Każdy producent mówi o mocnym brzmieniu. Bardziej przekonuje mnie pytanie, czy taki sprzęt da się normalnie używać przez kilka lat, czy po dwóch sezonach stanie się kolejnym ładnym elektroodpadem.
Marshall Stockwell III pojawia się po długiej przerwie i na pierwszy rzut oka gra bardzo bezpiecznie. Nadal wygląda jak miniaturowy wzmacniacz gitarowy, nadal ma ten retro-charakter, który jednych rozczula, a innych drażni swoją konsekwencją. Metalowa maskownica, charakterystyczne logo, pasek do przenoszenia, pokrętła na górze – wszystko jest tam, gdzie fani marki mogliby tego oczekiwać. Mam jednak wrażenie, że tym razem ważniejsza od wyglądu jest bateria. I nie tylko dlatego, że ma działać ponad 40 godzin.
Głośnik, który wreszcie nie kończy imprezy za użytkownika
Stockwell III ma oferować ponad 40 godzin pracy na jednym ładowaniu, czyli około dwa razy więcej niż poprzednik. W świecie sprzętu przenośnego brzmi to jak konkret, bo wiele głośników nadal wymaga planowania ładowania z precyzją godną wyjazdu służbowego. Tu perspektywa jest prostsza: zabierasz sprzęt na weekend, używasz go w domu, w ogrodzie, na wyjeździe i nie zaczynasz każdej rozmowy od pytania, gdzie jest kabel.
Ładowanie odbywa się przez USB-C, a sam głośnik może działać także jako powerbank. To drobiazg, który w codziennym użyciu bywa bardziej przydatny niż kolejna marketingowa nazwa systemu audio. Telefon rozładowany od streamingu, aparat Bluetooth zajęty muzyką, brak gniazdka pod ręką – takie sytuacje zdarzają się częściej niż romantyczne pikniki z katalogów.

Marshall trzyma się swojego stylu
Design Marshalla od lat działa na prostym skojarzeniu: rock, wzmacniacz, scena, trochę klubowej nostalgii. Można się z tego lekko uśmiechnąć, bo przecież większość takich głośników częściej odtwarza podcasty w kuchni niż gitarowe solówki w garażu. A jednak ten język wizualny jest rozpoznawalny i trudno odmówić mu charakteru.
Stockwell III będzie dostępny w wariantach black and brass oraz cream. To bezpieczne, ale pasujące do tej serii kolory. Ważniejsze jest jednak to, że głośnik dostał wyższą odporność IP55, więc lepiej zniesie kurz i zachlapania. Nie zmienia się przez to w sprzęt do wrzucania do basenu, ale przy głośniku przenośnym taka odporność ma praktyczne znaczenie. Balkon po deszczu, ogród, wyjazd, zakurzony stolik na tarasie – to codzienność, w której elektronika powinna zachowywać się trochę mniej delikatnie.
Dźwięk dookoła, czyli mniej szukania idealnego miejsca
Marshall stawia tu na True Stereophonic, czyli dźwięk rozchodzący się w 360 stopniach. W praktyce chodzi o to, by głośnik nie wymagał ustawiania wszystkich osób przed sobą jak przed telewizorem. Przy sprzęcie przenośnym to logiczne. Taki głośnik często ląduje na środku stołu, na komodzie, na podłodze albo gdzieś między kuchnią a salonem. Dobrze, jeśli nie trzeba potem chodzić po pokoju i szukać miejsca, w którym muzyka brzmi najmniej przypadkowo.
Pojawia się też Dynamic Loudness, czyli automatyczne równoważenie basu, średnich tonów i góry przy różnych poziomach głośności. Tu zachowałabym zdrowy dystans do obietnic, bo dopiero realne odsłuchy pokażą, jak Marshall poradził sobie z basem i przestrzenią w tak kompaktowej obudowie. Sama idea jest jednak rozsądna.
Wymienna bateria jest cichym bohaterem tej premiery
Najbardziej interesujący element Stockwella III nie jest widoczny. To wymienna bateria. Użytkownik ma móc samodzielnie wymienić nie tylko ją, ale też pasek, maskownice, silikonową osłonę i etui. W czasach, gdy wiele urządzeń wygląda jak zapieczętowana obietnica późniejszej frustracji, taki ruch zasługuje na uwagę.
Nie widzę w tym nagłego aktu dobroci branży elektronicznej. Bardziej prawdopodobne jest to, że producenci coraz mocniej czują oddech regulacji i rosnącej niechęci klientów do sprzętu jednorazowego w praktyce. Unijne przepisy dotyczące baterii mają od 2027 roku wymagać, by przenośne baterie w wielu urządzeniach dało się łatwiej usuwać i wymieniać. Jeśli więc Marshall już teraz pokazuje głośnik z taką konstrukcją, można to czytać jako sygnał szerszej zmiany. Elektronika ma żyć dłużej, a przynajmniej przestać udawać, że zużyta bateria jest naturalnym końcem całego produktu.

Cena nadal przypomina, że płacimy też za znaczek
Marshall Stockwell III w Europie ma być wyceniony na 229,99 euro, czyli około 980 zł. To nie jest mało jak na przenośny głośnik Bluetooth, nawet jeśli mówimy o rozpoznawalnej marce, długiej pracy na baterii i bardziej naprawialnej konstrukcji. W tym segmencie konkurencja jest mocna, często bardziej odporna, czasem tańsza, czasem mniej stylowa, ale bardzo kompetentna.
Marshall sprzedaje jednak nie tylko dźwięk. Sprzedaje też przedmiot, który ma stać w domu i wyglądać jak część wystroju, a nie przypadkowy plastikowy walec z promocji. To akurat rozumiem, choć nie każdemu musi się podobać dopłata za klimat. Przy Stockwellu III bardziej niż sam styl broni się jednak obietnica dłuższego życia. Jeśli wymienna bateria faktycznie będzie dostępna, rozsądnie wyceniona i prosta do kupienia, ten głośnik może okazać się mniej kaprysem, a bardziej sprzętem na lata.
Stockwell III pokazuje, że przenośny głośnik w roku nie musi już walczyć wyłącznie na waty, bas i efektowny opis dźwięku. Coraz większe znaczenie mają rzeczy takie jak: czas pracy, odporność, USB-C, możliwość podładowania telefonu, wymienna bateria, części, które nie zamieniają drobnej awarii w pożegnanie z całym urządzeniem.
I dobrze. Bo jeśli mam wybierać między sprzętem, który błyszczy przez chwilę, a takim, który da się rozsądnie utrzymać przy życiu, coraz częściej wybieram to drugie. Marshall nadal gra na nostalgii, ale tym razem za tą nostalgią pojawia się całkiem współczesny konkret. Oby tylko nie skończyło się na ładnej deklaracji w dniu premiery.
