Stalin był z pochodzenia Polakiem – synem Przewalskiego, tego od konia. Ile razy zdarzyło nam się przeczytać lub usłyszeć o tej, od lat powtarzanej, pogłosce? A ile w niej prawdy? Po pierwsze, czy Mikołaj Przewalski faktycznie był Polakiem? Po drugie – i najważniejsze – czy Józef Stalin był jego synem? Czy jeden z największych zbrodniarzy w historii, mający na rękach krew Polaków, sam odziedziczył geny po podróżniku z polskim rodowodem?

Korzenie rodziny Przewalskich są dobrze udokumentowane. Wiadomo, że ród ten wywodzi się od Onisima Przewalskiego (Parowalskiego). Z dokumentów zachowanych w Archiwum Narodowym Białorusi w Mińsku wynika, że jego synowi Kornile król Stefan Batory nadał (lub jednoznacznie potwierdził) godność szlachecką i herb Napięty Łuk. Stało się to w roku 1581, w dowód uznania zasług rotmistrza Przewalskiego w wojnie z Moskwą. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy był to ród rdzennie polski. W końcu jego protoplaści posługiwali się wschodniosłowiańskimi imionami Onisim (Anizy) czy Korniło (Kornel). O niczym to jednak nie przesądza. Takie przypadki zdarzały się na Kresach. Poza tym, jak wskazują genealodzy, Przewalscy wywodzili się prawdopodobnie z miejscowości Przewały w okolicach Chełma. Ofiarnie walczyli też dla dobra Polski pod Połockiem czy Wielkimi Łukami, za co doczekali się królewskiej nagrody.

Po kilku pokoleniach część rodziny przeszła (a być może wróciła) na prawosławie, zmieniły się też geopolityczne realia. I tu pojawia się pytanie już nie o polskie korzenie rodziny Mikołaja Przewalskiego – które w świetle wspomnianych faktów wydają się oczywiste – ale o jej przywiązanie do polskości. Dziadek podróżnika walczył w carskim wojsku przeciw Wielkiej Armii Napoleona. Ojciec Michał znalazł się – przynajmniej oficjalnie – w szeregach rosyjskich jednostek, które tłumiły powstanie listopadowe. A sam Mikołaj, urodzony w 1839 r., podczas studiów w Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu zgłosił się na ochotnika do walki przeciw powstaniu styczniowemu! Czy to nie mówi samo za siebie?

„Przewalski sam się zgłosił, bo nie chciał zdawać egzaminów końcowych. A podczas powstania dekował się!” – tłumaczy prof. Zbigniew Wójcik, specjalista od historii nauk przyrodniczych z Polskiej Akademii Nauk. Z kolei w książce „Zdobywca Azji”, obszernie opisującej życie Mikołaja Przewalskiego, Jan Ciechanowicz zaznacza, że wykładowcy i studenci z Petersburga z podejrzliwością patrzyli na młodzieńca o polsko brzmiącym nazwisku. Właśnie dlatego Mikołaj zdecydował się pojechać „walczyć” z powstańcami. Nie wiadomo jednak, czy oddał do nich choć jeden strzał. Wiadomo natomiast, że dużo czytał i często – w cywilnym ubraniu – polował na kaczki. Właśnie podczas jednej z takich wypraw omal nie został wzięty do niewoli przez powstańców. Choć tego uniknął (ponoć dzięki polsko brzmiącemu nazwisku), chwilę później wpadł w ręce... carskiego patrolu. Ten wpakował cywila, najwyraźniej wyglądającego na Polaka, do celi. Nic dziwnego, że Przewalski wziął wkrótce kilkumiesięczny urlop ze swojego Pułku Połockiego i wrócił do rodzinnego majątku na Smoleńszczyznę.

W POLSKIM TOWARZYSTWIE


Jeszcze w 1864 r. Mikołaj Przewalski został oficerem dyżurnym, bibliotekarzem oraz nauczycielem historii i geografii w szkole kadetów w Warszawie. Rozwijał przy tym swoje zainteresowania naukowe. Poznał polskich naukowców – m.in. kustosza gabinetu zoologicznego Szkoły Głównej Władysława Taczanowskiego. Dyskutował z nim, a potem przez lata go odwiedzał i wzbogacał jego kolekcję okazami ze swoich słynnych wypraw. Jak się one zaczęły? Pierwszy krok uczynił sam Przewalski, marzący o dalekich podróżach. W 1868 r. przeniósł się do Irkucka. Tamtejszy szef sztabu generał Bolesław Kukiel był z pochodzenia Polakiem. Odkomenderował on pełnego zapału Mikołaja na pierwszą ekspedycję – do Kraju Ussuryjskiego.

