- To przecież taki porządny i uczynny człowiek – mówią sąsiedzi. Gdy mowa o liczbie ofiar Tadeusza

G., policjanci są ostrożni. Być może jest ich nawet 40!


Mieszkańcy Radlina nie mogą wyjść z szoku. Niewielka podkielecka wieś na pierwszy rzut oka wygląda na oazę spokoju.

Ale kiedy pada nazwisko Tadeusza G., rozmowa w jednej chwili zostaje ucięta. Drzwi zamykają się, słychać szczęk zamków. Zupełnie jak w tandetnym horrorze. Tyle że to, co tu zaszło, to niestety prawda. – Ja to żałuję. To dobry człowiek był. Tylko żeby pieron tego nie robił – mówi sąsiadka, jedna z nielicznych, która zgodziła się powiedzieć cokolwiek. – Fakt, wymordował tylu ludzi, a oni też mieli rodziny i dzieci… No, niedobrze zrobił. Wiadomo – każdego szkoda, nie? Wszystkie

rozmowy w Radlinie wyglądają podobnie. Od trzech lat wszyscy żyją tu z piętnem. Piętnem krajan potwora.


Krwawy chrzest bojowy

Zawód „kantorowca” od zawsze budził w Polsce mieszane uczucia. Handlarz walutą to cinkciarz. Z założenia jest więc trochę „szemrany”. Wielu z nich swoje kariery zaczynało jeszcze w latach siedemdziesiątych. Nie wywodzili się z wysublimowanych środowisk. Tak jak Wojciech Kulbat – właściciel pierwszego kantoru w Piotrkowie Trybunalskim.

– Miał ksywę Grzała. Pamiętam, jak pod Peweksem handlował dolarami – opowiada jedna z jego znajomych. – Kawał chłopa. Nieraz widziałam, jak gdzieś tam po bramach się tłukli. Przeważnie chodziło o kasę. Jakieś transakcje nierozliczone czy coś w tym stylu. Miał nawet później wyrok za jakieś pobicie. Ale potem się zmienił. Chciał być znany i szanowany. Prawie jak jakiś polityk. Po zmianie ustroju Kulbat założył legalny kantor. Zaangażował się też w działalność sportową.

Został prezesem miejscowego klubu zapaśniczego. Zdobył z nim nawet mistrzostwo Polski. Prezydent miasta uhonorował go za to specjalną nagrodą. We wrześniu 2006 roku w wyborach samorządowych zdobył mandat radnego. Stał się poważanym obywatelem. Snuł ambitne i odważne plany. – Był otwartym, szczerym człowiekiem – wspomina Marian Błaszczyński, ówczesny przewodniczący rady miasta. – Łatwo nawiązywał kontakty. Miał dużo dobrej woli, żeby tę kadencję, która go czekała, spożytkować w możliwie najlepszy sposób. Chciał, żeby Piotrków stał się prężnym ośrodkiem sportowym. Cztery miesiące później radny Kulbat już nie żył. Dramat rozegrał się pierwszego lutego 2007 r. Około godziny dwudziestej pan Wojciech wrócił do domu. Był paskudny wieczór. Wilgotno i zimno. Kiedy radny wjechał na podjazd, z ciemności padło pięć strzałów. Potem zabójca strzelił jeszcze dwa razy w głowę. Mężczyzna nie miał najmniejszych

szans. Zginął w kałuży krwi, na podłodze swojego garażu. W tej samej chwili do garażu weszła jego zaniepokojona hałasem żona. Zaskoczony bandyta zaatakował ją kostką brukową. Z ogromną siłą, raz za razem uderzał w głowę. Był pewien, że zabił. Kiedy odjechał, walcząca o życie kobieta zdołała doczołgać się do domu sąsiadów. Ci natychmiast wezwali karetkę. – Nie było słychać żadnych strzałów, nic kompletnie! – mówią. – Musiał użyć tłumika albo czegoś takiego. Wcześniej pan Kulbat pewnie był obserwowany. Ale też nie zauważyliśmy tu w okolicy nikogo podejrzanego! Po zabójstwie radnego w Piotrkowie rozpętała się burza. Uchodzący za przykładnego obywatela Kulbat zginął bowiem w sposób, który dotąd mieszkańcom kojarzył się wyłącznie z gangsterskim kinem. W mieście huczało od plotek. Każdy miał na temat zabójstwa własną teorię. – Siedem kul… za darmo przecież tego nie dostał. Ale jeśli za jakieś dawne sprawy, to dlaczego nie wcześniej? Dlaczego teraz? – takie głosy pojawiały się nawet na jego pogrzebie. Spiskowe teorie podsycała również lokalna prasa. Ukazały się artykuły, w których sugerowano, że Kulbat wszedł w zatarg z mafią. Przed śmiercią miał być widziany w jednej z knajp w towarzystwie podejrzanych, biegle posługujących się językiem rosyjskim mężczyzn. Podobno wyszedł ze spotkania bardzo zdenerwowany. Rzekomo prosił też swoich bliskich, aby byli ostrożni. Przyjaciele radnego próbowali na bieżąco dementować te rewelacje. W starciu ze zbiorową histerią nie mieli jednak szans.


