W takim kontekście pomysł o uderzeniu ciała kosmicznego brzmiał niemal zbyt dobrze. Nagła katastrofa, pył, zaburzenie klimatu, szybka zmiana warunków. Problem z takimi opowieściami jest jednak stary jak nauka: lubią być atrakcyjne, zanim okażą się wystarczająco odporne na szczegóły. A szczegóły w tej sprawie zaczęły z czasem działać przeciw hipotezie impaktu.
Nowa analiza dość skutecznie podcina skrzydła tej efektownej wersji wydarzeń. Po pierwsze, platynowy sygnał nie pojawia się dokładnie w momencie rozpoczęcia młodszego dryasu, lecz około 45 lat później. Po drugie, nie jest krótkim błyskiem, jakiego można by oczekiwać po pojedynczym kosmicznym incydencie, tylko utrzymuje się przez około 14 lat. To już nie przypomina jednorazowego ciosu z nieba. Bardziej wygląda jak długie, cierpliwe dymienie z rozwartej rany w skorupie ziemskiej.
Zamiast komety coraz lepiej pasuje wulkan i to raczej nie klasyczny
Autorzy pracy sprawdzili między innymi, czy źródłem platyny mogła być słynna erupcja Laacher See w dzisiejszych Niemczech, często przywoływana w tej układance. Przeanalizowali 17 próbek pumeksu i innych materiałów z depozytów tej erupcji, budując ich chemiczny “odcisk palca”. Wynik był niewygodny dla tej tropy: próbki zawierały śladowe ilości platyny, zbyt małe, by sensownie wyjaśnić grenlandzki pik. Laacher See może więc pasować do innych elementów klimatycznej opowieści, ale nie wygląda na źródło tej konkretnej platynowej anomalii.
W zamian pojawia się trop znacznie ciekawszy. Chemicznie ten sygnał bardziej przypomina kondensaty gazów wulkanicznych związane z erupcjami podmorskimi lub podlodowcowymi. Badacze sugerują więc, że platyna mogła dotrzeć na Grenlandię z islandzkiej erupcji szczelinowej, prawdopodobnie subglacjalnej albo podmorskiej. Taki typ erupcji potrafi ciągnąć się latami, a jego interakcja z wodą może dawać bardzo nietypowe proporcje pierwiastków. Właśnie dlatego nie trzeba tu spektakularnego meteorytu. Wystarczy wyjątkowo dobrze ustawiony geochemiczny piec.

Brzmi to mniej widowiskowo, ale naukowo jest może nawet ciekawsze. Wybuch wulkanu pod lodem albo pod wodą to nie typowa, pocztówkowa erupcja z fontanną lawy i popiołem rysującym stożek na horyzoncie. To bardziej chemiczna intryga niż czysta pirotechnika. Woda potrafi tu “wycinać” część sygnałów siarkowych i popiołowych, a jednocześnie sprzyjać frakcjonowaniu metali takich jak platyna. Innymi słowy, natura mogła zostawić w lodzie ślad bardzo nieoczywisty, trochę jak podpis wykonany atramentem widocznym dopiero pod odpowiednim światłem.
Platyna nie wyjaśnia początku ochłodzenia, ale wulkany wcale z tej historii nie znikają
Tu zaczyna się najlepsza część tej układanki. Nowe badanie nie mówi po prostu: platyna nie pochodzi z kosmosu, więc temat zamknięty. Ono mówi coś znacznie sprytniejszego. Skoro platynowy pik pojawia się za późno, nie mógł uruchomić młodszego dryasu. Ale w rdzeniach lodowych istnieje także duży sygnał siarczanowy, który pokrywa się czasowo z samym początkiem tego gwałtownego ochłodzenia, około 12 870 lat temu. To z kolei podsuwa myśl, że rzeczywistym zapalnikiem całej klimatycznej awarii mógł być duży wybuch wulkaniczny na półkuli północnej.
To bardzo elegancka zamiana jednego scenariusza na drugi. Znika kometa, ale nie znika katastroficzny charakter zdarzenia. Nadal mamy nagły impuls, który mógł ochłodzić klimat, odbijając promieniowanie słoneczne przez aerozole siarkowe w stratosferze. A kiedy Ziemia znajdowała się akurat w delikatnym momencie przejścia między warunkami glacjalnymi i cieplejszymi, nawet jeden mocny cios mógł zepchnąć system klimatyczny z powrotem w zimną stronę. To trochę jak sytuacja z drzwiami, które już prawie się zamykają. Czasem nie potrzeba tarana, wystarczy dobrze wymierzony podmuch.
Co ważne, sami autorzy nie twierdzą, że rozstrzygnęli każdą część sporu wokół młodszego dryasu. Ich praca dotyczy konkretnie platynowej anomalii i jej pochodzenia. Nie unieważnia jednym ruchem wszystkich innych argumentów zwolenników hipotezy impaktowej, takich jak kuliste drobiny czy tak zwane czarne maty. Ale pod względem zasady ekonomii wyjaśnień nowy wariant ma przewagę: lepiej zgadza się z czasem wystąpienia sygnału i z jego długością.
Źródła: Science Daily; PLOS