W następnych latach Przewalski dokonał niesamowitych odkryć w Azji Środkowej i Wschodniej. Sprecyzował położenie licznych pasm i jezior górskich, opisał pustynię Gobi, zebrał tysiące eksponatów botanicznych i zoologicznych, odkrył dzikiego konia i inne gatunki. Jan Ciechanowicz, który przez dwanaście lat pracował nad książką poświęconą podróżnikowi (wertując dokumenty m.in. w Moskwie, Petersburgu, Kijowie, Mińsku i Wilnie), podkreśla, że Przewalski stoi w szeregu wielkich podróżników XIX w. u boku takich sław jak Livingstone, Stanley, Bellingshausen czy Humboldt

Podczas swoich wędrówek przebył ponad 33 tys. km. Choć niesamowicie silny, zmarł nieoczekiwanie w 1888 r. w Karakoł (do niedawna Przewalsk, leżący w Kirgistanie) podczas przygotowań do kolejnej wyprawy. Prawdopodobną przyczyną zgonu był tyfus brzuszny, którego podróżnik nabawił się po wypiciu wody z bagiennego źródła. Przed śmiercią podyktował swoją biografię polskiemu współpracownikowi Wsiewołodowi Raborowskiemu. Często wspominał w niej o związkach z prawdziwą ojczyzną. „Oczywiście biografia ukazała się w Rosji i zaraz ją zafałszowano, a polonica wygubiono. W Polsce przed wojną została wydana pełna wersja” – zaznacza prof. Wójcik.

Okazuje się, że wielką sympatią darzyli Mikołaja Przewalskiego polscy uczeni w Rosji. Towarzyszyli mu w wyprawach, wspominali o nim w listach, cieszyli się uzyskanymi od niego eksponatami. Prof. Wójcik zwraca uwagę na pewien istotny szczegół. „Wszyscy Przewalscy bardzo dbali o to, aby nie zmieniać nazwiska. Pozostali przy pisowni trudnej do wymówienia dla Rosjan. Aby nie stracić polskiego szlachectwa, utrzymywali ją. Mikołaja Przewalskiego chciano zmusić do zmiany, ale nie dał się” – opowiada.

TOTALNA KRYTYKA AZJATYCKIEJ NATURY

 


Sam podróżnik także wspominał, że początkowo nie chciano go przyjąć do Sztabu Generalnego ze względu na „zbyt polskie” nazwisko. Tak czy owak był jednak do końca życia oficerem w carskiej służbie (choć praktycznie od 1864 r. nie w służbie czynnej). Przy całej sympatii dla wielu napotkanych ludów, ostro krytykował „zgniłą naturę Azjaty” i chwalił „siłę moralną Europejczyka”. Był więc niewątpliwie dzieckiem swej kolonialnej epoki, ze wszystkimi jej wadami i zaletami. Powstaje pytanie, czy jego dozgonną służbę w carskiej armii można ocenić jako zdradę, faktyczne wyrzeczenie się polskości? Czy on i inni Polacy w mundurach zaborcy swoją służbą tylko umacniali Rosję? A może – jak chcą obrońcy Przewalskiego – przypominali oni Rosjanom o „polskim problemie” i w pewien sposób cywilizowali zaborcę, aby oswoił się z myślą o wolnej Polsce?

Zbigniew Wójcik (w pracy o innym podróżniku, Karolu Bohdanowiczu) podsumował tę kwestię tak: „Przewalski miał wprawdzie poczucie przynależności narodowej polskiej, ale dominowała nad tym świadomość rosyjskiej przynależności państwowej”. Niewykluczone jednak, że gdyby wielki odkrywca dożył sędziwego wieku, to już w niepodległej, odrodzonej Rzeczypospolitej jednoznacznie zadeklarowałby się jako Polak. Tak jak inny znany carski wojskowy i podróżnik – Bronisław Grąbczewski. Historia potoczyła się jednak inaczej i to Towarzystwo Geograficzne ZSRR od 1946 r. przyznaje złoty medal im. Przewalskiego. W tym samym roku w Polsce trwały represje aparatu przemocy, zbudowanego przez człowieka, o którym wielu sądziło, że był nieślubnym synem polskiego podróżnika. Czy to możliwe? Prześledźmy życiorys dyktatora. Józef Wissarionowicz Dżugaszwili urodził się 6 grudnia 1878 r. w gruzińskim Gori. Jednak z wiekiem zaczął używać innej, zmyślonej daty – 21 grudnia 1879 r. Simon Sebag Montefiore w biografii „Stalin. Młode lata despoty” twierdzi, że poprzez fałszerstwo młody Dżugaszwili chciał uniknąć poboru do wojska lub „stworzyć siebie na nowo”. Być może dlatego, że już w dzieciństwie otoczenie sugerowało mu, jakoby to nie szewc hulaka Wissarion „Beso” Dżugaszwili był jego prawdziwym ojcem. W gronie domniemanych kochanków Jekateriny Geładze, matki Stalina, znaleźli się m.in. kupiec Egnataszwili, pop Czarkwiani, oficer policji Dawriczewy i... podróżnik Przewalski.

