Próbowali się nim posłużyć oficerowie wywiadu, prokuratorzy, dziennikarze śledczy, politycy, nawet kandydat republikanów na prezydenta USA. Wchodzenie w układy z inteligentnym gangsterem, za którym stoi potężna organizacja przestępcza, to jednak bardzo ryzykowna gra. Lucky Luciano ograł w niej wszystkich.


Zaczynał jak setki innych rzezimieszków. Urodził się na Sycylii w 1897 roku. Miał dziewięć lat, gdy ojciec, prosty robotnik, zabrał go wraz z rodziną do Stanów Zjednoczonych. Już kilka miesięcy później Salvadore Lucania – bo tak naprawdę nazywał się przyszły szef „Syndykatu zbrodni” – został zatrzymany przez policję za kradzież w sklepie.


Oczywiście jako małoletniego natychmiast go zwolniono. Krótki pobyt w areszcie miał być nauczką, ale nie wywarł na nim żadnego wrażenia. Nadal wychowywała go ulica i już jako nastolatek błysnął inteligencją.


Znalazł prostszy sposób zdobywania pieniędzy niż ryzykowne podkradanie towaru sklepikarzom. Za niewielką opłatą oferował szkolnym kolegom ochronę. Jeśli nie chcieli płacić, rzucał się na nich z pięściami i pokazywał, czym kończy się brak „obrońcy”.


Któregoś dnia napadł na niepozornego żydowskiego chłopca, który nie tylko odmówił haraczu, ale stawił mu opór i nie dał się pobić. Tak tym zaimponował Lucanii, że Salvadore zaczął go wypytywać, kim jest.


Chłopak nazywał się Meyer Lansky i tak jak napastnik w wieku 9 lat przyjechał do Ameryki – tyle że nie z Włoch, lecz polskiego Grodna. Łamiąc niepisane zasady, zgodnie z którymi uliczne gangi musiały być jednorodne etnicznie, Włoch i Żyd zaprzyjaźnili się. W ten sposób narodził się tandem, który miał gruntownie zmienić oblicze amerykańskiej mafii.


Pomysł  na sukces


16 stycznia 1920 roku weszła w życie osiemnasta poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, wprowadzająca prohibicję. Następstwa projektu mającego uzdrowić moralnie amerykańskie społeczeństwo okazały się katastrofalne. Gangi, które po I wojnie światowej z trudem wiązały koniec z końcem, odkryły Eldorado. Natychmiast ruszył przemyt i nielegalna produkcja alkoholu. Bossowie mafijnych rodzin na gwałt potrzebowali pracowników do ochrony transportów.


Lucania nie przegapił okazji. Od kilku lat, już pod nowym, zamerykanizowanym nazwiskiem Charles Luciano, był żołnierzem liczącego około 1500 osób gangu Five Points, wyspecjalizowanego w wymuszaniu haraczy. Kiedy pojawiła się szansa na bardziej intratny interes, zmienił barwy klubowe i przyjął ofertę ojca chrzestnego rodziny Masseria. Ale snuł już wówczas bardziej ambitne plany.


Dzięki kontaktom Lansky’ego znalazł się w kręgu zaufanych ludzi Arnolda Rothsteina, szarej eminencji gangsterskiego półświatka, uważanego zarówno przez bandytów, jak policjantów za geniusza zbrodni.


Ukryty za parawanem legalnych firm Rothstein wiódł życie zamożnego biznesmena. Gdy państwo oddało rynek alkoholowy w ręce gangów, uznał, że tak potężny i dochodowy sektor gospodarki nie może działać bez żadnych reguł oraz powinien zostać „ucywilizowany” jak każda inna branża. I zaczął go „cywilizować”.


Najbardziej gorliwych zwolenników znalazł w Lanskym i Luciano, którzy przewyższali intelektualnie większość kolegów po gangsterskim fachu. Dlatego nie musiał się specjalnie wysilać, by przekonać ich, że zamiast tracić energię na wzajemne podkradanie sobie ciężarówek z przemycanym towarem i ciągłe wojny, lepiej nawiązać współpracę. Wystarczyło policzyć, ile kosztuje ochrona transportów i rozlewni alkoholu, żeby przyznać mu rację.


