2 września polskie wkraczają na terytorium III Rze­szy. Mieszkańcy przygranicznych wiosek zamykają się w domach. Zaskoczeni nie­mieccy żołnierze wycofują się. Idziemy nie tylko na zachód - wkraczamy także do Prus Wschodnich. Nad III Rzeszą pojawiają się polskie samoloty, zostaje zbombardowana niemiecka fabryka... To wszystko prawda, choć brzmi jak historia alternatywna.

MASZEROWAĆ NAPRZÓD!

Polacy po raz pierwszy wkroczyli do Niemiec w nocy z 1 na 2 września. Swięciechowej - wioski położonej w dzisiejszym powiecie leszczyńskim w pierwszym dniu wojny bronił 2. pluton 2. szwadronu 17. Pułku Uła­nów, dowodzony przez podporucznika Tadeusza Stryję. Zaatakowany przez Niemców, zawiadomił o tym swoje­go przełożonego rotmistrza Czesława Danielczyka. Ten z resztą szwadronu przybył z odsieczą. Niemcy wycofali się. „Radiotelegrafistka przekazuje mi nowy rozkaz: maszerować naprzód! - wspominał podporucznik Stryja. - Nawet nie wiedziałem, że w ciemno­ściach przekroczyłem granicę, że jestem już na terenie Rzeszy. Zaczęło świtać. Odezwały się strzały nieprzyjacielskie. Zaszyci w lasach, drogą radiową da­waliśmy meldunki do sztabu generała Abrahama”.

Tej samej nocy gen. Roman Abra­ham, dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, szykował się do wejścia terytorium Niemiec. Swój plan wprowadził w życie 2 września. „Dzień był przedziwnie pogodny, chyba jeden z najpiękniej­szych w naszej polskiej złotej jesieni 1939 roku (...). Ruszamy marszem ubezpieczonym - wspominał. - Na przodzie tankiety rozpoznawcze, w tyle reszta szwadronu, po bokach sekcje pojedynczych erkaemów na motocyklach; w końcu kolarze, a w pewnej odległości za nimi mój łazik. Jedziemy polnymi drogami i nawet nie zauważamy, kiedy granica polsko-niemiecka zostaje za nami...”.

SZOK MIESZKAŃCÓW GEYERSDORFU

Dzisiaj to Dębowa Łęka w powiecie wschowskim, wtedy był to Geyersdorf - niemiecka wioska „strojna w swastyki oraz portrety przywódców Trzeciej Rzeszy”. 2 września może było tam czuć nieco większą nerwowość niż zwykle, bo przecież od jakiejś doby trwały działania wojenne w niedalekiej Polsce. Mieszkańcy i spacerujący po miejscowości strażnicy granicz­ni i wojskowi oczekiwali na kolejne wieści o zwycięstwach rodaków. Tymczasem po południu zobaczyli zbliżających się polskich żołnierzy - bynajmniej nie w charakterze jeńców. Geyersdorf przywitał ich ogniem z karabinów maszynowych. Niemcy nie byli jednak w stanie zatrzymać prącego na wieś plutonu TKS, czyli polskich lekkich czołgów, osłanianego przez drugi pluton ogniem z cekaemów.

„W następnych kilkunastu minu­tach czołgi, a za nimi motocykle i ko­larze wjeżdżają do wsi - relacjonował generał Abraham. - Po krótkiej wymia­nie strzałów zajmujemy pierwszą nie­miecką miejscowość - Geresdorf” [pod taką nazwą Geyersdorf występuje we wspomnieniach Abrahama],

Była godz. 18. Mieszkańcy pocho­wali się w domach, nie licząc tych, któ­rzy gasili stojące w ogniu stodoły. Kola­rze przeczesali miejscowość, niemieccy żołnierze nie stawiali oporu. Siedmiu jeńców odesłano do Leszna. Polacy na tym nie poprzestali i szli dalej na zachód.

Podciągnięto działa i ostrzelano przedmieścia Fraustadtu (dzisiejsza Wschowa). Jeden z polskich plutonów dotarł do rogatek miasta, czyli około 8 km w głąb III Rzeszy (w niektórych opracowaniach 5 km). Niemcy już za­częli organizować ewakuację miejsco­wej ludności. Polacy nie zajęli Fraustadtu, gdyż wraz z nadejściem zmroku otrzymali rozkaz powrotu.

