Setki ludzi decydują się na kosztowne zamrożenie ciała po śmierci, choć szansa, że zostaną w przyszłości przywróceni do życia, jest minimalna
Starszy mężczyzna, łapiąc się za serce, przewraca się na ulicy. Jego ciałem wstrząsają konwulsje. Z rozbitej głowy sączy się strużka krwi. Momentalnie zbiegają się gapie. Ktoś krzyczy: „Pogotowie!”, inny klęka przy chorym. Nagle wzdrygają się, widząc minę staruszka. Ten bowiem uśmiecha się, szepcząc: „Nieśmiertelnik”. Umierający nie jest wojskowym, lecz klientem jednego z instytutów zajmujących się krioniką, czyli metodą kontrolowanego zamrażania ciał. Choć ma świadomość, że jego życie dobiega kresu, wie, że przygoda dopiero się zaczyna. Dla niego śmierć nie jest końcem, tylko początkiem fascynującej podróży w czasie.

Oszukać przeznaczenie
W chwili potwierdzenia zgonu przez lekarza ruszają odpowiednie procedury. Na miejsce zostaje wezwana „grupa czuwania”, która ma za zadanie błyskawicznie przetransportować zmarłego do ośrodka. Powinno to nastąpić w ciągu maksymalnie 15 min, tak aby mózg nie uległ zniszczeniu.
Jeśli to niemożliwe, zmarły musi mieć ustabilizowane wszystkie funkcje życiowe – z wyjątkiem reanimacji serca. Tuż przed samym zamrożeniem do organizmu wprowadzona zostaje specjalna mieszanka glicerynowa – krioprotektant, który ma za zadanie ochronić układ krążenia przed wytworzeniem się kryształków lodu w przestrzeniach międzykomórkowych. Ryzyko to minimalizuje także metoda wprowadzania ciała w stan kriostazy, a zatem umieszczenie zwłok w termosie z ciekłym azotem i błyskawiczne obniżenie temperatury do wartości poniżej –120° C przy użyciu wysokiego ciśnienia, dzięki czemu krew zamienia się bezpośrednio w koloid, ominąwszy etap krystalizacji. Na wypadek awarii ciało zostaje ułożone głową w dół. W razie nagłego wzrostu temperatury wewnątrz termosu najpierw odmarzają stopy, a dopiero w ostatniej kolejności mózg. Choć to wyprawa tak ważna, przyszły hibernatus wyrusza w nią bez gwarancji, czy dotrze do celu. Nie wie, czy kiedykolwiek uda się wyleczyć przyczynę jego zgonu i czy w ogóle ktoś spróbuje kiedyś go obudzić. Nie ma wpływu ani na moment wprowadzenia go w kriostazę, ani na potencjalną datę odmrożenia. Zamrozić się można dopiero po śmierci.
W 1990 roku Thomas Donaldson, 46-letni informatyk programista chory na nieoperacyjny nowotwór mózgu, stoczył batalię z kalifornijskim sądem o zwolnienie z odpowiedzialności karnej osób, które wprowadzą jego mózg w stan kriostazy, zanim choroba doszczętnie wyniszczy organizm.
Sprawę przegrał, apelację też. Prokurator John Kalar Van de Kamp przekonał sąd, że zamrożenie żywego człowieka byłoby zabójstwem lub samobójstwem wspomaganym. Choć prognozowano, że Donaldsonowi zostały zaledwie trzy lata życia, informatyk przeżył kolejne szesnaście, bo nowotwór przez długi czas pozostawał w stanie remisji. Jego mózg prawdopodobnie zamrożono w Alcor Life Extension Foundation w Kalifornii, jednym z kilku ośrodków na świecie, w których wykonywane są tego typu zabiegi.
