I właśnie dlatego customowa maszyna przygotowana przez Heliot Emil, Joe & The Juice, CALIPER i La Marzocco jest tak wdzięcznym tematem. Jest trochę absurdalna, trochę piękna, trochę irytująca.
Podczas Paris Men’s Fashion Week marka Joe & The Juice połączyła siły z kopenhaskim Heliot Emil, a paryski lokal przy Rue Marbeuf zamienił się w czarną, dopracowaną przestrzeń z czarnym menu, czarnymi kubkami i limitowaną kawą Black Iced Latte z syropem z czarnego sezamu i surowym kakao. W centrum ustawiono jednak nie napój, lecz ekspres. Maszynę opartą na La Marzocco Linea Mini, obudowaną w wypolerowaną, zakrzywioną stal, bez typowego płaskiego blatu, na którym można odłożyć filiżankę, kubek albo ściereczkę.
Ekspres, który odmawia bycia półką
W zwykłej kawiarni ekspres szybko staje się zapleczem w miniaturze. Lądują na nim kubki, pokrywki, paczki ziaren, szmatki, czasem coś, czego nikt już nie potrafi przypisać do konkretnej funkcji. To naturalne, bo gastronomia nie znosi pustej powierzchni. Każdy blat zostanie prędzej czy później zajęty przez życie.

Tu ktoś postanowił to życie zdyscyplinować. CALIPER przebudował obudowę Linea Mini tak, by była niemal cała obła, stalowa i nieprzyjazna odkładaniu czegokolwiek. Efekt wygląda jak sprzęt z kawiarni prowadzonej przez projektanta, który ma alergię na przypadek. Nie ma tu miejsca na spontaniczny bałagan, ale jest bardzo wyraźny komunikat: kawa ma być zrobiona, podana i wypita.
Można się z tego śmiać, bo oczywiście brzmi to jak problem z kategorii luksusowych fanaberii. Ekspres tak zaprojektowany, żeby nie dało się postawić na nim filiżanki, wydaje się drobną złośliwością wobec baristy. A jednak widzę w tym sensowny komentarz do świata, w którym każdy przedmiot musi nie tylko działać, ale też wymuszać określone zachowanie. Smartfony ustawiają nam tryby skupienia, zegarki każą wstać, aplikacje pilnują nawodnienia, a teraz ekspres sugeruje, żeby nie traktować espresso jak dekoracji do rozmowy.
Kawa jako doświadczenie, nie tylko napój
Heliot Emil od lat porusza się w estetyce chłodnej, technicznej, trochę militarnej, trochę laboratoryjnej. W takim kontekście klasyczny, sympatyczny ekspres z rządkiem filiżanek wyglądałby zbyt domowo. Stalowa bryła pasuje lepiej. Jest surowa, odbija światło, wygląda ciężko, choć nie musi. Bardziej przypomina obiekt z galerii designu niż sprzęt, przy którym rano ktoś walczy z niewyspaniem.

Czarny lokal, czarne akcesoria, limitowany napój i ekspres, który ma własny charakter. To scenografia, ale scenografia bardzo współczesna – taka, w której produkt ma być przeżyciem na kilka minut i materiałem na dziesięć zdjęć. Trudno mi się temu dziwić. Kawiarnie od dawna sprzedają atmosferę równie mocno jak kofeinę, a kawa specjalistyczna już sama w sobie bywa opowieścią o miejscu, metodzie i nastroju.
Problem zaczyna się wtedy, gdy doświadczenie staje się ważniejsze od wygody. Bo ten ekspres wygląda znakomicie, ale celowo odbiera coś, co w codziennej pracy bywa po prostu praktyczne. W showroomie to błyskotliwy gest. W ruchliwej kawiarni mogłabym po pięciu minutach tęsknić za najbardziej banalnym kawałkiem płaskiej powierzchni.
La Marzocco w stalowym kostiumie
Baza też nie jest przypadkowa. La Marzocco to marka z długą historią i statusem, który w świecie espresso działa trochę jak dobre nazwisko w świecie zegarków. Linea Mini, nawet w standardowej wersji, należy do sprzętów dla osób, które traktują kawę poważniej niż większość z nas traktuje wybór nowej lodówki. Oficjalna cena bazowego modelu Linea Mini R we włoskim przykładzie finansowania wynosi 3000 euro, czyli około 12 900 zł. Customowa wersja Heliot Emil nie ma podanej ceny i trudno wyobrazić sobie, by była zwykłym produktem do koszyka.

To raczej projekt pokazowy, przedmiot do opowiadania marki niż realna propozycja dla kawoszy z ambicją urządzenia domowego kącika. I chyba dobrze, bo w domu taki ekspres mógłby być równie piękny, co lekko apodyktyczny. Wyobrażam go sobie w kuchni, w której nikt nie zostawia rachunków na blacie, cytryny zawsze leżą w ceramicznej misie, a kabel od ładowarki nigdy nie wystaje spod szafki. Czyli w kuchni, która istnieje głównie w katalogach i u ludzi z podejrzanie dobrą dyscypliną.
Mimo całej ironii nie skreślałabym tego projektu jako fanaberii dla branżowego pokazu. On celnie pokazuje, jak bardzo zmienił się status domowych i kawiarnianych urządzeń. Kiedyś ekspres miał robić dobrą kawę i nie przeciekać. Potem miał jeszcze wyglądać porządnie. Teraz coraz częściej ma mówić coś o właścicielu, miejscu, marce i stylu życia.
Nie chciałabym pracować przy tej maszynie przez osiem godzin dziennie, ale chętnie zobaczyłabym ją na żywo. Jest w niej ta rzadka cecha przedmiotów, które jednocześnie chce się podziwiać i przedrzeźniać.
