Wiosna 1936 r. rozpoczęła się w Polsce krwawo. 23 marca krakowska policja otworzyła ogień do demonstrantów protestujących przeciwko brutalnemu stłumieniu strajku w fabryce „Semperit”. Od kul zginęło 8 robotników. Niespełna miesiąc później we Lwowie policja spacyfikowała protest bezrobotnych, zabijając jednego z manifestantów. Uroczystości pogrzebowe przerodziły się w masowe rozruchy. Rozjuszony tłum demolował witryny sklepów i podpalał budynki. Policyjne salwy uśmierciły 14 robotników. Na wieść o wydarzeniach we Lwowie zaczęli manifestować bezrobotni w Poznaniu. Tylko cudem obyło się bez kolejnych ofiar. „Użycie broni w każdym wypadku nastąpiło na skutek agresywności tłumu – czytamy w komunikacie prokuratorskim – w którym elementy przestępcze i prowokujące starcia z policją odegrały widoczną i decydującą rolę. Próby rozproszenia tłumu przy pomocy bomb łzawiących nie dały pożądanego rezultatu z uwagi na niesprzyjający ku temu kierunek wiatru. Oddziały policyjne zmuszone zostały do użycia broni palnej po wyczerpaniu innych środków w obronie własnej i dla zapobieżenia dalszym groźniejszym ekscesom”.

SIŁY SZYBKIEGO REAGOWANIA

W początkach XX w. nie znano bezkrwawych sposobów tłumienia ulicznych rozruchów. Carska policja pacyfikowała je przy użyciu konnych oddziałów kozackich – żołnierze szarżowali, płazując szablami. Jeśli tłum stawiał opór, kozacy zadawali ciosy ostrą częścią klingi – wtedy padali ranni i zabici. Także polski policjant po 1918 r. miał do dyspozycji tylko pałasz i karabin. W ich stosowaniu zalecano wstrzemięźliwość: „Do użycia broni wolno się uciec tylko w ostateczności – czytamy w „Tymczasowej instrukcji dla Policji Państwowej” z roku 1920 – gdy wszelkie inne łagodniejsze środki (tj. perswazja i rozwiązanie pochodu) nie osiągnęły skutku, a tłum zagraża bezpieczeństwu funkcjonariuszów policyjnych lub porządkowi publicznemu albo mieniu obywateli. Należy mieć przytem zawsze na uwadze, że użycie broni palnej wywołuje rozjątrzenie i skargi”.

Już od 1923 r., kiedy podczas tłumienia protestów w Krakowie poległo ponad 30 robotników i żołnierzy, a kilkaset osób zostało rannych, władze nosiły się z myślą o stworzeniu policyjnych sił szybkiego reagowania. Chodziło o powołanie formacji, która mogłaby w krótkim czasie dotrzeć na miejsce buntu i rozproszyć tłum skutecznie, ale bezkrwawo. Po wydarzeniach z wiosny 1936 r. decyzja zapadła szybko. 24 kwietnia minister spraw wewnętrznych Władysław Raczkiewicz ustanowił „oddziały rezerwowe przeznaczone do specjalnych zadań służby bezpieczeństwa, a w szczególności do samodzielnego prowadzenia akcji dla utrzymania bezpieczeństwa, spokoju i porządku publicznego, we wszystkich tych wypadkach, w których siły miejscowe Policji mogłyby się okazać niewystarczające”. „Ściśle tajnym zarządzeniem z lata 1936 roku zakazałem w ogóle strzelać policji miejscowej, chyba w wyjątkowych przypadkach, w celu przeszkodzenia zbrodni – napisał we wspomnieniach następca Raczkiewicza gen. Felicjan Sławoj Składkowski. – W razie rozruchów miała czekać na nadejście rezerw, których utworzenie zarządziłem w każdym województwie. […] Postanowiłem sięgnąć do wzorów demokratycznej Francji i utworzyć zwarte dyspozycyjne oddziały policji [...]. Przyjętych do policji byłych podoficerów wojska poleciłem szkolić w rozpraszaniu tłumu zwartą kolumną karabinami bez nasadzonych bagnetów i bez strzelania, nawet gdy ten tłum jest czynnie agresywny i atakuje policję”.

STRZELAJCIE, S… SYNY!