Wraz z oddziałami wyekspediowa­nymi przez gen. Abrahama wycofał się także pluton ppor. Stryi. Do kuriozalnej sytuacji doszło w Swięciechowej, czyli już po polskiej stronie granicy. Miej­scowi Niemcy sądzili, że skoro idzie jakieś wojsko z terytorium III Rzeszy, to muszą być to ich rodacy - wybiegli przywitać ich z transparentami. Srodze się zdziwili, gdy zobaczyli Polaków.

2 września Polacy wkroczyli do jeszcze jednej miejscowości w tej czę­ści III Rzeszy- Kónigsdorfu (dzisiejsze Zalęcze). Zaczęło się od niemieckiego ataku na Rawicz, gdzie bronił się ka­pitan Stefan Otworowski. „Mając do dyspozycji dwie kompanie 3. batalionu 55. Pułku Piechoty i szwadron samo­chodów pancernych pod dowództwem porucznika Staszkowa wyparł Niemców z miasta, przekroczył granicę i zajął Kónigsdorf, gdzie zniszczył niemiec­ką kolumnę samochodową, składającą się z około 80 wozów” - pisał gene­rał Abraham. W czasie tej akcji czte­rech Polaków zostało rannych (w tym kpt. Otworowski).

 

CZY MOŻNA BYŁO PÓJŚĆ DALEJ?

2 września Polacy mogli pójść jeszcze dalej na zachód. „Wydaje się, że rozkaz zakończenia działania byl przedwczesny. Nic nie stało na prze­szkodzie w zdobyciu w krótkim czasie i bez większych ofiar opuszczonej przez Niemców Wschowy” - komentował w monografii „Armia »Poznań« 1939” historyk wojskowości Waldemar Rezmer, wskazując, że mogło to znacznie podnieść morale żołnierzy. Jednak tak czy inaczej uległo ono podbudowaniu. „Nasza kontrakcja, poza rozpoznaniem sytuacji, przyczyniła się do wytworzenia bojowego nastroju, który udzielił się wszystkim oddziałom Wielkopolskiej Brygady Kawalerii; nastrój ten utrzymał się do końca walk wrześniowych” - relacjonował Abraham.

Gen. Abraham, jeden z najzdolniejszy polskich dowód­ców, swój plan zrealizował - rozpoznał sytuację po niemieckiej stronie, zapewnił chrzest bojowy swoim żołnierzom i pod­niósł ich morale. Zresztą co dałoby zajęcie samego Fraustadtu czy nawet rzucenie wszystkich sil Abrahama w głąb Rzeszy? „Natarcie całej WBK [Wielkopolskiej Brygady Kawalerii] nieprzyjaciel musiałby potraktować jako początek ofensywy polskiej na Głogów. W tej sytuacji dowódca [niemieckiej] 8. Armii użyłby odwodowej 30. DP [Dywizji Piechoty], nie wspominając o dywizjonach Landwehry [obrony krajowej], W rezultacie oddziały WBK zostałyby otoczone i zniszczo­ne, a sąsiedzi Brygady, 14. i 25. dywizje piechoty miałyby odsłonięte skrzydła” - rzeczowo analizował tę ewentualność inny historyk wojskowości Romuald Szeremietiew w artykule „Garnizon Leszczyński WP w wojnie obronnej 1939 roku”.

KAWALERIĄ NA PRUSY

Wypad na Wschowę to najbardziej znane (albo raczej należałoby powie­dzieć - najmniej nieznane) wejście Po­laków na teren III Rzeszy. Okazuje się, że były jeszcze inne, w tym z udziałem żołnierzy Suwalskiej Brygady Kawalerii (SBK). Możemy przypuszczać, że już 1 września podkomendni generała Cze­sława Młota-Fijałkowskiego, dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Na­rew” (w jej skład wchodziła SBK), wkro­czyliby na teren Prus Wschodnich. Blo­kował ich jednak rozkaz przełożonych: „Naczelny Wódz polecił nie wykonywać ofensywnych akcji poza granice pań­stwa. Granice mogą przekraczać tylko drobne oddziały rozpoznawcze”.