Strzelali tak, aby zabić

Dwudziestego drugiego lutego 2007 r., trzy tygodnie po zabójstwie Kulbata, doszło do kolejnego napadu. Tym razem ofiarą padł Stanisław P. – właściciel kantoru w Myślenicach. Razem z nim zginął Łukasz, jego trzydziestoletni syn. Wieczorem, jak co dzień, wrócili z pieniędzmi do domu. Wszystko rozegrało się błyskawicznie. Mężczyźni nie mieli czasu zareagować. – To się stało, kiedy wysiedli z samochodu – opowiada brat Stanisława P. – Chłopak wziął od ojca pieniądze i poszedł w kierunku domu. Spieszył się, bo tego dnia miał jechać do swojej dziewczyny. Oni wyszli zza sosny. Trafili go przy schodach. To był po prostu wyrok. Dostał w głowę i trzy razy w korpus. Ojciec Łukasza nie zdążył nawet wysiąść z auta. Napastnicy przestrzelili szybę, trafiając go w skroń. Potem w czaszce utkwiły mu jeszcze dwie kule. Wyglądało to jak egzekucja. Bandyci strzelali, żeby zabić. Chwilę później rozpłynęli się jak we mgle. Napad był perfekcyjnie przygotowany. Sprawcy świetnie znali topografię terenu. Wiedzieli, jak podejść do ofiar, i w którym kierunku uciekać. Niezwykłe były też ich umiejętności strzeleckie. – Jeden z nich w biegu wystrzelił osiem pocisków. Pięć dosięgło celu. To naprawdę niespotykane – wspomina jeden ze śledczych i dodaje: – Śmiem twierdzić, że wielu policjantów, a nawet wyszkolonych żołnierzy nie byłoby w stanie zrobić czegoś podobnego. Dlatego podejrzewaliśmy, że zabójcami mogą być ludzie związani na przykład z dawnym specnazem. Lub byli wojskowi, którzy uczyli się zabijać na wojnie w Czeczenii albo w Afganistanie. Rozsądek podpowiadał jednak, że to karkołomna teoria. Bardziej niż hipotezę śledczą przypominała fabułę sensacyjnego filmu. Problem w tym, że sprawcy zachowywali się jak zawodowcy, jak rasowi mordercy. Najpierw likwidowali ofiary – potem dopiero sprawdzali, czy te mają przy sobie pieniądze. – Wiedzieliśmy, że jest ich co najmniej dwóch – opowiada związany ze śledztwem policjant. Przed napadem robili dokładny wywiad. Wiedzieli, o której godzinie przyjedzie

ofiara, jakim samochodem i gdzie się zatrzyma. Badali teren, dzięki czemu mieli wytypowane minimum dwie drogi ucieczki. W Myślenicach poluzowali śruby w ogrodzeniu nieopodal miejsca zbrodni. Wszystko po to, żeby obyło się bez jakichkolwiek niespodzianek i komplikacji. Za każdym razem w oddalonej o kilkaset metrów kryjówce czekał na nich gotowy do drogi samochód. Dzięki temu w ciągu kilkunastu sekund byli w stanie po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Co ciekawe, bandyci dokonywali napadów zawsze przy złej pogodzie. Wybierali wieczory, gdy padał deszcz albo śnieg. Ściągane przez policjantów na miejsce psy nie mogły wówczas złapać żadnego tropu. – Mieliśmy niemal pewność, że za napadami w Piotrkowie i Myślenicach stoją ci sami sprawcy – mówi Dariusz Nowak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie. – To nie był przypadek, że tu i tu wszystko przebiegło tak samo. Wiedzieliśmy też, że nie przestaną. Że będą

się pojawiać i prawdopodobnie już planują kolejne zabójstwa. Dlatego czas odgrywał tu naprawdę kluczową rolę.


