Gigantyczny jaszczur rodem z Japonii powraca na ekrany kin, by siać zgrozę i zniszczenie. Trudno ocenić jego najnowsze wcielenie przed premierą filmu, ale wygląda na to, że z naukowego punktu widzenia będzie równie nieprawdopodobne jak wszystkie poprzednie. I nie chodzi tu jedynie o wygląd łączący cechy co najmniej czterech prawdziwych gadów: tyranozaura (ogólna postura), iguanodona (potężne przednie łapy), stegozaura (kostne płyty na grzbiecie) i aligatora (kształt paszczy). Największymi wrogami Godzilli są prawa rządzące biologią.

Dziecko wojny atomowej

Zacznijmy jednak od odrobiny historii. Japońskie imię Godzilli – Gojira – powstało wskutek połączenia słów „gorira” (goryl) i „kujira” (wieloryb). Nadnaturalnie wielki jaszczur wychodzi z morza i atakuje ludzkość, bezlitośnie siejąc zniszczenie. „Pierwotnie Godzilla była ucieleśnieniem największych ludzkich obaw. Fabuła pierwszego filmu o niej, nakręconego zaledwie dziewięć lat po atakach na Hiroszimę i Nagasaki, w 90 proc. wiązała się ze strachem przed atakiem nuklearnym” – mówi prof. Toshio Takahashi z Uniwersytetu Waseda, autor książki „Sekrety Godzilli”. Nieprzypadkowo naciera ona na Japonię ze wschodu – stamtąd wszak nadleciał bombowiec B-29, który przyniósł zagładę Hiroszimie.

Godzilla pojawiła się w 28 japońskich filmach nakręconych na przestrzeni 50 lat od 1954 roku (a także w wielu produkcjach z innych krajów, z książkami i komiksami włącznie). Bezpośrednią inspiracją dla jej twórców był potwór z o rok wcześniejszego filmu amerykańskiego „Bestia z głębokości 20000 sążni”. Fikcyjny drapieżny dinozaur z rodzaju Rhedosaurus przez 100 mln lat znajdował się w stanie hibernacji w lodach Arktyki. Wyrwała go z niej – a jakże – próba broni jądrowej. Bestia ma 10 metrów wysokości i 30 metrów długości, jest głodna i wściekła... Japończycy poszli podobnym tropem: wskutek użycia broni atomowej pradawny potwór nie tylko się budzi, ale dochodzi również do mutacji w jego organizmie, wywołanych przez powstałe podczas wybuchu promieniowanie gamma.

Co za dużo, to niezdrowo

Japońscy twórcy Godzilli tak ukształtowali powierzchnię ciała gada, by przypominała przerośnięte blizny, jakie wybuch pozostawił na skórze ocalałych mieszkańców Hiroszimy. Poza tym, jak na fikcyjnego mutanta przystało, Godzilla jest olbrzymia: zależnie od wersji filmu ma wysokość 50–100 metrów. I to jest jej – dosłownie – największy problem, podobnie zresztą jak i innych gigantycznych potworów, zrodzonych przez wyobraźnię pisarzy, filmowców i in. Bardzo łatwo jest bowiem „nadmuchać” fikcyjne zwierzę, ale w rzeczywistości istnieją granice, których przekroczyć się nie da. Zwiększenie wymiarów powoduje znaczny wzrost objętości, a przez to i ciężaru zwierzęcia. Stumetrowa Godzilla ważyłaby jakieś 60 tys. ton – o wiele więcej niż jakiekolwiek zwierzę lądowe.

Najcięższy z dziś żyjących jest 13-tonowy słoń afrykański, a największe dinozaury mogły mieć najwyżej 200 ton. I jeśli tak było, to możliwe że większą część życia spędzały zanurzone w wodzie, podobnie jak współczesny rekordzista – ważący do 190 ton płetwal błękitny. Woda wskutek działania siły wyporu zmniejsza oddziaływanie grawitacji na ciało zwierzęcia.

W przypadku Godzilli byłoby ono ogromne: jej szkielet na lądzie natychmiast by się połamał (nawet gdyby był zbudowany z tak mocnego materiału jak tytan). Mogłaby mieć bardzo grube kości, ale wtedy byłaby jeszcze cięższa – i błędne koło się zamyka. „Co by się stało, gdyby stumetrowy »dinozaur« wyszedł z morza i wpadł w szał? Przewiduję, że byłby to bardzo krótki szał. Trwający milisekundy” – podsumowuje Michael A. Deuter, autor artykułu „The science of Godzilla” z serwisu Apeculture.com. Poza tym zwierzę mogłoby łatwo się ugotować. Przy tak wielkim cielsku powierzchnia skóry byłaby zbyt mała, by mogło skutecznie wypromieniować ciepło (a zapewne byłoby stałocieplne, podobnie jak dzisiejsze krokodyle czy – choć to nadal tylko domysły – drapieżne dinozaury, takie jak tyranozaury).