Nocą z 16 na 17 listopada 2020 r. na kosmodromie Europejskiej Agencji Kosmicznej w Gujanie Francuskiej czekała na start rakieta nośna Vega należąca do operatora Arianespace. W jej luku znajdował się satelita Taranis, którego aparaturę stworzyła m.in. polska ekipa z Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk. Jego przeznaczeniem było badanie tzw. krótkotrwałych zjawisk świetlnych, czyli bardzo silnych wyładowań zachodzących wysoko w atmosferze.

Start rakiety przebiegał poprawnie, ale gdy miał zostać uruchomiony silnik czwartego stopnia, doszło do awarii. Rakieta straciła moc i spadła, jej ładunek został zniszczony. – W jednej sekundzie utraciliśmy wynik ponad 10 lat pracy oraz możliwość uzyskania ważnych danych naukowych – mówi prof. Jan Błęcki z CBK PAN, który w misji Taranis pełnił rolę jednego z głównych badaczy.

Bardzo wymierne były straty finansowe – to równowartość ok. 136 mln dolarów. Francuska Agencja Kosmiczna (CNES), która stała za projektem Taranis, uznała, że satelitę należy odbudować.

Kogo stać na polisę od niepowodzenia misji kosmicznej?

Teoretycznie pieniądze można by odzyskać, gdyby misja była ubezpieczona. W praktyce jednak jest to bardzo trudne. Rok wcześniej, w lipcu 2019 r., doszło do pierwszej katastrofy rakiety Vega. Wraz z nią przepadły satelity obserwacyjne Falcon Eye 1 i 2 należące do sił zbrojnych Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz klientów komercyjnych.

I rakieta, i jej ładunek były ubezpieczone przez międzynarodową firmę Munich Re. 14 wcześniejszych lotów Vegi przebiegło bez komplikacji, dlatego koszty polisy nie były wysokie. Towarzystwo ubezpieczeniowe boleśnie to odczuło – w sumie musiało wypłacić blisko 370 mln euro. Od tamtej pory rzadko kto chce ubezpieczać branżę kosmiczną.

– Nie w każdej jurysdykcji i nie w każdym kraju wymaga się ubezpieczania satelitów. Ubezpiecza się przede wszystkim satelity komercyjne, czyli generujące przychód. W innych przypadkach stosuje się tzw. zasadę cross-waiver mówiącą, że zarówno dostawca usługi transportowej, jak i właściciel ładunku zrzekają się roszczeń wobec drugiej strony w sytuacji, gdy dojdzie do katastrofy – wyjaśnia Kamil Muzyka, współredaktor strony „Prawo i Kosmos – prawo kosmiczne”, doktorant w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk.

Eksploracja kosmosu to wyjątkowo ryzykowne przedsięwzięcie. Bardzo wiele rzeczy może pójść nie tak. – Do problemów może dojść na stanowisku startowym, w trakcie lotu, na orbicie. Zdarzają się kolizje, utrata kontroli nad rakietą lub znajdującym się na orbicie satelitą. Dlatego zasada cross-waiver ma swoje uzasadnienie: znamy ryzyko i się na nie godzimy – wyjaśnia John Hall, były dyrektor departamentu prawnego NASA, obecnie związany z Polską Agencją Kosmiczną.

Misja kosmiczna to ryzyko utraty nawet 10 mld dolarów

Ryzyko to może mieć ogromną skalę finansową. Tak będzie w przypadku długo oczekiwanego Teleskopu Kosmicznego Jamesa Webba, który zostanie wyniesiony na orbitę w październiku. Prace nad urządzeniem, które ma zastąpić zasłużonego i wysłużonego Hubble’a, rozpoczęły się w 1996 roku. Biorą w nich udział wielkie zespoły naukowców i inżynierów NASA, Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) i Kanadyjskiej Agencji Kosmicznej. Te trzy organizacje dzielą między siebie koszt przedsięwzięcia wynoszący 10 mld dolarów.

Teleskop ma wynieść na orbitę rakieta nośna Ariane 5 należąca do ESA. Co się stanie, gdy zawiedzie, a warta miliardy misja skończy jak wspomniany wcześniej Taranis? – Absolutnie nic – mówi John Hall. – Oczywiście cały świat będzie opłakiwał wielki projekt, ale poza tym nikt nikogo nie będzie mógł podać do sądu. Wszystko przeprowadzane jest właśnie na zasadzie cross-waiver, co oznacza, że ośrodki biorące udział w projekcie zrzekają się ewentualnego odszkodowania. Jest od tego jeden wyjątek, jeśli w grę wchodzi utrata zdrowia lub życia ludzi – dodaje prawnik.

W takiej sytuacji poszkodowany lub jego bliscy mają prawo wystąpić o odszkodowanie do wszystkich biorących udział w projekcie stron. W dodatku nie ma znaczenia, gdzie zostanie złożony pozew. – Teleskop Kosmiczny Jamesa Webba to projekt Amerykanów, Europejczyków i Kanadyjczyków, lecz rakieta wystartuje z kosmodromu w Gujanie Francuskiej.

Jeśli w trakcie startu jakiś człowiek zostanie poszkodowany, może wystąpić o odszkodowanie w USA, Kanadzie lub w każdym państwie członkowskim UE. Wszystkie partycypujące w budowie teleskopu organizacje będą przez sąd traktowane jako jedna, niepodzielna strona i całościowo pociągnięte do odpowiedzialności – wyjaśnia John Hall.

Misje kosmiczne to nauka na drogich błędach

Dwa lata temu w amerykańskim Kongresie odbyła się dyskusja nad tym, czy nie należałoby zmienić prawa tak, by ubezpieczenie rakiet i ich ładunków było konieczne. Polityków zaniepokoiła seria katastrof, w tym utrata statku zaopatrzeniowego Dragon firmy SpaceX, należącej do Elona Muska. Pojazd eksplodował dwie minuty po starcie, w ładowni mając zapasy potrzebne astronautom na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej łącznej wartości 112 mln dolarów. Współpraca Elona Muska z NASA zawisła na włosku, ale dyskusje polityków nie doprowadziły do zmian w prawie.

Wygląda więc na to, że porażki w branży kosmicznej są nieuniknione, a konstruktorzy i inżynierowie po prostu muszą wyciągać z nich wnioski. Tak zresztą robi SpaceX, której spektakularne awarie przydarzają się dość często. W grudniu spotkało to prototyp rakiety Starship, przygotowywanej na potrzeby misji marsjańskich. 216 mln dolarów przepadło, ale firma się nie poddaje i dopracowuje technologię. Innej drogi rozwoju nie ma.

– W przygotowanie instrumentów dla misji Taranis włożyliśmy dużo pracy. Z punktu widzenia inżynierskiego możemy jednak mimo wszystko mówić o sukcesie. Współpraca ze znakomitymi inżynierami z CNES otworzyła CBK PAN na nowoczesne trendy w projektowaniu elektroniki wykorzystywanej do eksploracji kosmosu. Doświadczenie, nowe umiejętności i kontakty, jakie nawiązaliśmy przy okazji pracy nad Taranis, są bezcenne – mówi dr inż. Roman Wawrzaszek z CBK PAN.