Dlatego wiadomość o filmie opowiadającym o początkach stacji natychmiast mnie zatrzymała. Neon przygotowuje fabułę na podstawie książki I Want My MTV: The Uncensored Story of the Music Video Revolution Craiga Marksa i Roba Tannenbauma. Reżyseruje Geremy Jasper, który sam pracował w MTV w latach 90. i 2000., a projekt ma opowiadać o narodzinach kanału oraz o tym, jak muzyka połączona z obrazem zmieniła popkulturę. Film jest na etapie kompletowania obsady.
Zanim każdy utwór był pod ręką, na klip naprawdę się czekało
Dziś brzmi to niemal egzotycznie. Chcesz posłuchać piosenki – wpisujesz tytuł. Chcesz zobaczyć teledysk – otwierasz YouTube. Chcesz wrócić do refrenu – przewijasz. W latach 90. muzyka nie była tak wygodna. Miała własny czas i okna dostępności. Trzeba było na nią trafić. Czasem człowiek siadał przed telewizorem „na chwilę”, bo może akurat poleci klip, który od kilku dni siedzi w głowie. A potem mijała godzina.
Pamiętam ten rodzaj skupienia, którego dziś w kontakcie z muzyką jest znacznie mniej. Rozpoznawało się po pierwszym kadrze, że zaraz będzie ulubiony utwór. Miało się swoich artystów, swoje teledyski i swoje irracjonalne niechęci do kawałków, które leciały zbyt często. MTV było trochę jak wspólny salon dla młodych ludzi rozrzuconych po całym świecie. Oglądaliśmy te same klipy, tylko w różnych pokojach.
Film o jego początkach może przypomnieć, że ta rewolucja nie polegała jedynie na dodaniu obrazu do piosenki. MTV od startu w 1981 roku uczyniło teledysk pełnoprawnym językiem popkultury. Pierwszym wyemitowanym klipem było „Video Killed the Radio Star” The Buggles, wybór tak symboliczny, że po latach sam stał się cytatem z całej historii medium.
MTV nauczyło muzykę patrzeć prosto w kamerę
Nie mam ochoty idealizować wszystkiego, co dawało MTV. Stacja szybko zrozumiała siłę komercji, mody, wizerunku i skandalu. Czasem sprzedawała muzykę jak opakowanie, zanim ktokolwiek zdążył wsłuchać się w treść. A jednak trudno przecenić moment, w którym artyści zaczęli myśleć obrazem równie mocno jak dźwiękiem.
Michael Jackson bez „Thrillera”, Madonna bez swoich klipów, Nirvana bez estetyki, którą MTV pomogło roznieść po świecie – te historie nadal byłyby ważne, ale ich kulturowa skala wyglądałaby inaczej. MTV przyspieszyło proces, w którym piosenka przestała istnieć sama. Dostała scenografię, choreografię, reżysera, modę, a często też jakiś ikoniczny gest. Wideoklip w dobrym wydaniu potrafił stać się dziełem większym niż radiowy singiel.

I chyba właśnie dlatego książka, na której oparty będzie film, tak dobrze nadaje się do ekranizacji. I Want My MTV nie jest suchą kroniką z datami. To opowieść o ludziach, chaosie, ryzyku, pieniądzach i ambicjach, które nagle dostały nowe medium. Początki MTV naprawdę brzmią jak epoka, w której nikt jeszcze do końca nie wiedział, co z tego wyniknie, więc można było próbować bardziej bezczelnie.
Dla mojego pokolenia MTV nie było historią
Film ma opowiadać o latach 80., ale dla mnie najciekawsze będzie to, jak bardzo ta opowieść dotknie także ludzi wychowanych dekadę później. Bo MTV, które poznałam, było już globalną instytucją. To już nie był etap, jak tworzyło język popkultury. Ono działało jak maszyna, która ten język codziennie dostarczała do domu.
W latach 90. stacja kształtowała gust nawet wtedy, gdy człowiek nie umiał jeszcze nazwać tego mechanizmu. Pokazywała, kto jest „ważny”, który klip trzeba znać, jak wygląda współczesny bunt. Ale też często, jak wygląda styl, który za chwilę zobaczymy na szkolnym korytarzu w trochę mniej dopracowanej wersji. Zdarzało mi się poznawać artystów przez obraz, a dopiero później przez albumy. I nie czuję z tego powodu żadnej winy. To był naturalny porządek tej epoki.
Dziś muzyka jest rozlana wszędzie. Żyje w rolkach, trendach, playlistach, wycinkach użytych jako tło do cudzych nagrań. Z jednej strony dostęp do niej jest nieporównywalnie większy. Z drugiej coraz rzadziej ma się poczucie wspólnego, zbiorowego przeżywania konkretnej premiery. Tamten model miał ograniczenia, ale dawał też napięcie oczekiwania. Człowiek nie tylko konsumował utwór.
Ten film powstaje w chwili, gdy zamknął się ważny rozdział
Pod koniec 2025 roku zniknęło kilka ostatnich muzycznych kanałów MTV działających w wielu krajach, w tym MTV Music, MTV 80s i MTV 90s. Główny kanał MTV nadal istnieje, ale muzyczna epoka w dawnym sensie została domknięta. W symboliczny sposób ostatnim klipem wyemitowanym na MTV Music było ponownie „Video Killed the Radio Star”.
Trudno o lepszy moment na film o początku tej historii. Nie chodzi nawet o tanią nostalgię. Bardziej o potrzebę zrozumienia, co dokładnie zniknęło. Bo MTV nie było po prostu stacją z teledyskami. Było kuratorem, wspólnym kodem. Algorytmy są wygodniejsze. Nie trzeba czekać. Nie trzeba przyjmować tego, co ktoś zaplanował w ramówce. Ale algorytm nie tworzy takiego samego poczucia zbiorowego rytuału. On bardzo dobrze zna jednostkę, którą ma zabawić. Znacznie słabiej buduje pokoleniową pamięć.
Właśnie z tego powodu chciałabym, żeby film Jaspersa nie był jedynie opowieścią o biznesowym sukcesie i szalonych początkach stacji. Liczę na historię o momencie, w którym muzyka dostała nową powierzchnię rażenia, a młodzi ludzie zaczęli oglądać ją razem, nawet jeśli siedzieli osobno. O czasie, gdy teledysk potrafił wejść do pamięci równie mocno jak refren. O kulturze, która jeszcze nie była pocięta na milion indywidualnych feedów.
MTV miało swoje winy. Później samo coraz mocniej odchodziło od muzyki, co wiele osób mojego pokolenia, podobnie jak ja, przyjmowało z dużym rozczarowaniem, a potem już ze zwyczajnym pogodzeniem się. Mimo to pamiętam je ciepło. Jako ważną część dorastania. Jeśli powstający film uchwyci choć kawałek tej energii, to chętnie znowu to powspominam. I pewnie przez pół seansu będę myśleć o tym, ile piosenek po raz pierwszy pokochałam przez ekran telewizora.