Żaden człowiek nie został jeszcze wybudzony. Choć Robert A. Freitas Jr., autor trzytomowego dzieła „Nanomedycyna”, zdradził, że nie byłby szczególnie zdziwiony, gdyby pierwsze odmrożenia nastąpiły już nawet w 2040–2050 roku (cryonics.org), konkretów wciąż brak. Instytuty asekurują się formułką, że moment podjęcia próby pierwszych wybudzeń wyznaczyć ma postęp nanotechnologii molekularnej. Zamiast zorganizowanej wycieczki, krioośrodki oferują więc dryfowanie w czasoprzestrzeni.

Oddajcie Walta Disneya!
Ten, kto zamiast tradycyjnego pochówku czy kremacji wybiera kriostazę, powinien zasilić szeregi odpowiedniego stowarzyszenia a potem zgłosić się do właściwego ośrodka zajmującego się krioniką, zapoznać z regulaminem, wypełnić wniosek i uiścić opłatę członkowską.
Następnie dokonuje się wyboru pomiędzy krioprezerwacją (zamrożeniem całego ciała) a neuroprezerwacją (zamrożeniem samego mózgu). Na neuroprezerwację decydują się przeważnie osoby, dla których mózg stanowi „główne centrum dowodzenia”, swoisty twardy dysk, na którym zapisane są dane, niezależnie od miejsca, w którym się znajduje. Z powodów finansowych „opcję neuro” wybierają także ci, których na zamrożenie korpusu po prostu nie stać. Koszt zamrożenia całego ciała waha się bowiem od 28 tys. do nawet 200 tys. dol., podczas gdy sam mózg zamrozić można już za 10 tys. dol. Do podpisania umowy niezbędne są również: wykupienie ubezpieczenia na życie, w którym suma świadczeń z tytułu śmierci w pełni pokrywa koszt zabiegu, a w dokumentach wybrany instytut widnieje nie tylko jako beneficjent, ale także właściciel polisy (gwarancja niezmienności warunków), wizyta u notariusza w celu zapisania ostatniej woli w testamencie oraz pisemna akceptacja decyzji przez bliskich. Istotną kwestię stanowi umieszczenie w portfelu nieśmiertelnika, czyli małej blaszki stworzonej na wzór nieśmiertelników wojskowych, z danymi kontaktowymi do instytutu oraz instrukcją: „Nie wykonywać sekcji zwłok ani balsamowania”. Choć koszty wysokie, a gwarancji na zmartwychwstanie brak, chętnych wciąż przybywa. Do 31 grudnia 2011 r. liczba członków Alcor LEF wynosiła 957 osób, zamrożonych – 110. W zeszłym roku zamrożono siedem osób (dziesięć w 2010 r., pięć w 2009 r.), w tym trzy całe ciała i cztery mózgi.
W lutym ub.r. w Cryonics Institute w stan kriostazy wprowadzono 106. pacjenta, którym był założyciel fundacji Robert Ettinger. W listopadzie do zasobów instytutu, jako 83. zamrożone zwierzę, dołączył jego pies – Mugsy. W krioośrodkach zadbać też bowiem można o nieśmiertelność ukochanego pupila. Za zamrożenie kota lub psa ważącego do 15 funtów (ok. siedmiu kilogramów) zapłacić trzeba 5,8 tys. dol. Każdy kolejny funt wagi zwierzaka to dodatkowe 150 dol. Wprowadzenie w kriostazę ptaszka domowego kosztuje 700 dol., chyba że „jest to wyjątkowo duży ptak” – wtedy więcej. Ceny nie uwzględniają transportu ciał.
Zła informacja jest taka, że choć na odmrożenie czeka już łącznie ponad 200 osób, wbrew powszechnemu przekonaniu nie ma wśród nich Walta Disneya. Po śmierci na raka płuc w 1966 roku legendarny producent został poddany kremacji i pochowany na cmentarzu Forest Lawn w Glendale w Kalifornii.

Bilet w jedną stronę?
