Monachijskie Diamond Atelier nazywa go pierwszym przedstawicielem nowej kategorii – hipermotocyklem. Samo określenie pachnie oczywiście działem marketingu, który bardzo chciałby powtórzyć sukces słowa hypercar. DA#22 ma jednak wystarczająco dużo argumentów, by tej opowieści nie zbywać wzruszeniem ramion. To sprawny, jeżdżący i dopuszczony do ruchu prototyp, a zarazem zapowiedź przyszłej, skrajnie ograniczonej serii dla kolekcjonerów.
Kiedy superbike staje się zbyt zwyczajny
Współczesne motocykle sportowe bez większego problemu przekraczają 200 KM. Ich elektronika kontroluje uślizg, unoszenie przedniego koła, hamowanie silnikiem i niemal każdy błąd, jaki może popełnić kierowca. Producenci doszli do poziomu, na którym kolejne kilka koni mechanicznych coraz rzadziej rozpala wyobraźnię.
Diamond Atelier znalazło inne wyjście. Zamiast ścigać się wyłącznie tabelą osiągów, przeniosło na dwa koła logikę znaną ze świata najdroższych samochodów. W tej części rynku prędkość staje się biletem wstępu, a główną walutą jest niepowtarzalność.
DA#22 zadebiutował podczas Goodwood Festival of Speed 2026, imprezy, na której samochody za miliony stoją obok maszyn wyścigowych, prototypów i projektów budowanych bardziej dla wyobraźni niż dla rozsądku. Motocykl w takim otoczeniu nie wyglądał na zagubionego. Goodwood coraz mocniej otwiera się zresztą na jednoślady – podczas tegorocznej edycji pokazano ponad 30 nowych i nadchodzących modeli.

Ponad 1000 godzin spędzonych nad aluminium
DA#22 nie powstał przez nałożenie efektownej owiewki na seryjny motocykl. Najpierw zaprojektowano jego sylwetkę, a dopiero później podporządkowano jej mechanikę, elektronikę i pozycję kierowcy. To odwrócenie typowej kolejności wyjaśnia, dlaczego Ultron wygląda bardziej jak szkic koncepcyjny, który przypadkiem otrzymał tablicę rejestracyjną.
Aluminiowe poszycie uformowano ręcznie. Diamond Atelier podaje, że prace nad nim pochłonęły ponad 1000 godzin. Powierzchnie płynnie przechodzą jedna w drugą, tył sprawia wrażenie zawieszonego nad kołem, a wzór bieżnika opony został powtórzony w zagłębieniach karoserii. Ten detal łatwo przeoczyć na zdjęciach, ale dobrze pokazuje poziom obsesji projektantów.
W kokpicie również zrezygnowano z typowego ekranu przyklejonego nad kierownicą. Wyświetlacz ukryto pod szklaną powierzchnią, a frezowane przełączniki przypominają elementy stosowane w bolidach. Wszystko jest czyste i uporządkowane, choć określenie minimalistyczny byłoby tutaj dość zabawne. Minimalizm rzadko przychodzi z czerwonym blaskiem i kamieniem szlachetnym.
Silnik KTM i technika z wyścigów
Pod niezwykłą karoserią pracuje znana konstrukcja KTM. Dwucylindrowy silnik LC8 w układzie V, wywodzący się z platformy 1290 Super Duke, rozwija ponad 205 KM. Nie wybrano go ze względu na egzotyczne pochodzenie. Miał zapewnić odpowiednio brutalną bazę, której możliwości pasują do wyglądu motocykla.

Zawieszenie opracowano wspólnie z firmą Wilbers. Z przodu zastosowano widelec Type 46 RR wykorzystujący rozwiązania wywodzące się z mistrzostw World Superbike. Tylny amortyzator powstał specjalnie dla DA#22, ponieważ gotowe podzespoły nie mieściły się w ciasno zaprojektowanej konstrukcji.
Układ wydechowy oraz górną półkę widelca wykonano z tytanu przy użyciu druku 3D. Technologia addytywna pozwoliła uzyskać kształty trudne do stworzenia przez klasyczne gięcie i spawanie rur. Tutaj technika nie pełni roli dekoracyjnego przypisu. Umożliwiła zachowanie zwartych proporcji i poprowadzenie elementów zgodnie z nietypową architekturą motocykla.
Lakier, którego nie będzie drugi raz
Najbardziej spektakularnym elementem DA#22 pozostaje elektroluminescencyjna powłoka. Wybrane fragmenty karoserii zaczynają emitować czerwone światło po przyłożeniu napięcia. Nie ma tu ukrytych pasków LED ani świecącej folii. Światło pochodzi bezpośrednio z warstw lakierniczych.
Specjalną recepturę opracował Alex Bloch ze Stilbruch Lack. Powstał zaledwie jeden litr czerwonej mieszanki i całość wykorzystano przy budowie prototypu. Formuła ma nie zostać odtworzona, dzięki czemu identyczny egzemplarz nigdy nie powstanie.
To trochę ekstrawaganckie, ale właśnie taka przesada ma dziś ogromną wartość w świecie kolekcjonerskich przedmiotów. Sam fakt posiadania rzadkiej maszyny już nie wystarcza. Liczy się opowieść o materiale, którego więcej nie wyprodukowano, fachowcu pracującym setki godzin i technologii niedostępnej w salonowym konfiguratorze.

Prawdziwy diament osadzony w srebrze na górnej półce widelca wydaje się przy tym niemal obowiązkowym żartem. Subtelnym trudno go nazwać, lecz marka Diamond Atelier przynajmniej konsekwentnie doprowadziła własną nazwę do materialnej postaci.
Nowa kategoria czy wyjątkowo kosztowna etykieta?
Nie jestem przekonana, że motocyklowy świat potrzebuje oficjalnej kategorii hipermotocykli. Określenie hyperbike pojawiało się już wcześniej przy okazji ekstremalnie szybkich maszyn, a DA#22 nadal wykorzystuje silnik pochodzący z produkcyjnego KTM-a.
Znacznie bardziej przekonuje mnie traktowanie go jako motocykla budowanego według zasad stosowanych przy jednostkowych supersamochodach. Liczy się tutaj połączenie osiągów, rzemiosła, zaawansowanych materiałów i radykalnie ograniczonej dostępności. Pod tym względem Diamond Atelier rzeczywiście znalazło interesującą przestrzeń pomiędzy seryjnym superbikiem a nieruchomym eksponatem.
Ceny oraz liczby planowanych egzemplarzy jeszcze nie ujawniono. Można jednak bezpiecznie założyć, że przyszli właściciele nie będą porównywali rat leasingu z ofertą pobliskiego salonu KTM. DA#22 powstał dla ludzi, którzy mają już dostęp do wszystkiego, co da się normalnie zamówić.
Czy Ultron stworzy nowy segment? Mam wątpliwości. Z pewnością pokazuje jednak, że motocykl może być równie ekskluzywny, technologicznie demonstracyjny i ostentacyjnie niepraktyczny jak najdroższy hipersamochód. Czasem właśnie takie maszyny najskuteczniej przypominają, że motoryzacja nadal potrafi być dziedziną wyobraźni.
