Garmin Cirqa ma wejść właśnie w tę lukę. Bez ekranu, bez ciągłego zerkania na powiadomienia, prawdopodobnie z naciskiem na całodobowe zbieranie danych o organizmie, regeneracji i aktywności. Brzmi rozsądnie. Sam pomysł rozumiem bardzo dobrze. Mam jednak wrażenie, że w przypadku Garmina pytanie nie brzmi dziś: czy taka opaska ma sens, tylko raczej: ile Garmin uzna, że ten sens powinien kosztować?
Ekran zaczął przeszkadzać
Opaski bez wyświetlacza nie są już niszową fanaberią. WHOOP od dawna buduje wokół nich całą filozofię treningu i regeneracji, Oura przekonała część użytkowników, że dane zdrowotne można zbierać dyskretnie z palca, a Fitbit pokazał niedawno bardzo prostą opaskę Air. Garmin wchodzi więc na teren, który nie jest pusty, ale wciąż ma miejsce na nowego gracza, zwłaszcza takiego z mocnym zapleczem sportowym.
Kto nosi klasyczny zegarek, ten nie zawsze chce zastępować go elektroniką. Kto trenuje z Fenixem albo Forerunnerem, niekoniecznie marzy o spaniu w dużej kopercie przez całą noc. Kto chce monitorować tętno, sen, obciążenie i regenerację, nie zawsze potrzebuje drugiego ekranu. Coraz częściej widzę, że część osób nie ucieka od technologii, tylko od jej natrętności. Cirqa mogłaby być produktem właśnie dla nich.
Nie byłaby zresztą całkowitym novum w ofercie marki. Garmin ma już Index Sleep Monitor, czyli bezekranową opaskę skupioną na analizie snu. Cirqa wygląda raczej na pomysł szerszy: coś do noszenia przez całą dobę, z możliwością śledzenia aktywności, a nie wyłącznie nocnego odpoczynku.

Dla kogo Garmin Cirqa miałaby być lepsza od smartwatcha?
Najbardziej przekonuje mnie scenariusz „dwa światy, jeden ekosystem”. Na co dzień lekka opaska zbiera dane o śnie, tętnie, zmienności rytmu serca i regeneracji, a na trening zakładamy właściwy zegarek Garmina z GPS-em, mapami i pełną sportową analityką. Wtedy Cirqa nie musiałaby udawać smartwatcha. Byłaby wygodniejszym całodobowym czujnikiem, który uzupełnia większe urządzenie tam, gdzie ono bywa niewygodne.
To szczególnie logiczne w przypadku osób, które trenują siłowo, ćwiczą z kettlami albo po prostu nie chcą narażać drogiego zegarka na uderzenia. Opaska noszona na nadgarstku nie ma oczywistej przewagi nad zegarkiem w samym pomiarze treningu. Jej przewaga leży raczej w komforcie i w tym, że mniej przeszkadza.
Garmin ma też przewagę, której trudno lekceważyć: ogromną bazę użytkowników przywiązanych do Garmin Connect. Jeżeli Cirqa zasilałaby ten sam profil treningowy, te same wskaźniki regeneracji i ten sam obraz formy, mogłaby być bardzo naturalnym rozszerzeniem obecnego ekosystemu. Nie dodatkiem kupowanym z ciekawości, lecz brakującym elementem dla tych, którzy mają już zegarek Garmina, ale chcą zbierać dane wygodniej przez całą dobę.
Cena może być większym problemem niż brak ekranu
Najwięcej emocji budzi dziś kwota, która pojawiła się w ukraińskim sklepie. Garmin Cirqa została tam wyceniona na 22 399 hrywien, czyli około 1850 zł, a w przedsprzedaży na 19 999 hrywien, czyli około 1650 zł. Trzeba to traktować ostrożnie. Sklep sprzedaje również towary z mniej standardowych kanałów dystrybucji, ceny w Ukrainie bywają wyższe, a sama oferta mogła być placeholderem. Mimo to sygnał jest czytelny. Jeśli finalna cena zbliży się do tych poziomów, Garmin będzie musiał bardzo dobrze uzasadnić, dlaczego bezekranowa opaska kosztuje tyle, ile solidny zegarek sportowy.

Dla porównania WHOOP opiera się na abonamencie, ale jego roczne plany zaczynają się od 199 euro, czyli około 845 zł, a wyższe pakiety od 264 euro, czyli około 1120 zł. Oura Ring 4 startuje w Stanach Zjednoczonych od 349 dolarów, czyli około 1275 zł, choć do pełnego korzystania dochodzi subskrypcja. Garmin, jeśli rzeczywiście ustawi Cirqę w okolicy 1650–1850 zł, nie będzie walczył niską barierą wejścia. Będzie sprzedawał zaufanie do marki, integrację z własnym systemem i obietnicę lepszej analityki bez kupowania kolejnego pełnoprawnego smartwatcha.
Z jednej strony Garmin od lat pokazuje, że potrafi budować sprzęt dla wymagających i nie ściga się wyłącznie na cenę. Z drugiej – opaska bez ekranu nie może liczyć na ten sam efekt „widocznej wartości”, co Fenix z mapami, latarką, tytanową kopertą i ekranem AMOLED. Użytkownik płaci tu głównie za dane.
Wszystko rozbije się o funkcje i o Garmin Connect+
Nieprzypadkowo wokół Cirqa wraca temat Garmin Connect+. Płatna warstwa usług została wprowadzona w 2025 roku i obejmuje między innymi dodatkowe analizy, podpowiedzi oraz funkcje bazujące na szerszej interpretacji danych. Nie wiadomo jeszcze, jak mocno Cirqa będzie z tym związana, ale jeśli Garmin schowa część kluczowych możliwości za subskrypcją, odbiór urządzenia może być znacznie chłodniejszy.
Mam wrażenie, że to najważniejszy punkt całej układanki. Jeśli Cirqa będzie drogim paskiem, który pokazuje pełnię możliwości dopiero po opłaceniu dodatkowych funkcji, łatwo będzie uznać ją za produkt zbyt ambitnie wyceniony. Jeśli jednak dostanie naprawdę mocny zestaw analiz w standardzie, długi czas pracy, wygodną konstrukcję i pełną integrację z treningowym światem Garmina, wtedy zacznie wyglądać znacznie ciekawiej.
Na razie wiemy tylko tyle, że produkt jest coraz bliżej. Nazwa Cirqa pojawiła się w zgłoszeniu znakowym, urządzenie przewijało się w przeciekach, a jego rynkowy debiut wydaje się bardziej kwestią czasu niż spekulacją bez podstaw. Oficjalnej premiery, ceny i specyfikacji nadal jednak nie ma.