Całkowicie odporni na te argumenty byli jednak bossowie rodzin mafijnych, którzy hołdowali tradycyjnym zasadom: działaj wyłącznie w kręgu rodaków, nie ustępuj przeciwnikowi, lecz dąż do jego zniszczenia, wymierzaj zemstę za każdą doznaną krzywdę. O tym, do czego to prowadzi, Luciano przekonał się na własnej skórze.


Cudem  uratowany


Pewnego dnia został porwany przez ludzi konkurującego z klanem Masseria gangu Maranzano. Napastnicy wywieźli go na odludzie i próbowali wycisnąć interesujące ich informacje. Pocięli mu twarz, przypalili stopy; gdy stracił przytomność, przywiązali do drzewa i odjechali. Byli pewni, że jeśli nie skona z upływu krwi, to umrze z głodu.


Traf jednak sprawił, że kilka godzin później w okolicy pojawił się patrol policji. Niemal w ostatniej chwili Luciano znalazł się w szpitalu. Uratowano mu życie, ale na zawsze pozostały mu szramy na policzkach i tik lewego oka.


Ze względu na okoliczności, w jakich wywinął się śmierci, zyskał też przydomek, który tak do niego przylgnął, że po latach mało kto pamiętał, jakie naprawdę ma imię. Stał się Luckym Luciano, czyli Lucjanem Szczęściarzem.


Dramatyczne przeżycia utwierdziły Salvadore w przekonaniu o konieczności zakończenia wojny gangów. Zwłaszcza że przenikliwy Rothstein już przepowiadał rychły koniec prohibicji i opracowywał plany kontynuowania działalności w nowych warunkach. Za jego radą gangsterzy inwestowali zarobione pieniądze w spelunki, w których potajemnie serwowano whisky i bimber. Kupowali za bezcen nieruchomości, ale przede wszystkim grunty w doskonale położonych punktach miast. Gdy władze w 1933 r. zniosły alkoholowe zakazy, mogli na tych działkach budować restauracje, kasyna, nocne kluby i dalej zarabiać miliony.


Zanim jednak do tego doszło, musieli przełamać opór takich konserwatystów jak trzęsący Nowym Jorkiem Giuseppe Masseria i Salvatore Maranzano. Obaj toczyli ze sobą bezpardonową walkę, w której zginęło co najmniej 50 gangsterów. Nie interesowała ich żadna forma współpracy, lecz jedynie wykończenie konkurenta. Nie dopuszczali też myśli o jakichkolwiek wspólnych interesach z Żydami czy Irlandczykami. Stanowili więc przeszkodę, którą dla dobra „biznesu” należało usunąć.


W mafijnym światku nic jednak nie było pewne i nikt nie mógł przewidzieć, czy zabicie tak potężnych bossów nie wywoła jeszcze krwawszej vendetty. Lucky Luciano i Meyer Lansky zdecydowali się więc na bezprecedensowe posunięcie.


Gangsterski  szczyt


Ich mentor Arnold Rothstein już nie żył. W roku 1928 padł ofiarą swej pasji do hazardu i został zastrzelony przez nigdy niezidentyfikowanych partnerów od pokerowego stolika.


Dwaj panowie „L” kontynuowali jednak jego dzieło, Lucky Luciano urabiał Włochów, Lansky – Żydów i rok później doprowadzili do spotkania na szczycie kilkudziesięciu mafijnych bossów w Atlantic City. Zjawiły się takie tuzy jak Al Capone, Joe Adonis, szef gangu mafijnych zabójców Albert Anastasia, a także delegaci z Bostonu, Chicago, Cleveland, Detroit, Filadelfii i Kansas City.


Konferencja niczym nie różniła się od podobnych zjazdów szefów wielkich korporacji. W luksusowym hotelu odbywały się konferencje plenarne, o szczegółach dyskutowano w węższym gronie w salonikach lub podczas spacerów na nadmorskiej promenadzie. Mafijny szczyt zakończył się pełnym sukcesem. Zebrani podjęli decyzję o przerwaniu wojny i podziale sfer wpływów. Ewentualne konflikty miały być rozwiązywane metodami pokojowymi.


Była to rewolucyjna zmiana w mechanizmach działania świata przestępczego w USA. Kończył się czas tradycyjnych, odizolowanych od siebie mafii etnicznych, a zaczynała epoka mafii amerykańskiej – jak całe społeczeństwo wielonarodowej.