Uratowany przez samego Boga

Po napadzie w Myślenicach policjantom udało się stworzyć portrety pamięciowe dwóch podejrzanych. Szybko okazało się też, że do podobnych zdarzeń dochodziło już wcześniej. W 2005 roku równie bestialsko zamordowano właściciela kantoru w Kraśniku. Rok później mordercy uderzyli na Śląsku i Podkarpaciu. – Próbowaliśmy stworzyć mapę podobnych zdarzeń – mówi Szymon Sala, oficer prasowy komendy w Myślenicach. – Kontaktowaliśmy się ze wszystkimi jednostkami w kraju. Okazało się, że w tamtym czasie w południowej Polsce policja odnotowała osiem takich napadów. Nie ukrywam, że trochę nas to przeraziło. Ale z drugiej strony czynności śledcze nabrały nowego tempa. W styczniu 2006 roku bandyci zaatakowali w Sosnowcu. Wszystko odbyło się identycznie. – To trwało dosłownie sekundę – relacjonuje Krzysztof Książek, ofiara bandytów. – Zatrzymałem samochód, kiedy padł strzał. Kula przeszła przez szybę i trafiła mnie w głowę. Nie zdążyłem nawet krzyknąć, a już tym bardziej się ruszyć. Pamiętam tylko, jak szedł w moim kierunku. Chyba sam Pan Bóg nade mną czuwał. Nie wiem, jakim cudem, ale przeżyłem. Książek stara się nie pokazywać emocji. Ale i tak, gdy o tym mówi, głos mu się załamuje. Miał szczęście. Nabój utkwił w czaszce i nie uszkodził mózgu. Dziesięć miesięcy później w Ostrowie koło Przemyśla został zamordowany Henryk B. – właściciel jedynego w okolicy kantoru. Jeden z najbogatszych mieszkańców miasta. Razem z nim pod jego domem został ostrzelany jego pracownik. On również zmarł po kilku godzinach walki o życie w szpitalu. Była to pierwsza od lat tak okrutna zbrodnia na Podkarpaciu. Miesiąc później mordercy zaatakowali w Przeworsku. – To wszystko działo się za domem – mówi jedna z sąsiadek. – Wcześniej zrobili dziury w siatce i tam czekali. W styczniu 2007 r. do grona zamordowanych dołączył Mieczysław R. z Tarnowa. Miał w ciele trzy kule. Jedna trafiła w czoło. Zmarł w drodze do szpitala, nie odzyskując przytomności. Za każdym razem wszystko przebiegało tak samo. W każdym z napadów ginął właściciel kantoru oraz towarzyszący mu bliscy lub współpracownicy. Aby koordynować czynności śledcze, w Krakowie utworzono specjalną grupę. Tymczasem w mediach rozpętała się prawdziwa burza. Dariusz Nowak: – Nie było dnia, żeby któraś z gazet nie pisała o „gangu kantorowców”. Wśród właścicieli kantorów zapanowała psychoza strachu. Co najmniej kilku pod wpływem tamtych wydarzeń wycofało się z interesu. Inni zaczęli gromadzić fundusze na nagrodę za pomoc w wykryciu sprawców. Uzbierano pięćdziesiąt tysięcy złotych. Sto tysięcy zaoferował burmistrz Myślenic. W miasteczku zorganizowano też marsz milczenia. Przełom w śledztwie pojawił się niemal natychmiast.

