Do Auschwitz 23-letni Tadeusz Pietrzykowski trafił 14 czerwca 1940 r. Na pierwszym apelu w Auschwitz SS-Hauptsturmführer Karl Fritzsch, zastępca komendanta, przywitał ich słowami: „Przybyliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące”. 

Ponieważ obóz był wciąż w fazie organizacji, najbezpieczniej mogli czuć się ci, którzy mieli w rękach konkretny fach: cieśle, malarze, kowale. Umiejętność boksowania wydawała się kompletnie nieprzydatna. A Pietrzykowski akurat potrafił boksować. Już w gimnazjum połknął bakcyla pięściarstwa i szło mu tak dobrze, że w 1937 r. jako podopieczny legendarnego Feliksa „Papy” Stamma zdobył mistrzostwo Warszawy w wadze koguciej.

Brutalne walki w łaźni i na dziedzińcu kuchni

Wydawało się, że chłopak podzieli los szeregowych więźniów wycieńczonych morderczą pracą, gdy pewnej marcowej niedzieli 1941 r. wydarzyło się coś nieoczekiwanego. „Przed obozową kuchnią zebrała się duża grupa więźniów. Jeden z nich podbiegł w moim kierunku i krzyknął: »Teddy, chcesz otrzymać kawałek chleba, chodź szybko. Wśród nas jest niemiecki bokser. Szukam kogoś, kto z nim będzie się boksował i go pokona. Zwycięzca w nagrodę otrzyma chleb«. Ważyłem 42 kg, lecz zdecydowałem się od razu na walkę. Zobaczyłem doskonale zbudowanego blondyna, trzymającego w rękach rękawice, które używaliśmy zimą podczas pracy” – wspominał po latach Pietrzykowski. Przeciwnikiem okazał się niemiecki kapo Walter Dünning, wcześniej zawodowy bokser wagi średniej. Polak teoretycznie nie miał szans, ale refleks, zwinność i umiejętność unikania ciosów sprawiły, że zyskał przewagę. Jego proste i sierpowe skutecznie trafiały wolniejszego Niemca.

W drugiej rundzie Dünning uznał wyższość wychudzonego „kogucika” i zabrał go do bloku nr 24, gdzie mieszkali kapo. Teddy dostał nie tylko obiecane jedzenie, lecz także coś o wiele cenniejszego: możliwość wybrania lepszej pracy. Natychmiast poprosił o przeniesienie do komanda Tierpfleger, zajmującego się doglądaniem zwierząt. Gwarantowało to przede wszystkim dostęp do lepszego wyżywienia, a także… więcej czasu na treningi. „Stałem się znany jako bokser i toczyłem w obozie oświęcimskim liczne walki z bokserami, których esesmani wyszukiwali w nowo przybyłych transportach, organizując w ten sposób atrakcyjne dla siebie widowiska” – wspominał. Dla kapo i esesmanów obstawianie zwycięzców stało się szybko coniedzielną rozrywką. Łaknęli igrzysk, a obóz dostarczał im licznych „gladiatorów”, z których życiem nie musieli się liczyć. W chłodne dni walki rozgrywały się w łaźni obok bloku nr 2, w cieplejsze – na wewnętrznym dziedzińcu kuchni. 

Tyfus: zemsta za pokonanie kapo

Pietrzykowski stoczył w Auschwitz kilkadziesiąt pojedynków, z których przegrał tylko jeden: z 35-letnim holenderskim mistrzem wagi średniej Leendertem Josuą Sandersem. Swoista sława, która towarzyszyła tym sukcesom, przysporzyła mu jednak także wrogów. Wysoka przegrana w zakładach po walce z niejakim Erichem, kapo rzeźni, sprawiła, że obozowy lekarz Friedrich Entress z zemsty wszczepił Polakowi tyfus, co nie tylko miało zakończyć obozową „karierę” Pietrzykowskiego, ale było dla niego praktycznie biletem do komory gazowej.

Uratowała go pomoc rotmistrza Pileckiego i łut szczęścia. Miał rację Teddy pisząc w grypsie do matki: „Pamiętasz jak wszyscy mówili – co z niego będzie? On sobie w życiu nie da rady. Dam sobie radę i w piekle”. Ten szczęśliwy traf to wizyta w Auschwitz Hansa Lütkemeyera, komendanta obozu koncentracyjnego Neuengamme koło Hamburga, który w 1938 roku… sędziował jedną z walk Pietrzykowskiego na międzynarodowym turnieju w Poznaniu. Zaproponował mu wyjazd do Neuengamme, choć cena, którą miał za to zapłacić polski bokser, była dość wysoka. Nowy „mecenas” wystawił go niemal natychmiast do walki z ważącym niemal 100 kilogramów kapo Kuchtą i osobiście ją sędziował. 

Podróż do jądra terroru

O Polaku boksującym za obozowymi drutami pisał nie tylko Tadeusz Borowski. Bohaterem swojej noweli „Bokser i śmierć” uczynił go także Józef Hen, a w 1962 r. zekranizował ją słowacki reżyser Peter Solan. 27 sierpnia do kin trafia nowa produkcja poświęcona tej wybitnej postaci: „Mistrz” Macieja Barczewskiego. Według słów reżysera jest to „opowieść o niezwykłym człowieku, który dzięki swoim umiejętnościom nie tylko walczył o życie w miejscu zagłady, ale również dawał innym nadzieję, że ich oprawcy nie są niepokonani”. Główną rolę zagrał w nim Piotr Głowacki. 

Wiarygodne odtworzenie postaci legendarnego pięściarza było niezwykle wymagającym zadaniem. Aktor został poddany intensywnym kilkumiesięcznym treningom, które przygotowały go do roli. „W pierwszej kolejności skupiliśmy się na stworzeniu postaci przedwojennego pięściarskiego mistrza Warszawy w wadze koguciej z jego fizycznością i charakterystycznym stylem walki: bokser gentleman, mistrz uników, którego ekranowy los rozpoczyna się od trafienia w samo jądro systemowego terroru, do miejsca będącego antytezą sportowej postawy fair play. To co nas zajmowało, to kreowanie dynamicznego obrazu samopoznania, dekonstrukcji i odbudowy człowieka, będącego w swej pięściarskiej naturze kwintesencją witalności, ciałem dysponującym nadmiarem życia zmuszonym do egzystencji jako numer w fabryce śmierci” – opowiada Głowacki w wywiadzie dla „Focusa Historia”.

Więcej o Tadeuszu Pierzykowskim i o filmie „Mistrz” oraz cały wywiad z Piotrem Głowackim w nowym Focusie Historia nr 5/2021.