Tak też się stało. W nocy z 1 na 2 września patrol w kierunku Goldapu (obecnie Gołdap) poprowadził plut. Jan Marciniak z 3. szwadronu 2. Pułku Ulanów. Tej samej nocy patrol ppor. Ry­szarda Głuskiego z 2. szwadronu tego pułku zaatakował niemiecką straż gra­niczną (Grenzschutz) w okolicy Przerośla. Wieczorem 2 września por. Jerzy Dziedzic na czele 2. plutonu 2. szwadro­nu 3. Pułku Szwoleżerów przekroczył niemiecką granicę w okolicy miejscowości Raczki. Pokręcił się kilka godzin na terytorium III Rzeszy, po drodze został ostrzelany przez ludność cywilną. Na jego mobilność wpłynęły też płoty przy pastwiskach: utrudniały poruszanie się kawalerii. Jeszcze tej samej nocy, z 2 na 3 września, poszło kilka polskich wypa­dów na placówki Grenzschutzu.

Gen. Młota-Fijałkowskiego coraz bardziej irytował zakaz przekracza­nia granicy. 3 września o godz. 13.55 telegrafował w tej sprawie do naczel­nego dowództwa. Ze względu na to, że niespełna trzy godziny wcześniej Wielka Brytania wypowiedziała wojnę III Rzeszy, wyrażono zgodę na szerzej zakrojone działania. Długo nie trzeba było czekać. W nocy z 3 na 4 września około 100 żołnierzy zrobiło wypad na miejscowość Reuss (obecnie Cimochy), około 2 km od granicy. Po przekroczeniu zawał leśnych, przy granicy pozostało kilku ludzi, na czele z majorem Edwar­dem Witkowskim. Po zakończeniu akcji mieli rozpalić ognisko, wskazujące dro­gę powrotną i miejsce zbiórki. Na czele wkraczających do Niemiec żołnierzy stanął rotmistrz Jan Chludziński.

„Teren poza granicą był pagórko­waty, przeważnie otwarty, z położonymi oddzielnie od siebie zadrzewionymi ko­loniami niemieckimi - wspominał Wła­dysław Lewandowski, jeden z uczest­ników wyprawy. - W trakcie marszu specjalną uwagę zwracano na zabudo­wania, chodziło bowiem o niespodzie­wane wejście do Cimochów (obawiano się, że Niemcy w pasie nadgranicznym zaalarmują załogę Cimochów o ruchu polskiego oddziału)”.

Do granicy Polaków prowadził przewodnik cywil, który później wycofał się, nie chcąc zostać rozpoznany przez Niemców. „Dalszy marsz odbywał się dolinami, ponadto trzeba było pokony­wać liczne przeszkody z drutu kolczaste­go” - opisywał Lewandowski. Żołnierze musieli uważać, żeby przy tym nie hała­sować i nie ostrzec nieprzyjaciela.

Polakom udało się zaskoczyć Niem­ców. Po krótkiej walce zajęli Reuss, zniszczyli miejscową stację kolejową i wycofali się, zabierając ze sobą dwóch jeńców. Po niemieckiej stronie zginęło od bagnetów i granatów około 70 żołnie­rzy, po polskiej odnotowano tylko jedne­go rannego. Był też zaginiony, który od­nalazł się następnego dnia - może stąd w niektórych opracowaniach wzięła się informacja, że w akcji zginął jeden Polak.

 

To miała być tylko przygrywka przed dużym atakiem na Treuburg (dzisiejsze Olecko), miasto położone 10 km od granicy. Miała wziąć w nim udział cała Su­walska Brygada Kawalerii, licząca wtedy 8736 ludzi i 5518 koni. Początek ofensywy został zaplanowany na 4 wrześ­nia na godz. 20, a walki pod Treuburgiem toczyłyby się rankiem 5 września. Do akcji nie doszło, bo ze względu na sytuację na froncie SBK była potrzebna w innym miejscu i nocą z 4 na 5 września wyruszyła w kierunku Zambrowa.

KOLARZE W AKCJI

Młot-Fijałkowski akcję na terenie Prus Wschodnich prowadził z rozma­chem - oprócz Suwalskiej Brygady Ka­walerii zaangażował w nią drugą jed­nostkę. 3 września zgłosił naczelnemu dowództwu: „Chcę rozpoznać rejon Bialla - Johannisburg całą Podlaską Brygadą Kawalerii. Proszę o aprobatę”.