Gangsterom udało się okryć zmowę taką tajemnicą, że dopiero ćwierć wieku później do mediów zaczęły się przedostawać pierwsze informacje o tym zdumiewającym spotkaniu.


Jednym z kluczowych postanowień konferencji było przyzwolenie na likwidację obu odmawiających współpracy bossów z Nowego Jorku. Wykonanie tego zadania wzięli na siebie Lucky Luciano i Meyer Lansky.


15 kwietnia 1931 r. Luciano zaprosił na lunch w restauracji na Coney Island Giuseppe Masserię, wciąż swego formalnego szefa. Zamiast zapraszającego stawiła się jednak czwórka zawodowych morderców, którzy wykonali egzekucję. 10 września tego samego roku ludzie Lansky’ego przebrani za policjantów wtargnęli do biura Salvatore Maranzano i zastrzelili drugiego z wielkich bossów. Już nic nie stało na przeszkodzie planom panów „L”. Utworzony w Atlantic City syndykat zbrodni zaczął działać jak biznesowa korporacja. Przejął kontrolę nad handlem alkoholem, nad hazardem, prostytucją, lichwą, dystrybucją narkotyków i w dużej mierze – nad związkami zawodowymi. Reguły gry zaakceptowało co najmniej 28 dużych gangów.


Amerykańska Syberia


Pięć lat później na arenie pojawiła się jednak nowa postać. Młody prokurator Thomas Dewey, jak wielu amerykańskich prawników, miał olbrzymie ambicje polityczne. Nie ukrywał, że marzy mu się kariera zwieńczona prezydenturą. Wiedział jednak doskonale, że chcąc się wybić, musi dokonać jakiegoś spektakularnego wyczynu. W Białym Domu rezydował bowiem niezwykle popularny demokrata Franklin Delano Roosevelt i pokonanie go wydawało się zadaniem niewykonalnym.


Dewey szybko zorientował się, że rządzący Nowym Jorkiem demokraci są do cna skorumpowani, a wielu wysokich urzędników ratusza siedzi w kieszeni u Lucky’ego Luciano i jego kumpli. Jako zdeklarowany republikanin chciał to wykorzystać. Szybko jednak zrozumiał, że dobranie się do ekipy rządzącej miastem przekracza jego możliwości. Za cel ataku obrał więc jej „sponsora”. To też nie było łatwe, gdyż Luciano pracował nie tylko pięścią i rewolwerem, lecz przede wszystkim głową. Przed sądem stawał 25 razy, jednak tylko raz oskarżyciel zdołał mu udowodnić winę – za popełnioną jeszcze w młodości kradzież odsiedział 4 miesiące. Potem, mimo że miał na sumieniu chyba wszystkie możliwe przestępstwa – od sutenerstwa i oszustw podatkowych po morderstwa – pozostawał bezkarny. Zdobył już bowiem taką pozycję, że nie musiał osobiście nikogo okradać ani zabijać. Był więc „czysty”. Dewey opracował przemyślną strategię. Przewidując, że oskarżenie o zlecenie zabójstwa czy korupcję skończy się kolejnym uniewinnieniem z braku dowodów, skupił się na drobnostce.


Przez kilka miesięcy metodycznie szukał prostytutek, które z różnych powodów żywiły urazę do bossa. Kobiety, jak się po latach okazało, umiejętnie przez niego zastraszane, zeznawały, że były zmuszane do uprawiania swego procederu. Po zebraniu materiału dowodowego Dewey dokonał kilku przecieków do zaufanych dziennikarzy. I gazety zatrzęsły się z oburzenia. Dla purytańskiego społeczeństwa zmuszanie do nierządu było jednym z najbardziej ohydnych występków. Jeszcze przed procesem opinia publiczna wydała na Luciano wyrok.


Sąd odpowiedział na zapotrzebowanie społeczne i Szczęściarz ku swemu osłupieniu usłyszał, że jeśli będzie się dobrze sprawował, spędzi w więzieniu co najmniej 30 lat, a jeśli sprawi kłopoty – 50. Był to najwyższy w historii USA wyrok za stręczycielstwo, w praktyce oznaczał dożywocie.


– Jest pan jednym z najczarniejszych charakterów, jakie kiedykolwiek stanęły w tej sali – podsumował sędzia.

