Nagonka na gejów z lat 80. stanowi historyczne tło kryminalnej intrygi filmu w reżyserii Piotra Domalewskiego (wielokrotnie nagradzany twórca „Cichej nocy” i „Jak najdalej stąd”). Osią fabuły jest zbrodnia popełniona na wpływowym przedstawicielu władzy związanym ze środowiskiem gejów. Potrzebny jest szybki, spektakularny sukces operacyjny. Sprawa trafia do młodego ambitnego milicjanta Roberta (Tomasz Ziętek), syna funkcjonariusza wysoko postawionego w hierarchii aparatu bezpieczeństwa. Domniemany zabójca bardzo szybko zostaje namierzony. Wkrótce jednak Robert orientuje się, że jest to tylko kozioł ofiarny i że przełożeni wcale nie są zainteresowani rozwikłaniem zagadki – mimo że dochodzi do kolejnych zbrodni. Wbrew wyraźnemu zakazowi próbuje na własną rękę odkryć prawdę...

Film to więcej niż sprawnie opowiedziana historia jedynego sprawiedliwego, który za wszelką cenę chce dopaść seryjnego mordercę. Gdy z ust jednego z bohaterów pada kwestia „Trzeba wyjechać z tego kraju. Nieważne gdzie. Tutaj się nie da żyć”, orientujemy się, że przygnębiający klimat noir jest stylową dekoracją, a dramat postaci powołanych do życia przez Jerzego Ciastonia (scenarzystę) i Piotra Domalewskiego mógłby równie dobrze rozgrywać się współcześnie. 

„Hiacynt” przedpremierowo został pokazany na tegorocznym festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu i w konkursie głównym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zdobył tam nagrody: za najlepszy scenariusz (Marcin Ciastoń), najlepszą charakteryzację (Daria Siejak) oraz Złotego Klakiera, czyli nagrodę publiczności dla najdłużej oklaskiwanego filmu (Piotr Domalewski). Na platformie streamingowej Netflix film debiutuje 13 października.

Historyczne fakty

Akcja „Hiacynt” została przeprowadzona w gorącym politycznie okresie. 10 października 1985 roku jej plan zaakceptował zastępca komendanta głównego Milicji Obywatelskiej gen. Zenon Trzciński. Trzy dni później odbyły się wybory do Sejmu, po których aż 74 mandaty objęli posłowie z ugrupowań katolickich oraz niezrzeszeni. Pod koniec października władze ogłosiły amnestię dla więźniów politycznych, a 6 listopada generał Wojciech Jaruzelski zrezygnował z funkcji premiera, obejmując stanowisko przewodniczącego Rady Państwa. 12 listopada powstał rząd Zbigniewa Messnera. Trzy dni później ówczesny szef MSW generał Czesław Kiszczak postanowił urządzić homoseksualistom „mały stan wojenny”.

W PRL homoseksualizm nie był przestępstwem. Polska miała w tej dziedzinie wyjątkowo liberalne prawo. Za stosunki homoseksualne nie karano już od 1932 r. i prawo to obowiązywało również po wojnie. Była to sytuacja wyjątkowa nie tylko w bloku komunistycznym, ale też w Europie Zachodniej. W ZSRR w 1934 r. wprowadzono za homoseksualizm karę sześć lat łagru. Odpowiedzialność karna (a w przypadku urzędników także automatyczne zwolnienie z pracy) groziły m.in. w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii oraz Austrii. Sytuacja na Zachodzie zaczęła zmieniać się dopiero pod koniec lat 60. XX wieku. 
W PRL homoseksualiści nie tylko nie byli ścigani, ale zajmowali wiele ważnych stanowisk i to przy poparciu zarówno partii komunistycznej, jak i Kościoła. Jednocześnie byli dla Służby Bezpieczeństwa źródłem cennych informacji służących do dyskredytowania i szantażowania przeciwników politycznych. Najbardziej znany był przypadek Jerzego Zawieyskiego.