Już o świcie tego dnia został wysiany podjazd, który bez problemu minął graniczną miejscowość Sokalen (obecnie Sokoły Jeziorne, powiat pi­ski), po czym został nagle ostrzelany ze wszystkich stron.

„Najwidoczniej został on celowo wpuszczony w głąb umocnień nadgra­nicznych. Szwadron przedarł się z po­wrotem, tracąc jednego zabitego, trzech rannych oraz kilka koni zabitych” - pisał ppłk Jerzy Anders z Podlaskiej Brygady Kawalerii. Następnego dnia, 4 września, o świcie szwadron polskich kolarzy za­atakował Sokalen. Napotkał tam na silny opór, został otoczony i skończyłoby się to rzezią gdyby nie nadeszły z odsieczą następne oddziały z PBK. Wieczorem Niemcy wycofali się z Sokalen w kierun­ku Klarheim (obecnie Długi Kąt, powiat piski), które - jak wspomina Anders - „zostało zajęte bez oporu, aczkolwiek w silnym ogniu artyleryjskim”.

Nie udał się natomiast polski atak na miejscowość Kowalen (obecnie Ko­walewo, powiat piski). Co gorsza, Niem­cy ściągnęli Landwehrę z Ełku i okolic. Na północ od Sokalen przez kilka godzin trwała strzelanina. Gen. Kmicic-Skrzyń- ski, dowódca PBK sam w ręku trzymał cekaem i prowadził ogień. O godz. 17 Polacy wycofali się do nadgranicznych lasów. „Natarcie Niemców załamało się w ogniu i pod wieczór odeszli oni na terytorium pruskie” - pisał Anders.

PBK nie kontynuowała działań w Prusach Wschodnich. 5 września o godz. 22 otrzymała rozkaz jak naj­szybszego przejścia w rejon Nowogro­du (dzisiejsze województwo podlaskie).

POLSKIE NALOTY

„1 września około godziny 10.30 siedziałem właśnie przy dziale i opala­łem się, gdy rozległ się warkot motoru od strony granicy. Na wielkiej wysoko­ści zbliżała się ku nam jakaś maszyna. »Samolot - trzeci pluton!« - ryknąłem jak mogłem najgłośniej do stanowiska dowódcy plutonu”. Tak zaczyna się re­lacja niemieckiego żołnierza, służącego w baterii przeciwlotniczej we Frydku na terytorium protektoratu czesko-morawskiego (obecnie część miasta Frydek-Mistek w Czechach). „Nasz dowódca plutonu skoczył do naszego działa - kon­tynuował. - Okazało się, że mieliśmy słuszność. Był to polski rozpoznawca. Działa naszego plutonu wzięły go na cel, lecz znajdował się dla nas za wysoko”.

Uzupełniając jego relację: był to polski „Karaś” z 24. Eskadry Rozpo­znawczej. Dwie i pół godziny później, o godz. 13, nad Frydek znowu nadleciał polski samolot. Tym razem była to RWD 14 „Czapla” z 23. Eskadry Obserwacyj­nej. Poczęstowała Niemców granatami i ogniem karabinowym. Polacy popisali się niezwykłą odwagą, bo nie dość, że przylecieli na powolnej maszynie, to operowali 20 km od własnych linii.

 

Następnego dnia zbombardowano pierwszy obiekt prze­mysłowy na terenie III Rzeszy. Gdy nastawa! świt 2 września, w niemiecką strefę powietrzną wlatywał polski „Karaś” z zało­gą w składzie: plutonowy pilot Wacław Buczyłko, podchorąży obserwator Stefan Gębicki (według części opracowań sierżant obserwator) i kapral strzelec Teofil Gara. Niemiecka artyleria przeciwlotnicza ostrzeliwała ich przez około 20 minut, ale nie trafiła. Dymy i mgła zaczęły poważnie osłabiać widoczność, dlatego polski samolot z ostatniego skrętu wyszedł na zachód. „Nabraliśmy wysokości. W kabinie samolotu czuć było spaliny, benzynę i dymy pożarów unoszące się do góry - wspominał Teofil Gara. - Lecieliśmy dalej na zachód, by wydostać się z za­dymionego terenu i zaczerpnąć świeżego powietrza. Niebo jaśniało. Nastawa! dzień. Lot utrzymywaliśmy na niewielkiej wysokości. Lecieliśmy nad lasami, ale nic szczególnego dla naszego balastu (bomb) nie zauważyliśmy, choć znajdowaliśmy się już nad terytorium III Rzeszy”.