– Zastanawiało nas to, że mordercy byli nie tylko świetnie przygotowani, ale też doskonale wyposażeni – ujawnia jeden z oficerów operacyjnych. – Posługiwali się bronią automatyczną. Dysponowali też dużą ilością amunicji. Testy balistyczne wykazały, że jednym z narzędzi zbrodni był skorpion – pistolet maszynowy produkcji czeskiej. Udało nam się ustalić, gdzie w przeszłości wypłynął. Potem trzeba było tylko odtworzyć łańcuch osób, które stawały się jego kolejnymi właścicielami. Do zatrzymania doszło w marcu 2007 r. W akcji wzięły udział trzy oddziały uzbrojonych po zęby antyterrorystów. Okazało się, że za morderstwami stoi trzech mężczyzn. Jacek P. – pracownik zakładów zbrojeniowych w Skarżysku-Kamiennej, Wojciech W. – bezrobotny, karany w przeszłości za paserstwo trzydziestolatek, oraz Tadeusz G. – niepozorny rolnik z Radlina koło Kielc. Ten niespełna pięćdziesięcioletni przywódca grupy był znanym w okolicy hodowcą truskawek. Miał żonę i dwójkę dzieci. Cieszył się opinią dobrego i uczciwego człowieka. – On był bardzo uczynny! – zarzeka się jedna z mieszkanek Radlina. – Ze wszystkimi dobrze żył! Widzi pan? Tu wszędzie są jego truskawki. A kilometr stąd ma jeszcze ze dwa hektary. Patrzyłam, jak ci policjanci w kominiarkach przystawiają mi drabinę do muru, wchodzą do niego przez mój płot i nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę! On mi nie pasuje na mordercę. Też zastanawialiśmy się wiele razy, jak to możliwe – mówi jeden ze śledczych. – Wieczorem wyjeżdża, morduje z zimną krwią, a potem wraca do domu i bawi się z dziećmi. Trudno mi wyjaśnić, jakim cudem nikt nie zauważył, co się wokół niego dzieje. Świetna gra.


Zbrodnia ukarana

Proces „kantorowców” od samego początku budził olbrzymie zainteresowanie mediów. Zwłaszcza że jeden z bandytów – Jacek P. – zdecydował się opowiedzieć ze szczegółami przed sądem o działalności grupy. To on dostarczał broń do napadów. Zdarzało się, że osobiście pociągał za spust. Zeznając w sprawie, kompletnie się rozkleił. – Płakał, wzruszał się, miał poczucie winy. Przepraszał pokrzywdzonych i ich bliskich, w wyraźny sposób okazywał skruchę i żal – wspomina Beata Górszczyk, orzekająca w procesie sędzia Sądu Okręgowego w Krakowie. – Pozostali dwaj oskarżeni od początku twierdzili, że nie mają żadnego związku ze sprawą, a zeznania ich kompana to nic więcej jak pomówienie. Nie było w nich współczucia, byli opanowani. Z zeznań Jacka P. wynika, że mózgiem gangu był Tadeusz G. To on wpadł na pomysł napadów. On wynajdował potencjalne ofiary i obmyślał całą strategię. Instruował kolegów, że mają od razu strzelać. Najpierw w klatkę piersiową („w klatusię”), a potem dla pewności w głowę. Naciskał, aby podczas napadu w żaden sposób nie odzywać się ani nie krzyczeć. W szczegółach przygotowywał też plan ucieczki. Jacek P. i Wojciech W. mieli być jedynie posłusznymi wykonawcami. Słowa te zdaje się potwierdzać fakt, że w samochodzie Tadeusza G. znaleziono notes wypełniony adresami kolejnych kantorów. Mimo to G. nie przyznał się do winy. Rodzina Wojciecha W. idzie dalej. Zarzuca sądowi, że ten świadomie wtrącił za kratki niewinnego człowieka. – Wiem, że jest niewinny! Bo ze mną w pracy był w tym dniu! – krzyczy jego ojciec. – Sąd robi, co chce! Pod publikę wszystko! Zrobiliście, kurwa, z niewinnego człowieka bestię i teraz jeszcze chcecie mu dołożyć, nie? Spierdalać, bo nie ręczę za siebie! Akta „gangu kantorowców” liczą dziś ponad sto tomów. Sam akt oskarżenia zajął niemal czterysta stron. Jacek P. otrzymał zadziwiająco niski wyrok. Chociaż przyznał się do morderstw, skazano go tylko na 15 lat więzienia. W przypadku Tadeusza G. oraz Wojciecha W. sąd był już znacznie bardziej surowy. Za udział w pięciu zabójstwach otrzymali karę dożywotniego więzienia. I choć ich obrońcy zdecydowali się odwołać od wyroku, szanse na jego złagodzenie są bliskie zeru.