Osadzony w ciężkim więzieniu w Dannemora mafioso był bliski załamania. Porównywał to miejsce do „amerykańskiej Syberii”, swym politycznym przyjaciołom obiecywał milion dolarów w zamian za wypuszczenie za kaucją lub ułaskawienie. Ale Thomas Dewey, który zdobył upragniony rozgłos i przymierzał się do startu w wyborach na gubernatora stanu Nowy Jork, pilnował, by nikt nie zepsuł jego sukcesu.


Podziemny świat


W imieniu aresztowanego mafijne interesy prowadził Frank Costello, sterowany dyskretnie przez Lansky’ego. Obaj mocno główkowali, jak wyciągnąć „bossa bossów” zza krat. Pomógł im… Adolf Hitler.


Po wybuchu wojny w Europie, u wybrzeży Stanów zaczęły się pokazywać niemieckie U-Booty. Krążyły pogłoski o wysiadających z nich niemieckich szpiegach i dywersantach. Wywiad marynarki wojennej podejrzewał, że agenci przekazują informacje o wypływających z nowojorskiego portu konwojach z dostawami sprzętu wojskowego dla Wielkiej Brytanii. Obawiał się też akcji sabotażowych. Nabrzeża objęto więc ochroną kontrwywiadowczą, operacją kierował komandor Charles Haffenden.


Sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta, gdy Ameryka przystąpiła do wojny. Dwa miesiące po japońskim ataku na Pearl Harbor w płomieniach stanął cumujący w Nowym Jorku francuski statek pasażerski „Normandie”. Potężną jednostkę przerabiano na transportowiec przystosowany do przewozu broni i żołnierzy. Nie chcąc wywoływać paniki, władze podały w oficjalnym komunikacie, że przyczyną pożaru była nieostrożność robotników. W sztabie marynarki wojennej nikt jednak nie miał wątpliwości, że statek został podpalony przez sabotażystów, a pogłoski o ich wylądowaniu zmieniły się w groźną rzeczywistość.


Komandor Haffenden był bezradny. Nie miał ani środków, ani ludzi, by w pełni kontrolować olbrzymi port i nabrzeża. Jego sytuację pogarszał fakt, że znaczną część dokerów, rybaków, właścicieli portowych knajp stanowili imigranci z Włoch, którzy mogli pomagać faszystom. Wiedział jednak, że istnieje organizacja, która taką kontrolę sprawuje. Zdesperowany skontaktował się więc z prokuraturą i poprosił o pomoc w znalezieniu wpływowych i skłonnych do współpracy… mafiosów.


Z materiałów ujawnionych po wojnie przez US Navy wynikało, że pierwsze kroki skierował do rządzącego nowojorskim targiem rybnym Joe Lanzy. Gangster, który lada dzień miał stanąć przed sądem, chętnie przyjął propozycję w zamian za wycofanie aktu oskarżenia. Po kilku dniach poinformował jednak komandora, że ktoś rozpowszechnił wiadomość o jego współpracy z wywiadem i już nikt nie chce mu udzielać żadnych informacji. Jedyną osobą, która może to zmienić, jest siedzący w więzieniu Lucky Luciano. Haffenden zdecydował się podjąć ryzykowną grę z potężną organizacją przestępczą. Supertajnej akcji nadano kryptonim „Podziemny świat”.


Patriota z mafii


Rolę pośredników odgrywali adwokaci gangsterów. Dzięki nim w kwietniu 1942 r. do wspólnego śniadania w jednej z restauracji zasiedli przedstawiciele amerykańskiego wywiadu, prokuratury i mafii! Tę ostatnią reprezentował we własnej osobie Meyer Lansky. Po wstępnej wymianie uprzejmości przystąpiono do konkretów.


– Jestem pewien, że Luciano się zgodzi. Z Włochami nie łączy go już nic, całą rodzinę sprowadził do Ameryki i tu jest jego ojczyzna – podsumował mafioso.


Kilka dni później Szczęściarz został przeniesiony z Dannamora do więzienia Sing-Sing, a następnie do bardziej przypominającej pensjonat niż zakład penitencjarny Great Meadow. Zaraz po przeprowadzce odwiedził go Lansky i wyjaśnił, o co chodzi. Luciano przyjął ofertę, przekazał stosowne rozkazy i w nowojorskim porcie zapanował absolutny spokój. Według raportów wywiadu US Navy, „dzięki czujności społeczeństwa” ujęto 12 osób podejrzewanych o szpiegostwo, a potem nie działo się już nic.