Dotarli wreszcie nad miasto Ohlau (dzisiejsza Oława), gdzie zrzucili bomby na dymiące fabryki, i bezpiecznie wrócili do Polski. Niemiecka prasa przemilczała to zdarzenie. Delikat­nie mówiąc, polski bombowiec, spokojnie niszczący fabrykę w III Rzeszy, nie za bardzo pasował do hitlerowskiej narracji o zwycięskim pochodzie na Wschód.

CEL: PANCERNIK

Schleswig-Holstein to najsłynniejszy niemiecki pancer­nik, który od 1 września ostrzeliwał Westerplatte. 7 września o godz. 21 załoga wodnosamolotu Lublin R-XIII G nr 714 (w składzie: porucznik marynarz pilot Józef Rudzki i porucnik pilot obserwator Zdzisław Juszczakiewicz) wystartowała z półwyspu Hel z zadaniem zlokalizowania i zbombardowania okrętu. Pancernika nie udało się znaleźć, ale wypadało coś zrobić z bombami. Podczas przelotu nad Gdańskiem załoga samolotu zobaczyła tłum hitlerowców, który na wiecu świę­tował zdobycie Westerplatte. „Zabici i ranni zasłali momen­talnie ulicę, dziesiątki i setki osób w szalonej panice dusiły się i deptały w bramach domów, szukając schronienia przed desz­czem polskich kul, siekących spod klosza nieba” - wspominał Juszczakiewicz. O godz. 22.45 samolot bezpiecznie wylądował w Juracie.

Pojawiły się jednak wątpliwości, czy doszło do tak efektownej akcji na terenie Gdańska. O ile niemieckie ga­zety mogły milczeć o tym zdarzeniu ze względu na cenzurę, o tyle inne rzeczy trudniej wytłumaczyć. Chociażby fakt, jak można było nie zauważyć w jasną i bezchmurną noc 130-metrowego pan­cernika? Poza tym, oprócz relacji samych pilotów brak jakiegokolwiek źródła po­twierdzającego ich opowieść. W każdym razie na liście polskich akcji na terenie Niemiec przy bombardowaniu Gdańska należy postawić duży znak zapytania.

UŚMIECH PRZEZ ŁZY?

Teksty o wypadzie na Wschowę czy akcjach w Prusach zwykle kończą się stwierdzeniem, że były to wpraw­dzie epizody, ale podnosiły morale żołnierzy i pokazywały, że polską ar­mię stać było na działania ofensyw­ne - taki trochę uśmiech przez łzy. Tymczasem warto się zastanowić, czy „wojna obronna” jest trafnym okreś­leniem na wydarzenia z 1939 r., skoro Polskę stać było na takie akcje. Przeważa u nas czarny obraz „kampanii wrześnio­wej” (to określenie też jest niefortunne, bo działania trwały jeszcze w paździer­niku). Trzeba pamiętać, jak inni bronili się przed niemiecką agresją: Dania, Norwegia, Belgia, Holandia, Francja czy (w początkowej fazie) ZSRR... Nie ma porównania z oporem stawianym przez Polskę. Wielką Brytanię uratowała w głównej mierze geografia. W przeci­wieństwie do tamtych krajów Polska nie tylko nie doczekała żadnego wsparcia z zewnątrz, lecz została jeszcze zaatako­wała przez ZSRR i - choć znaczenie tego ataku było o wiele mniejsze - Słowację.

Jak twierdził pruski generał Carl von Clausewitz, wojna jest kontynuacją polityki, tylko za pomocą innych środ­ków. We wrześniu 1939 r. - o czym już nieraz pisano - okazało się, jak źle pro­wadziliśmy politykę zagraniczną. Gdy­by wyglądała inaczej, polskie wejście na teren III Rzeszy w odpowiedzi na nie­miecką agresję byłoby o wiele bardziej efektowne i efektywne niż ostrzelanie Fraustadtu, zbombardowanie fabryki w Ohlau czy zajęcie granicznych wiosek w Prusach Wschodnich.