Żyd, gej, katolik i pupil władzy

Urodzony w żydowskiej rodzinie ale później ochrzczony, dobry znajomy zarówno komunisty Edwarda Ochaba jak i kardynała Stefana Wyszyńskiego, Zawieyski żył na pograniczu dwóch światów. Pisarz, redaktor „Tygodnika Powszechnego”, działacz Klubów Inteligencji Katolickiej i stowarzyszenia „Znak”, był wieloletnim posłem na Sejm oraz członkiem Rady Państwa PRL. Jego orientacja seksualna nie była tajemnicą ani dla I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki, ani prymasa Wyszyńskiego, między którymi spełniał często rolę mediatora.

Zawieyski żył w wieloletnim związku z doktorem psychologii i wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Stanisławem Trębaczkiewiczem. Miał też wielu innych partnerów, m.in. socjologa Marcina Czerwińskiego oraz księdza Romana Szczygła, jego osobistego spowiednika. Gdy Zawieyski pełnił funkcję wiceszefa Związku Literatów Polskich, którym przez wiele lat kierował Jarosław Iwaszkiewicz, wybitny pisarz o orientacji homoseksualnej, pojawiły się złośliwe komentarze, że warunkiem kariery w związku jest zostanie kochankiem przynajmniej jednego z nich. Założone na telefony Zawieyskiego podsłuchy, kontrola jego korespondencji oraz podsyłanie mu kochanków-agentów stanowiło dla SB źródło operacyjnej wiedzy na temat środowiska intelektualistów katolickich i Kościoła.

Zawieyski wypadł z łask komunistów, gdy po wydarzeniach marcowych w 1968 roku wystosował w imieniu Koła „Znak” interpelację w obronie pobitych przez milicję studentów. Dla wielu środowisk stał się wówczas bohaterem, „Reytanem z Sejmu”, w kierownictwie partii zapadła więc decyzja, że należy go skompromitować. Rozpoczęła się brutalna polityczna i medialna nagonka, która doprowadziła do zrzeczenia się przez Zawieyskiego stanowiska w Radzie Państwa. Jednocześnie SB podsunęła mu jako kochanka tajnego współpracownika o pseudonimie „Krzysztof”. Był nim młody poeta Bogusław Wyrostkiewicz. Celem operacji było przejęcie dzienników Zawieyskiego, w których esbecy spodziewali się znaleźć materiały kompromitujące ludzi ze środowiska katolickiego i hierarchii kościelnej.

Próba kompromitacji KOR

Jerzy Zawieyski zmarł w tajemniczych okolicznościach w czerwcu 1969 r., wypadając z czwartego piętra rządowej kliniki przy ulicy Emilii Plater, gdzie leczył się po przebytym wylewie. Tymczasem Wyrostkiewicz, który na mocy testamentu przejął willę Zawieyskiego w Konstancinie wraz z dużą częścią archiwów, królował w literackim świecie, do którego został wprowadzony przez swojego kochanka. Dalej współpracował z SB. To właśnie on stał za podpisanym rzekomo w 1976 r. przez znanego pisarza Jerzego Andrzejewskiego, wówczas działacza Komitetu Obrony Robotników, listem otwartym z żądaniem legalizacji małżeństw homoseksualnych w Polsce. 

Operacja, która miała na celu skompromitowanie KOR, nie przyniosła żadnego efektu, gdyż seksualne preferencje pisarza były znane, a prowokacja SB zbyt grubymi nićmi szyta. Pamiętano jeszcze głośną historię z lat 1958–1959, gdy z Polski usunięty został francuski filozof i pisarz Michael Foucault, pierwszy dyrektor Ośrodka Kultury Francuskiej w Warszawie. Sfotografowany przez funkcjonariuszy bezpieki z kochankiem, a następnie szantażowany ,odmówił współpracy. 

Chociaż z nakłonieniem do współpracy znanych opozycjonistów orientacji homoseksualnej SB miała problem, to wielu mniej wpływowych udawało się zwerbować, m.in. dzięki Wyrostkiewiczowi. Ale agent zmarł w czasie homoseksualnej orgii we wrześniu 1984 r., prawdopodobnie był jedną z pierwszych ofiar AIDS w Polsce.

