Każda potrzeba Erica Weinera była natychmiast zaspokajana. „Otacza mnie mała armia pomocników, nienagannie ubranych w kremowe marynarki. Z przesadną grzecznością zostaję odeskortowany do recepcji – czuję się jak panna młoda prowadzona do ołtarza. Troska o klienta dociera nawet do łazienki, gdzie pomocnik odkręca za mnie kran i podaje mi ręcznik. Na koniec dziękuje mi. Za co? Za to, że zrobiłem siku? To żaden problem, naprawdę. Robię to dość często” – opisuje swoje wrażenia w książce „Geografia szczęścia”. Sarkazm i dowcip pomagają Weinerowi, reporterowi „New York Timesa”, tylko na krótką metę. Kolejne dni spędzane w jednym z najlepszych hoteli na świecie, wybudowanym na piaskach Kataru, coraz bardziej psują mu humor. W końcu ma dość. Hotel zaczyna mu przypominać grobowiec. „One są dla zmarłych. A ja jeszcze żyję” – pisze. „Hotele czynią życie tak łatwym, że izolują cię od kraju, w którym jesteś” – wyjaśnia „Focusowi” Weiner.

Wtóruje mu psycholog turystyki prof. Janusz Zdebski: „Hotel ma prywatną plażę i obsługę dostosowaną do obsługi gości z zagranicy. Turysta przebywa jakby w bańce środowiskowej. Nawet tubylcy, których spotyka, są odpowiednio przygotowani. Wyjazd do innego kraju w takich warunkach raczej nie dokona zwrotu w psychice turysty, raczej go nie ubogaci. Człowiek wróci do ojczyzny taki sam, jak wyjechał. Tak jak u kobiet, których zasłyszaną rozmowę niegdyś przeczytałem:
– Skąd wracasz?
– Z Majorki.
– A gdzie to jest?
– Nie mam pojęcia. Po prostu wysiadłam z samolotu.

Podobną wypowiedzią zasłynął poseł Samoobrony Janusz Maksymiuk. Reporterzy jednego z tabloidów przyłapali go w luksusowym hotelu w miejscowości Sharm El Sheikh na półwyspie Synaj w Egipcie. Tuż po powrocie, na pytanie dziennikarza, gdzie tak się opalił, odpowiedział: „Byłem nad Morzem Czerwonym. W Szram coś tam”.

OD ABSTYNENCJI DO TURYSTYKI MAS

Podróżowanie stało się dziś zbyt łatwe. W języku angielskim słowo „podróżować” („travel”) jest bliskie „harować, zmagać się z trudnościami” („travail”). Niegdyś bowiem podróżowanie wiązało się z doświadczaniem trudności, ryzykiem i niebezpieczeństwem. Wielu ludzi nie wracało z wyjazdów lub w ich trakcie traciło majątek, zdrowie, a przynajmniej cnotę. Dlatego podróż musiała mieć konkretny cel: handlowy, religijny czy edukacyjny. Zdarzały się, choć rzadko, wyjazdy dla wypoczynku.

Takie podróże ludzie musieli organizować sobie sami i często nie mieli wpływu na efekty. Wędrówka więc ich zaskakiwała i dostarczała wrażeń, skłaniała do przemyśleń. Człowiek, chcąc nie chcąc, wracał odmieniony. Już Jan Amos Komeński w XVII wieku mawiał, że podróżowanie daje osobowość. Pozwala porównać własną i cudzą kulturę, pokazuje różnorodność otoczenia i wzbogaca wnętrze.

Ten obraz podróżowania zmienił się dopiero w XIX wieku. Niektórzy wskazują na konkretną datę – 9 czerwca 1841 roku brytyjski stolarz Thomas Cook wybrał się na wycieczkę kolejową. Ponieważ był pobożnym baptystą, jego celem stał się wiec towarzystwa trzeźwości. Podróż tak go zafascynowała, że namówił na nią 570 osób, którym kupił bilety i posiłki, a następnie zabrał ich na... kolejny wiec trzeźwości. W następnych latach organizował coraz dalsze wycieczki. Rezerwował hotele, ustalał trasę podróży. W 1851 roku na światową wystawę w Londynie przywiózł – bagatela! – 165 tys. osób. Pięć lat później wycieczka Cooka po raz pierwszy opuściła Anglię. Tym samym rozpoczęła się era masowej turystyki zagranicznej. Jej dalszemu rozwojowi sprzyjały przemiany cywilizacyjne. Dzięki uprzemysłowieniu ludzie się bogacili, stać ich było na wyjazdy. Pojawiły się, nieznane wcześniej, dodatkowe wolne dni i płatny urlop, który stopniowo wydłużano. Do kolei żelaznej dołączyły samochody i samoloty.

Według danych Światowej Organizacji Turystyki już w 1950 r. odnotowano na świecie 25 mln zagranicznych turystów. W 2008 r. liczba ta wzrosła do 922 mln! W 1950 r. turyści zagraniczni wydali w sumie 2 miliardy dolarów. W 2008 roku – 944 mld!

WAKACJE Z GWIAZDAMI