. Zdziesiątkowanie ryb drapieżnych i żółwi skórzastych zlikwidowało naturalnych wrogów „galaretek”. Z kolei wyniszczenie ławic sardynek, sardeli i śledzi usunęło ich głównych konkurentów w walce o pokarm. W takich warunkach meduzy i żebropławy osiągnęły niespotykane wcześniej liczebności. Ich ławice stały się tak ogromne, że zaczęły pożerać młode swoich dawnych prześladowców i konkurentów. „Wyobraźcie sobie, że próbujecie utrzymać stabilność w ekosystemach afrykańskiej sawanny, gdy antylopy i zebry polują na młode lwów i gepardów” – opisują tę sytuację naukowcy.

W 2007 r. do brytyjskich wybrzeży dotarła ławica meduz Pelagia nocticulaca o powierzchni 26 km kw.! Gdy natrafiła na fermę łososi, w krótkim czasie wybiła blisko 100 tys. ryb. Wody japońskie od kilku lat przeżywają inwazję dwumetrowych i dwustukilogramowych meduz Nemopilema nomurai. Chmary tych zwierząt zatykają rybackie sieci, które stają się zbyt ciężkie, by można było je wydobyć z wody. A kto upiera się, by tego dokonać, kończy jak załoga wspomnianego wcześniej japońskiego kutra.

Morze Czarne opanowały z kolei żebropławy Mnemiopsis leidyi. Po raz pierwszy pojawiły się tam na początku lat 80. XX w. Dekadę później ich populacja eksplodowała, niemal całkowicie wypierając rodzime sardynki. Czarnomorskie rybołówstwo praktycznie przestało istnieć. W 1997 r. przypadkiem zawleczono tam jednak żebropława z rodzaju Beroe, który niespodziewanie zaatakował M. leidyi. Po kilku latach liczebność tego gatunku spadła, a ekosystem Morza Czarnego zaczął wracać do względnej równowagi.

Lekcja, jaką stamtąd wynieśli ekolodzy, może się przydać i w innych częściach świata. Z początkiem XXI w. Mnemiopsis leidyi zaczął bowiem podbijać również Morze Kaspijskie, a w 2006 r. zaobserwowano go w Bałtyku. Trzeba będzie chyba wezwać na pomoc jego galaretowatego prześladowcę. A na pewno należy rozsądniej korzystać z morskich zasobów.