Na początku lat 80. XX wieku rozproszone środowisko polskich homoseksualistów zaczynało się organizować. Impulsem do tego było spotkanie w Turynie zorganizowane przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Gejów – IGA (International Gay Association). Zadeklarowano na nim wsparcie dla homoseksualistów za „żelazną kurtyną”, tworząc w Wiedniu Wschodnioeuropejski Ośrodek Informacyjny (EEIP), działający pod patronatem stowarzyszenia Homosexuelle Initiative Wien (HOSI Wien). Jego zadaniem było zbieranie i publikowanie informacji na temat polityczno-społecznych aspektów życia homoseksualistów w bloku wschodnim i udzielanie im wsparcia. 

Gorzki fiolet i gejowska solidarność

Jednym z działaczy HOSI Wien był Andrzej Selerowicz, który wyemigrował do Austrii w 1976 r. To on wziął na siebie kontakty z Polską. W czasie solidarnościowej odwilży tematyka homoseksualna zaczęła wychodzić z ukrycia i przebiła się nawet na łamy wydawanej przez PZPR prasy. W lutym 1981 r. w tygodniku „Polityka” ukazał się tekst Barbary Pietkiewicz „Gorzki fiolet” opisujący problemy środowiska w Polsce, który z miejsca stał się „biblią” rodzącego się ruchu. Stan wojenny sparaliżował jednak pierwsze próby powołania formalnych organizacji.

Latem 1983 r. pracujący jako przedstawiciel handlowy Selerowicz przyjechał do Warszawy i spotkał się w Parku Łazienkowskim z kilkoma osobami, które miały zostać korespondentami EEIP w Polsce. Zapadła wówczas decyzja o wydawaniu biuletynu informacyjnego rozsyłanego z Wiednia pod kilkadziesiąt zaufanych adresów. Oprócz informacji krajowych Selerowicz zamieszczał w nim także nowości dotyczące ruchu LGBT za granicą, wprowadzając przy okazji do obiegu w Polsce słowo „gej”.

Tematyka homoseksualna zaczęła na nowo przebijać się także w oficjalnych mediach, „środkach masowego przekazu”– jak je wówczas nazywano. Gdzieniegdzie publikowano nawet ogłoszenia towarzyskie dla gejów i lesbijek. Zajęte ściganiem antykomunistycznej i solidarnościowej opozycji służby nie miały zbyt wiele czasu na zajmowanie się homoseksualistami. Wszystko jednak zmieniło się jesienią 1985 r.

Łapanki w całym kraju

„Milicja wyciągała nas z domów, nawet z zakładów pracy, z kawiarń. Po prostu do drzwi mieszkania o szóstej rano dzwonek… Ja byłem niewyspany, przyjaciela późno w nocy wypuściłem. Wpadło trzech tajniaków do przedpokoju, mieszkałem wówczas jeszcze z rodzicami. Podali moje imię, nazwisko… »Pan pozwoli z nami«… Zawieźli mnie na komisariat milicji” – wspominał po latach w jednym z wywiadów Waldemar Zboralski, wówczas pracujący jako sanitariusz w Nowej Soli. Podobne sceny działy się 15 listopada 1985 r. w całym kraju. 

„Około 8.00 na korytarzach SUSW (Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych) zrobiło się tłoczno. Każdy doprowadzony został przede wszystkim sprawdzony w kartotece kryminalnej. Następnie inspektorzy odbywali z nimi rozmowy” – relacjonował na łamach milicyjnego pisma „W służbie narodu” Sławoj Kopka. „Pojawiają się kolejni osobnicy. Młodsi, starsi, najprzeróżniejszych profesji, wykształceni i prawie analfabeci. Spokojnie wszyscy czekają na swoją kolejkę, bez szemrania poddają się rutynowym czynnościom. Zdają sobie sprawę, że po kilku godzinach wyjdą stąd, nierzadko uzyskawszy kilka nowych adresów do zapoznania na korytarzu” – pisał dalej dziennikarz milicjant.

