Andover Audio pokazało drugą generację swojego all-in-one do winyli, czyli urządzenia, które łączy gramofon, nagłośnienie i elektronikę w jednej, dość eleganckiej bryle. Cena jest od razu kubełkiem zimnej wody. To nie jest zakup na zasadzie: zobaczyłam, spodobało mi się, dorzucę do koszyka między kawą a karmą dla kota. To sprzęt dla osób, które chcą wejść w winyl na poważnie, ale bez budowania wieży hi-fi z osobnych klocków.
Audiofilia bez śrubokręta w dłoni
W świecie winyli nadal mocno trzyma się przekonanie, że prawdziwa jakość zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda. Osobny gramofon, osobny wzmacniacz, osobne kolumny, potem jeszcze stolik, maty, podstawki, kable za kwoty, przy których człowiek zaczyna podejrzewać, że miedź ma w sobie domieszkę szafranu. Rozumiem ten świat. Jest w nim pasja, wiedza i sporo satysfakcji, gdy wszystko wreszcie zagra tak, jak powinno. Przynajmniej ja tak odczuwam to po zbudowaniu swojego zestawu.
Ale coraz częściej widzę też drugą potrzebę: chcemy sprzętu dobrego, ładnego i gotowego do użycia, bez poczucia, że przed pierwszym odsłuchem trzeba zdać egzamin z ustawiania ramienia. Andover-One MK2 idzie właśnie w tę stronę. Ma fabrycznie ustawioną wkładkę Audio-Technica VM95E, automatyczne zatrzymanie na końcu płyty i konstrukcję pomyślaną tak, żeby użytkownik mógł skupić się na muzyce, a nie na nerwowym sprawdzaniu, czy igła właśnie nie mieli ostatniego rowka od dziesięciu minut.
To akurat rozumiem. Wkładka VM95E jest rozsądnym wyborem, bo nie pachnie przypadkowym tanim dodatkiem wrzuconym tylko po to, żeby można było napisać w pudełku, że gramofon jest kompletny. To popularna, sensowna wkładka z możliwością dalszej zabawy w ulepszenia, jeśli komuś z czasem zachce się więcej. W sprzęcie za prawie 10 tysięcy złotych można oczywiście oczekiwać więcej niż poprawności, ale w tym segmencie równie ważne jest to, żeby całość była spójna i nie wymagała natychmiastowego dłubania.
Jedna bryła, sześć przetworników i obietnica szerokiego grania
Andover-One MK2 nie jest małym głośnikiem z talerzem doklejonym na górze. W środku pracuje sześć przetworników: cztery 3,5-calowe woofery i dwa tweetery typu Air Motion Transformer. Całość ma 200 W mocy i została zaprojektowana tak, by dawać scenę dźwiękową o zakresie 270 stopni. Do tego dochodzi firmowa technologia IsoGroove, która ma ograniczać wpływ drgań generowanych przez głośniki na pracę gramofonu.
Gramofon i głośniki w jednej obudowie zawsze budzą uzasadnioną podejrzliwość, bo winyl nie lubi wibracji. W tańszych urządzeniach tego typu kończy się to często basem, który bardziej przeszkadza igle, niż wspiera muzykę. Andover buduje swoją opowieść właśnie na tym, że potrafiło tę sprzeczność opanować. Bez testu odsłuchowego nie stawiałabym tu wielkich wyroków, ale sama ambicja jest sensowna: stworzyć sprzęt, który nie każe wybierać między estetycznym minimalizmem a podstawową kulturą grania.

Technicznie jest tu też klasyczny, paskowy napęd, aluminiowy talerz z silikonową matą antyrezonansową, ramię z włókna węglowego z wymiennym headshellem oraz obsługa prędkości 33,33 i 45 RPM. Urządzenie waży około 15,9 kg, więc nie mówimy o lekkiej zabawce do przestawiania z komody na parapet. To raczej mebel audio, który ma dostać swoje miejsce i wyglądać tam jak część salonu, a nie laboratoryjny eksperyment.
Winyl, ale bez odcinania się od współczesności
Podoba mi się, że Andover-One MK2 nie zamyka użytkownika w romantycznym wyobrażeniu o słuchaniu muzyki wyłącznie z płyt. Winyl jest piękny, ale życie jest życie. Czasem chcemy puścić album ze streamingu, czasem playlistę z telefonu, czasem coś w tle podczas gotowania. Nowa wersja dostała między innymi cyfrowe wyjście optyczne i obsługę połączeń, które pozwalają traktować ją szerzej niż tylko jako gramofon do kolekcji płyt.
To ważne, bo luksusowy sprzęt audio coraz częściej musi pogodzić dwa światy. Z jednej strony mamy ludzi, którzy celebrują fizyczny nośnik, okładkę, trzask płyty i ten moment, w którym trzeba wstać, żeby zmienić stronę. Z drugiej – nikt rozsądny nie chce płacić prawie 10 tysięcy złotych za urządzenie, które przez większość tygodnia będzie stało jak ładna rzeźba. W tym sensie Andover-One MK2 jest propozycją dla kogoś, kto lubi winyl, ale nie chce robić z niego religii.
Cena boli, ale pomysł jest ciekawy
2699 dolarów, czyli około 9840 zł, ustawia ten sprzęt w trudnym miejscu. Za podobne pieniądze można złożyć klasyczny zestaw z osobnych elementów i prawdopodobnie uzyskać większą swobodę rozbudowy. Można dobrać inne kolumny, inny wzmacniacz, później zmienić gramofon albo wkładkę, a każdy element traktować jak osobny etap tej kosztownej, ale przyjemnej choroby zwanej audio.
Tyle że nie każdy chce chorować przewlekle. Czasem ktoś chce po prostu bardzo dobrego, estetycznego centrum muzyki w domu. Bez kablowego makaronu za szafką. Bez studiowania forów do drugiej w nocy. Bez pytania, czy pół metra od ściany wystarczy, czy już należy wezwać akustyka z laserem w oku. I właśnie dla takich osób Andover-One MK2 może być kuszący, choć nadal drogi.