Pierwszego zamrożenia człowieka dokonano w 1967 roku w siedzibie stowarzyszenia Evana Coopera Life Extensions Society (LES). Osobą, która zgłosiła się na ochotnika, był ciężko chory na raka nerki z przerzutami do płuc profesor psychologii z Uniwersytetu w Kalifornii James Bedford. Profesor zmarł 12 stycznia 1967 roku i w kilka godzin po śmierci jego ciało wprowadzono w stan kriostazy.
Obecnie jego zwłoki znajdują się w Alcor LEF. Dzień 12 stycznia przez entuzjastów krioniki obchodzony jest jako Bedford Day. Przyszli klienci instytutów kuszeni są informacjami, że badania nad zamrażaniem komórek prowadzone są od ponad 60 lat, co jakiś czas udaje się wydobyć spod lodu kolejną żywą osobę oraz że kilka celowo wychłodzonych zwierząt udało się już wybudzić. Masową wyobraźnię regularnie rozbudzają doniesienia o kolejnym człowieku, którego reanimowano po kilkunastu/kilkudziesięciu minutach spędzonych pod lodem.
Rekordzistką pozostaje dr Anna Bagenholm, młoda lekarka, która uległa wypadkowi na nartach w norweskim mieście Narvik. Kobieta wpadła do wody i na ponad godzinę utknęła w przeręblu. Po długiej reanimacji w helikopterze oraz dziewięciogodzinnych zabiegach rozgrzewających w szpitalu uniwersyteckim w Tromsø, Anna Bagenholm wróciła do żywych. Miała dużo szczęścia. Temperatura jej ciała wynosiła 13,7° C, a spadek poniżej 28° C przeżywa zaledwie 10–33 proc. dorosłych. „W przypadku ludzi, u których doszło do wychłodzenia organizmu, istnieje szansa na przewrócenie czynności życiowych nawet po kilkunastu czy kilkudziesięciu minutach od utraty przytomności.
U osób tych nie dochodzi jednak do zamrożenia tkanek odpowiedzialnych za główne funkcje życiowe. Można powiedzieć, że ich organizm ulega »szybkiej hibernacji«, czyli zwalnia funkcje życiowe do minimalnych wartości, ale ich nie wyłącza całkowicie. Tym należy tłumaczyć doniesienia o skutecznych reanimacjach u tych osób” – tłumaczy prof. Wojnicz.
Najwięcej nadziei dają historie o udanych eksperymentach z kontrolowanym zamrażaniem zwierząt. W połowie lat 80. firma Alcor zdecydowała się na skrajne wychłodzenie organizmu owczarka niemieckiego o imieniu Dixie. Zwierzę uśpiono, jego żyły wypełniono syntetyczną substancją, a następnie na cztery godziny umieszczono w temperaturze 4° C. W tym czasie odnotowano wygaśnięcie wszystkich funkcji życiowych, Dixie jednak obudziła się całkowicie zdrowa. W 1992 roku firma Bio Time Inc. poinformowała, że pełnym sukcesem zakończyło się wybudzenie pawiana, którego ciało, po uprzednim wypełnieniu preparatem Bio Time, na 55 min schłodzono do temperatury zaledwie 2° C.
Mózg małpy nie został uszkodzony. Wciąż jednak badania te nijak się mają do sytuacji człowieka. Pies i małpa zostały bowiem zamrożone za życia, a żywych ludzi zamrażać przecież nie wolno. „Jest dla mnie bardzo mało prawdopodobne, żeby organizm, któremu wyczerpał się »potencjał życiowy«, mógł nagle ożyć w przyszłości. Oczywiście poszczególne tkanki organizmu mogą po zamrożeniu przetrwać nawet tysiące lat. Przykład stanowią zwierzęta epoki lodowcowej, w tym mamuty znajdywane na Syberii, w okowach wiecznych lodów.
Mogą one służyć jako, między innymi, źródło materiału genetycznego. Nie ma natomiast możliwości, aby osobniki te ożyły po rozmrożeniu” – zapewnia prof. Romuald Wojnicz i dodaje: „Ja bym nie chciał być zamrożony po śmierci. Po co? Żeby w przyszłości posłużyć jako obiekt muzealny?”