Z publikowanych po zakończeniu wojny biografii i reportaży o syndykacie zbrodni wynikało, że usługi, jakie Luciano oddał amerykańskiej armii, na tym się nie skończyły. Poprzez swych emisariuszy miał przekazać szefom zaprzyjaźnionych rodzin mafijnych na Sycylii rozkaz wspierania wszelkimi sposobami lądujących tam wojsk alianckich. Dziennikarze odnaleźli świadków, którzy potwierdzali, że znakiem rozpoznawczym wtajemniczonych oficerów i gangsterów były chustki z monogramem „L”.


Luciano pomógł też prokuratorowi Deweyowi. Uruchomił swoich ludzi w związkach zawodowych, którzy zadbali, by członkowie organizacji wzięli udział w wyborach i zagłosowali na wskazanego kandydata.


W 1942 r. Thomas Dewey został gubernatorem Nowego Jorku, sprawował tę funkcję przez 13 lat. W 1944 roku został kandydatem republikanów do prezydentury, ale w pojedynku z przewodzącym Ameryce w czasie wojny Rooseveltem nie miał szans. Co szef syndykatu zbrodni otrzymał w zamian? 11 lutego 1946 r. za „znaczący wkład w wysiłek wojenny kraju” został zwolniony z więzienia. Wniosek o ułaskawienie podpisał… gubernator Dewey. By jednak zanadto nie drażnić opinii publicznej i uniemożliwić mu kontynuowanie gangsterskiej działalności, Lucky’ego natychmiast po zwolnieniu deportowano do Włoch.


Ostatni testament


Gdy wypływał, widziano w nim grzesznika, który odpokutował swoje winy. Tymczasem rzeczywistość była zupełnie inna i po latach okazało się, że duet Luciano–Lansky wyprowadził w pole amerykański wymiar sprawiedliwości, media i wywiad. W 1975 r. dziennikarze Martin A. Gosch i Richard Hammer opublikowali książkę „The last testament of Lucky Luciano” (Ostatni testament Lucky’ego Luciano), opartą na przeprowadzonym z gangsterem wywiadzie-rzece. Udzielił go krótko przed śmiercią, więc raczej nie miał powodu, by kłamać. Jego wersję potwierdził też po ucieczce do Izraela Meyer Lansky. Od chwili, gdy zatrzasnęły się za nim bramy więzienia, Szczęściarz nie przestawał myśleć o tym, jak z niego wyjść. Wspólnie z Lanskym opracował plan zaszantażowania prokuratora Deweya groźbą zrujnowania mu kariery politycznej. Przekupili prostytutki, które podpisały oświadczenia, że zeznania obciążające bossa zostały na nich wymuszone. Pomysł był dobry, ale nie dawał gwarancji, że przestraszony Dewey wystąpi o ułaskawienie.


Luciano szukał inspiracji wszędzie, także w gazetach. I w końcu ją znalazł. Podczas kolejnych odwiedzin Lansky’ego i Franka Costello pokazał im gazety z informacjami o niemieckich sabotażystach grasujących u wybrzeży Stanów. – A co byście, panowie, powiedzieli, gdybym zaproponował przyłączenie się do wojny z Niemcami? – zapytał. Więcej nie musiał niczego tłumaczyć. Chwycili w lot. Odtąd myśleli już tylko o prowokacji tak skutecznej, że skłoni władze do podjęcia współpracy z mafią i nagrodzenia wolnością jej bossa. Najlepszy pomysł podsunął zawodowy zabójca Albert Anastasia. Jemu też powierzono jego wykonanie.


– Ten s…syn dobrze się spisał – wspominał Luciano w swoim „Ostatnim testamencie”. Francuskiego statku nie podpalili niemieccy dywersanci, lecz ludzie Anastasii! Zrobili to na tyle dobrze, że „Normandie” zapłonęła od dziobu po rufę, a ogień i dym widziało niemal całe miasto. Dalsze wydarzenia potoczyły się zgodnie z opracowanym przez gangsterów scenariuszem. Do ich drzwi zastukali agenci wywiadu i prokuratorzy, Luciano i Lansky perfekcyjnie odgrywali całkowicie zaskoczonych. Po „namyśle” wyrazili zgodę na współpracę dla dobra kraju.


