David Perlman stał się wrogiem naukowców. Gdyby wiedzieli, co znajdą na dnie oceanu, zapewne nie zaprosiliby na pokład statku tego dziennikarza z „San Francisco Chronicle”. „Miałem po prostu przygotować reportaż o pracy oceanografów” – opowiada „Focusowi” Pearlman. Dlatego redakcja wysłała go na rejs w rejon ryftu Galapagos. To tutaj płyty oceaniczne, które tworzą podmorskie dno, odsuwają się od siebie, a pustkę między nimi wypełnia wypływająca z głębin Ziemi magma. Nie jest to zbyt przyjemne miejsce. Roztopione skały ogrzewają wodę do ogromnych temperatur, do tego trzeba też dodać toksyczne substancje oraz wybuchające co jakiś czas wulkany.

W roku 1976 oceanolodzy dostrzegli w tej okolicy coś dziwnego. Z dna oceanu sterczały słupy, z których w toń wodną buchało coś na kształt kłębów czarnego dymu. Struktury te nazwano kominami hydrotermalnymi. Wydobywała się z nich woda, która wcześniej przesiąkła przez dno morskie i – po kontakcie z magmą – rozgrzała do temperatury 300–400 stopni Celsjusza. Jednocześnie nasyciła się ciężkimi metalami, siarką i innymi toksycznymi związkami. Tak spreparowana mieszanka wracała do oceanu, a po zetknięciu z chłodną morską wodą gwałtownie się oziębiała. Część zawartych w niej minerałów osadzała się wokół, tworząc kominy. Inne substancje wytrącały się z roztworu, ale pozostawały w gorącej wodzie – to był właśnie ów dym.

Rok później geolodzy wrócili w rejon ryftu Galapagos, żeby dokładniej zbadać nowe zjawisko. Na wyprawę zaprosili Davida Perlmana. Zabrali ze sobą załogową łódź podwodną Alvin. Gdy dotarli nią w pobliże kominów, ujrzeli nieziemski świat. Wokół nich kłębiły się nieznane dotąd nauce organizmy – z dala od światła, wśród trującego siarkowodoru, metali ciężkich i ekstremalnie wysokich temperatur! Naukowcy zrozumieli, że to odkrycie trafi na czołówki gazet, ale chcieli sami to ogłosić światu. Zabronili więc Perlmanowi pisania artykułu i odcięli mu dostęp do telefonu. Ale dziennikarz nie poddał się. Przygotował tekst i dzięki tajnej umowie z marynarzami przez słuchawkę radiotelefonu nadał go do redakcji. Następnego dnia artykuł się ukazał, a świat wpadł w zachwyt. Od tego czasu minęło ponad 30 lat, kominy hydrotermalne odkryto zaś w wielu innych miejscach. Nadal jednak zaskakują naukowców. I nie są już tylko ciekawostką. Wiadomo teraz, że bez tego fenomenu oceany wyglądałyby – i smakowały – zupełnie inaczej. Ba, być może nawet ewolucja organizmów żywych poszłaby zupełnie innym torem!

SOJUSZ BAKTERII Z ROBALAMI

Kiedyś biolodzy uważali, że różnorodny ekosystem musi być zasilany energią słoneczną – rośliny wykorzystują ją, by produkować substancje odżywcze, które potem przyswajają zwierzęta. Owszem, znane były samożywne bakterie obywające się bez światła. Pobierają energię z utleniania amoniaku, siarkowodoru, metanu czy wodoru. Nie sądzono jednak, by takie mikroby mogły pełnić podobną funkcję ekologiczną jak rośliny.

A właśnie tak dzieje się wokół kominów hydrotermalnych. W ryfcie Galapagos łańcuch pokarmowy zaczyna się od bakterii utleniających siarkowodór. Weszły one w ścisłą współpracę z niemal dwumetrowymi pierścienicami z grupy rurkoczułkowców (rodzaj Riftia). Te ogromne robale mieszkają w chitynowych rurkach przytwierdzonych na stałe do skały. Na zewnątrz wystawiają jedynie intensywnie czerwone pióropusze. Kolor nadaje im hemoglobina – związek, który w naszej krwi zajmuje się transportem tlenu i dwutlenku węgla. U rurkoczułkowców ma ona nieco inną budowę, dzięki czemu może wiązać się zarówno z tlenem, jak i siarkowodorem. Oba te związki krew zwierząt przenosi do organu zwanego trofosomem, w którym żyją sobie wygodnie „zaprzyjaźnione” bakterie. Łączą siarkowodór z tlenem, wytwarzając energię, którą wykorzystują do produkcji substancji odżywczych. Część przekazują rurkoczułkowcowi jako „zapłatę”. Zwierzęta tak się uzależniły od tych dostaw, że całkowicie utraciły zdolność do samodzielnego zdobywania i trawienia pożywienia. Nie mają nawet układu pokarmowego!

FOTOSYNTEZA PO CIEMKU