O tym, że wschodnią granicę Polski wytyczono wzdłuż linii Curzona, uczy się w szkołach. Ale już nie każdy wie, że linie były dwie i żadna nie stanowiła projektu granicy!

11 lipca 1920 r. brytyjski minister spraw zagranicznych George Curzon wysłał notę do swego odpowiednika w rządzie bolszewickim Gieorgija Cziczerina. Demokracje zachodnie obawiały się, że Polacy nie zdołają powstrzymać czerwonej nawały. Zagrożenie było tym poważniejsze, że wrzało również w Niemczech i wizja światowej rewolucji stawała się jak najbardziej realna. Próbując zapobiec marszowi Armii Czerwonej na Polskę i Berlin, szef brytyjskiej dyplomacji zaproponował więc ustanowienie linii demarkacyjnej rozdzielającej wojska obu stron.

Jej przebieg z grubsza odpowiadał granicy polsko-rosyjskiej po II rozbiorze. Ponieważ Galicja ze Lwowem znajdowała się pod panowaniem Austrii, która w traktacie pokojowym z 1919 r.oddała ten region do dyspozycji mocarstw sprzymierzonych, Curzon pociągnął swoją linię niemal prosto na południe, do granicy z Czechosłowacją. Co oznaczało, że Lwów pozostanie po stronie polskiej.

I wtedy wydarzyło się coś bardzo tajemniczego. Przed wysłaniem depeszy do Cziczerina nieznana ręka wyrysowała inną wersję linii Curzona, przesuwając ją na zachód od Lwowa (patrz mapa i ramka s. 33)! W takiej postaci dotarła do szefa bolszewickiej dyplomacji.

Jednak pewni swego bolszewicy w 1920 r. nie podjęli rozmów na temat propozycji Curzona. Lenin skwitował ją krótko: „za pomocą drobnego szachrajstwa imperialiści chcą zatrzymać światową rewolucję”. Przeliczył się. Polska nie tylko obroniła swą niepodległość, ale doprowadziła do podpisania korzystnego dla niej traktatu ryskiego. Zgodnie z jego ustaleniami nasza wschodnia granica biegła ok. 200 km na wschód od linii Curzona. Moskwa nigdy się z tym nie pogodziła.

Bomba z opóźnionym zapłonem

Ze względu na propagandowy wizerunek „obrońcy światowego pokoju” ZSRR nie mógł oficjalnie zgłaszać roszczeń terytorialnych. Zamiast tego zaczął więc lansować teorię zjednoczenia zachodniej Ukrainy i Białorusi z macierzą.

23 sierpnia 1939 r. Stalin ujawnił jednak swoje prawdziwe intencje. Dołączony do układu Ribbentrop–Mołotow tajny protokół przewidywał podział Europy Środkowej między III Rzeszę i imperium sowieckie. Zgodnie z jego postanowieniami w strefie wpływów ZSRR, a w przyszłości także w jego granicach, miały się znaleźć ziemie Rzeczypospolitej położone na wschód od Narwi, Wisły i Sanu.

Do realizacji paktu Niemcy przystąpili 1 września, Sowieci 17 września. Jedenaście dni później obie armie spotkały się. Ponieważ rozpędzony Wehrmacht dotarł dalej niż przewidywano, niezbędne stało się zmodyfikowanie wcześniejszych ustaleń w ramach Traktatu o granicach i przyjaźni.

Współpraca nazistowsko-komunistyczna skończyła się po dwóch latach. ZSRR z wroga zachodnich demokracji stał się ich bezcennym sojusznikiem. Zadrą między członkami koalicji antyhitlerowskiej była jednak sprawa polska. Londyn i Waszyngton nie mogły uznać granicy ustalonej w pakcie Ribbentrop–Mołotow. Stalin doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Ale miał w zanadrzu atut, który pozwalał utrzymać zdobycze terytorialne bez narażania się na oskarżenia o kolaborację z Hitlerem. Wysłana ćwierć wieku temu depesza z Londynu nagle ukazała swą złowieszczą moc.

2 lutego 1943 r. Niemcy skapitulowali pod Stalingradem. Armia Czerwona przeszła do kontrofensywy, a radzieccy dyplomaci zaraz zaczęli przekonywać aliantów do uznania za przyszłą granicę Polski linii Curzona. Przy każdej okazji podkreślali, że pomysłodawcami byli Brytyjczycy, czyli strona formalnie neutralna, a Kreml jedynie akceptuje ich propozycję. Londyn znalazł się więc w kłopotliwej sytuacji, Waszyngton dostał wygodny pretekst do umycia rąk.

W marcu Moskwa zażądała uznania linii Curzona od polskiego rządu na wychodźstwie. Gabinet gen. Sikorskiego odrzucił stalinowski dyktat. Decyzję o zmianie granic i oddaniu niemal połowy terytorium państwa powinien podjąć naród w referendum lub wybrany w wolnych wyborach parlament. Żaden rząd nie miał takich uprawnień.

Stalin o tym wiedział i – pod pretekstem zwrócenia się polskiego rządu do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o zbadanie odkrytych przez Niemców grobów w Katyniu – zerwał stosunki dyplomatyczne z polskimi władzami w Londynie. Zarzucił im, że „posługując się oszczerczym falsyfikatem dążą do wymuszenia ustępstw terytorialnych kosztem Białorusi, Lit-
wy i Ukrainy”.

Dalsza międzynarodowa dyskusja o przyszłych granicach Polski miała się toczyć bez Polaków.

Propozycja nie do odrzucenia

Pierwszy akt tej gry dokonał się w Teheranie, podczas spotkania przywódców USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR (28 listopada – 1 grudnia 1943 r.). Stalin – ignorując fakt, że linia Curzona nie była projektem granicy, lecz rozdzielenia wojsk – przedstawił ją jako zgodną z radzieckimi oczekiwaniami propozycję brytyjską. Dopiero w trakcie debaty Anglicy zorientowali się, że istnieją dwie linie. Stalin zaprezentował dokument w wersji Namiera (patrz ramka), a dyplomacja brytyjska powoływała się na oryginał, który pozostawiał Lwów po stronie polskiej.

W trakcie zaciętych dyskusji wykreślono na mapach aż sześć potencjalnych granic polsko-radzieckich. Wariant A przewidywał powrót do granicy sprzed 17 września 1939 r. i został od razu odrzucony. B i C były korzystne dla Polski, gdyż pozostawiały przy niej Wilno, Grodno, Tarnopol i Lwów. Wariant D odpowiadał pierwowzorowi linii Curzona, przyznawał Polsce Lwów i Drohobycz. Wariant F nie wzbudzał większych kontrowersji, gdyż dotyczył podziału dawnych Prus Wschodnich. Za to w wersji E Stalin własnoręcznie, zielonym ołówkiem, wyrysował linię graniczną i dał do zrozumienia, że jest to propozycja nie do odrzucenia. Zgodnie z nią Polska traciła Wileńszczyznę, Grodzieńszczyznę i Lwów.

Churchill i Roosevelt nie powiedzieli „tak”. Ale nie odparli też „nie”. Podjęcie ostatecznych decyzji odłożyli do następnego spotkania. W grę wchodziły już jednak tylko warianty D i E.