Drogiemu przyjacielowi  – Frank Sinatra


We Włoszech Luciano natychmiast wziął się do pracy. Chociaż kierował syndykatem z więzienia, po dziesięciu latach fizycznej nieobecności musiał wiele spraw uporządkować. Wystąpił o paszport i zadbał, by włoscy urzędnicy nie zwlekali z jego wydaniem. Do Stanów nie mógł wjechać, więc wybrał się na pobliską Kubę. Ściśle współpracując z Lanskym, w grudniu 1946 r., a więc zaledwie dziesięć miesięcy od odzyskania wolności, zorganizował tam kolejne mafijne spotkanie na szczycie. Do Hawany przybyli szefowie największych gangów z Nowego Jorku, Florydy, New Jersey, Buffalo, Chicago i Nowego Orleanu.


Wszystko przebiegało podobnie jak niegdyś w Atlantic City. Skorumpowana policja nie przeszkadzała w obradach, spokojnie podzielono strefy wpływów, przy okazji oceniono pracę „kolegów” i wydano kilka wyroków śmierci. Wśród przeznaczonych do odstrzału znalazł się słynny Bugsy Siegel, który wybudował w Las Vegas kasyno i hotel Flamingo, ale przy okazji zdefraudował część mafijnych kapitałów. Zastrzelono go w wartej pół miliona ówczesnych dolarów rezydencji w Beverly Hills.


O dobry nastrój przy podejmowaniu tak „trudnych” decyzji zadbała specjalnie na tę okoliczność sprowadzona gwiazda – Frank Sinatra. Poza potwierdzeniem pozycji niekwestionowanego szefa syndykatu zbrodni, Luciano otrzymał w Hawanie gustowny upominek w postaci złotej papierośnicy z wygrawerowaną dedykacją „Drogiemu przyjacielowi Lucky’emu – Frank Sinatra”.


Kilka tygodni później amerykańskie władze dowiedziały się o pobycie deportowanego gangstera tuż pod ich nosem. Być może zaczynały już sobie zdawać sprawę, że zostały wystrychnięte na dudka. Użyły więc wszelkich dostępnych środków, łącznie z embargiem na dostawy leków zawierających substancje znieczulające (w domyśle narkotyki), by zmusić kubańskie władze do pozbycia się Luciano. „Bossowi bosssów” nie pomogły nawet 3 miliony dolarów wydane na łapówki – musiał się spakować i wracać do Włoch. Ostatecznie osiadł w Neapolu i stamtąd kierował syndykatem. Pod jego nadzorem powstały m.in. szlaki przerzutu narkotyków z Azji do USA.


Amerykanie wiedzieli o tym i domagali się od Włochów objęcia Lucky’ego nadzorem policyjnym, ale jedynym efektem nacisków było pismo wystosowane przez szefa neapolitańskich karabinierów z ostrzeżeniem, by „jako osoba nie posiadająca stałego źródła dochodów nie prowokował swym ostentacyjnym bogactwem porządnych obywateli”.


Pod koniec lat 50. Luciano zaczął tracić siły i zdrowie, a wraz z nimi pozycję w syndykacie. Do końca jednak utrzymywał kontakty z Lanskym i innymi gangsterami. 16 stycznia 1962 roku czekał na lotnisku w Neapolu na posłańca z Ameryki. Nagle upadł, lekarz stwierdził zgon z powodu ataku serca.


Dziennikarz Martin Gosch dotrzymał danego mu słowa i dopiero trzynaście lat po jego śmierci opublikował „Ostatni testament” – autobiografię geniusza zbrodni, która potwierdzała powszechnie znaną i równie powszechnie ignorowaną prawdę, że z mafią nie wchodzi się w układy, lecz walczy.


Autor: Kazimierz Pytko - reportażysta, podróżnik. Współpracownik „Focusa” i „Focusa Historia”. Publikował także we „Wprost”, w „Sukcesie” (był wicenaczelnym tego miesięcznika) i w „Życiu Warszawy”. Laureat Nagrody Kisiela. Specjalizuje się w tematyce amerykańskiej.


Bibliografia: Sid Feder, Joachim Joesten, „The Luciano story”; Martin A. Gosch, Richard Hammer, „The last testament of Lucky Luciano”; Cat Klerks, „Lucky Luciano: the father of organized crime”; Carl Sifakis, „Mafia amerykańska. Encyklopedia”