Dziś jego tekst jest jednym z dowodów na przeprowadzenie akcji „Hiacynt”, gdyż przez kolejne lata władze PRL zaprzeczały, że taka operacja w ogóle się odbyła. Jednak artykuł w organie MO nie opisywał wszystkiego. Na ulicach miast, szczególnie Warszawy, trwały bowiem prawdziwe łapanki. Grupy milicjantów, mundurowych i po cywilnemu, wyciągały mężczyzn z popularnych miejsc gejowskich spotkań – stołecznych lokali „Na Trakcie”, „Alhambra”, 
Lajkonik”, „Roksana”, „Santos”, „Antyczna” i innych. Obławy robiono w miejscach tzw. pikiet, czyli spotkań homoseksualistów, m.in. przy zwanej „grzybkiem” toalecie publicznej na placu Trzech Krzyży, na ulicy Rutkowskiego (dziś Chmielnej), Dworcu Centralnym, w nadwiślańskich zaroślach i w parkach.

Zatrzymanych przewożono na komendy milicji, gdzie zakładano im teczki z nagłówkiem „Karta homoseksualisty” i podsuwano druczek do podpisania: „Niniejszym oświadczam, że ja [imię i nazwisko] jestem homoseksualistą od urodzenia. Miałem w życiu wielu partnerów, wszystkich pełnoletnich. Nie jestem zainteresowany osobami nieletnimi”. 

Homoseksualiści dzielą partię

„Pytali o dane osobowe. Podałem, ale kiedy pytali, jaki typ mężczyzn lubię i jaki rodzaj seksu sprawia mi największą przyjemność, odmówiłem odpowiedzi, broniąc się, że to sprawa intymna. Nie naciskali. Zrobili mi zdjęcia, zdjęli odciski palców. Pytali o innych gejów. Zabrali notes, w którym miałem telefony do znajomych; gejów i niegejów. Wszystkich facetów z tego notesu brali potem na przesłuchania” – wspominał Waldemar Zboralski. 
Pierwsze zatrzymania wywołały lawinę następnych. Wyposażeni w nowe adresy milicjanci ruszyli do kolejnych mieszkań, na uczelnie i do zakładów pracy. I wtedy wydarzyła się rzecz niezwykła.

Niespełna tydzień po rozpoczęciu akcji „Hiacynt” na łamach partyjnego tygodnika „Polityka” ukazał się tekst „Jesteśmy inni”, podpisany pseudonimem Krzysztof T. Darski. Autor nie tylko opisał sytuację wykluczenia i poniżenia społecznego homoseksualistów, ale też prognozował, że jej skutkiem będzie utrudniona walka z epidemią AIDS. Wówczas ta choroba była jeszcze nie do końca poznana, nie było wiadomo, czy da się powstrzymywać jej rozwój. O „pedalskiej zarazie”, która przyszła do Europy z USA, media informowały szeroko, a brak lekarstwa zwalczającego wirusa HIV potęgował atmosferę grozy. Toteż artykuł w „Polityce” wywołał burzę. Do redakcji przyszły setki listów.  Szok  nie ominął też działaczy partyjnych. 

Pod pseudonimem Darski ukrywał się ówczesny nieformalny lider społeczności LGBT w Polsce Dariusz Prorok. Gdy trwało zorganizowane przez gen. Kiszczaka polowanie na gejów, oficjalny organ KC PZPR udostępniał łamy ich przywódcy! Do tego w kolejnym numerze „Polityki” niezwykle ostrą polemikę z Darskim opublikował pod pseudonimem Jan Rem sam ówczesny rzecznik rządu Jerzy Urban. „Czy obok ministra do spraw młodzieży potrzebny jest nam jeszcze minister do spraw pederastii?” – kpił. 

Co było grane? Tego do końca nie wiedział nikt. Zatrzymania tłumaczono prewencją, której celem jest rozpoznanie środowiska mogącego być wylęgarnią epidemii AIDS. Nie brakowało też głosów, że akcja jest wynikiem dogadania się jednego ze skrzydeł partii z Kościołem.

Urban zaprzecza

Dla większości ludzi, do których dotarły informacje o obławie, było jednak oczywiste, że jej celem jest zebranie kompromitujących informacji do wykorzystania ich przez milicję i SB do rekrutacji tajnych współpracowników.  Kiedy w styczniu 1988 r. warszawska korespondentka „Baltimore Sun” Kay Withers spytała rzecznika rządu na konferencji prasowej o akcję „Hiacynt”, Jerzy Urban zaprzeczył  wówczas, że coś takiego w ogóle się odbyło.  
Mimo widocznego konfliktu wewnątrz partii w sprawie akcji „Hiacynt” została ona powtórzona w latach 1986 i 1987. Wtedy także działania milicji spotkały się z medialną krytyką. W 1986 r. tygodnik „Prawo i Życie” opublikował artykuł „Szukam przyjaciela” Tomasza Dehnela. Pod pseudonimem tym ukrywał się poeta i krytyk literacki Tadeusz Olszewski, który pisał m.in.: „Homoseksualiści znów zostali zepchnięci do szaletów, skąd co jakiś czas wygania ich milicja. Szaletowe kontakty budzą wstręt wśród »normalnej« części społeczeństwa. Ale taką samą reakcję wywołują u ogromnej większości bezpośrednio zainteresowanych. Lecz cóż innego pozostaje. Na dobrą sprawę – nic”.

Akcja „Hiacynt” miała zostać przeprowadzona po raz czwarty w 1988 r., jednak zapobiegł temu opór samej społeczności LGBT. W obliczu represji polscy homoseksualiści zaczęli się organizować. W 1987 r. wydawanie biuletynu informacyjnego dla gejów przejęła od wiedeńskiego EEIP wrocławska grupa „Etap”, która rozpoczęła poza cenzurą druk pisma o takim samym tytule. Kilka miesięcy wcześniej w Gdańsku zaczął ukazywać  się „Filo Express” o podobnym charakterze, wydawany przez Oficynę Trzeciego Obiegu. „Trzymać język za zębami i nie sypać wszystkich swoich kochanków z ostatnich 10 lat! Nie prowadzić w kalendarzykach statystyk byłych i potencjalnych partnerów” – radził jeden z korespondentów „Etapu”. 

Tajemnicze losy „różowego archiwum”

Tworzyły się pierwsze organizacje gejowskie. 24 stycznia 1987 r. w mieszkaniu przy pl. Narutowicza w Warszawie zapadła decyzja o utworzeniu organizacji gejów i lesbijek – Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego (WRH). Założycielami stowarzyszenia byli Waldemar Zboralski, wówczas pielęgniarz w praskim szpitalu w Warszawie, oraz studenci Sławomir Starosta i Krzysztof Garwatowski. O sytuacji postanowili powiadomić polskie oraz zagraniczne organizacje i media. Dwa miesiące później inicjatywę WRH wsparł ówczesny prezes Towarzystwa Rozwoju Rodziny prof. Mikołaj Kozakiewicz, który wysłał do generała Kiszczaka list podpisany przez grono naukowców, artystów i dziennikarzy. Przekonywał w nim o pożytku z istnienia organizacji homoseksualistów, m.in. dla profilaktyki AIDS. List pozostał bez odpowiedzi, jednak akcji „Hiacynt” więcej już nie powtórzono. Pozostało jednak po niej 11 tysięcy tzw. różowych teczek budzących do dziś wielkie emocje.

W 2004 r. Komitet Przeciw Homofobii złożył wniosek do ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Ryszarda Kalisza o zniszczenie „różowego archiwum” argumentując, że może zostać wykorzystane do szantażowania osób aktywnych w życiu publicznym. W 2007 r. dwóch działaczy, Szymon Niemiec i Jacek Adler, wystąpiło o uznanie akcji „Hiacynt” za zbrodnię komunistyczną. Prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN Edyta Myślewicz wydała wtedy postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa. 

Przeprowadzona jednak przy tej okazji kwerenda ujawniła, że pod koniec 2004 r. policja przekazała „różowe teczki” do Instytutu Pamięci Narodowej. Zachowała jednak 140 teczek najprawdopodobniej tajnych współpracowników. Według IPN przekazany instytutowi zbiór był rozproszony i nie został skatalogowany w osobne archiwum. Do dziś nie wiadomo, ile dokładnie liczy teczek i czy wszystkie akta opuściły MSW. Przeprowadzona ponad 30 lat temu akcja Służby Bezpieczeństwa wciąż wzbudza silne emocje.