Sęk w tym, że między styczniem 1878 a końcem 1881 r. badacz był w trakcie wyprawy do Chin i Tybetu. W maju 1878 r. zawrócił wprawdzie na wiadomość o śmierci matki do Petersburga, jednak – jak dowodzą historycy Roj i Żores Miedwiediewowie w książce „Stalin nieznany” – było fizycznie niemożliwe, aby podczas jakiejkolwiek z tych podróży zahaczył o Gori. Takiej pewności nie ma już słynny badacz tajemnic Rosji Edward Radziński. W swoim „Stalinie” pisze, że podróżnik rzeczywiście przyjeżdżał do Gori. Potwierdziła to wnuczka dyktatora Galina, dodając, że Przewalski wracał przez Gruzję ze swojej ekspedycji, a potem przysyłał Dżugaszwilim pieniądze. Kwestia ta pozostaje więc nierozstrzygnięta, otwierając pole do dalszych dywagacji o tym, czy Jekaterina faktycznie była służącą w domu podróżnika i co z tego wynikło. Co ciekawe, w Gruzji pojawiali się podobno także wuj i brat Przewalskiego.

„Nazywano młodego Dżugaszwilego »konikiem Przewalskiego«, szydząc nie tylko z jego pochodzenia, ale i z niskiego wzrostu” – pisał nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz w posłowiu do biografii Stalina pióra Milosza Mikelna. Zdaniem Simona Sebaga Montefiore w rzeczywistości przezywano go „konikiem” ze względu na ciężki krok i nie miało to związku z domniemanym „nieprawym” pochodzeniem Józefa. Jednak sam ojciec po pijanemu często nazywał syna bękartem. Raz rzucił nim o podłogę, tak że przez kilka dni malec sikał krwią. Jekaterina musiała więc sama zadbać o syna, najmując się do przeróżnych prac w domach bogatych ludzi.

Jeśli jednak tyle dla niego poświęciła, dlaczego – jak twierdziły „złe języki” – Stalin nigdy jej nie kochał i nazywał „starą prostytutką”? Z listów znajomych rodziny Dżugaszwili można się dowiedzieć, że po 1917 r. syn zaledwie dwukrotnie odwiedził swoją matkę, a ona nigdy nie pojechała do niego do Moskwy. Dyktator nie pojawił się też na jej pogrzebie. Sławny reżyser Siergiej Paradżanow, urodzony w Tbilisi, utrzymywał, że Stalin nawet nigdy nie odwiedził grobu matki! Czy faktycznie dyktator miał do niej pretensję? Edward Radziński dotarł do archiwalnych czułych listów dyktatora do Jekateriny. Zaprzeczałyby one plotkom o konflikcie matki i syna. Dlaczego jednak Stalin ich nie zwalczał, podobnie jak pogłosek o swoim pochodzeniu? Oto jest pytanie.

GENERAŁ MILICJI NA TROPIE


Plotki o Przewalskim dotarły także nad Wisłę. Rozprzestrzeniły się w okresie dosyć niespodziewanym – za rządów Nikity Chruszczowa w ZSRR i Władysława Gomułki w Polsce. Potwierdził to Franciszek Szlachcic – generał milicji, działacz partyjny i wicepremier z czasów PRL. W artykule „Fazy generała S.” z tygodnika „Wprost”, zamieszczonym w 1988 roku, opowiadał Markowi Zieleniewskiemu o spotkaniach Gomułki z Chruszczowem w roku 1962. Jeździli wtedy razem na polowania. Podczas jednego z nich Gomułka zaczął wypytywać przywódcę ZSRR o Stalina. „Co wy tak się uparliście na tego Stalina? Przecież to był Polak” – odparł rozeźlony Chruszczow. Później także sam Szlachcic próbował kontynuować ten wątek. Niestety – jak pisał w książce „Gorzki smak władzy” – Chruszczow nie chciał go podjąć. Jednak „wydawało się, że wie coś o tym”.

Czyżby więc koneksje Przewalskiego ze Stalinem były czymś więcej niż plotką? Domniemany „polski kompleks” mógł zaszkodzić przyszłemu dyktatorowi choćby w 1920 r. Stalin, jako komisarz frontu południowo-zachodniego, nie pofatygował się ze swoimi jednostkami pod Warszawę, ponieważ uparcie dążył do zdobycia Lwowa. Po cudzie nad Wisłą sam ledwo umknął przed polskimi żołnierzami. Z kolei zemstą za cierpienia z dzieciństwa dałoby się wytłumaczyć choćby brak pomocy Stalina dla Powstania Warszawskiego czy stalinowskie represje wobec Polaków.

Problem jednak w tym, że np. Chruszczow wcale nie uznawał swego poprzednika za antypolskiego. We wspomnieniach pisał, że Stalin robił wszystko, żeby Polsce dopomóc, „czasem nawet z krzywdą dla Związku Radzieckiego”. Podkreślał, że w latach 1946–1947 na Ukrainie zdarzały się przypadki kanibalizmu, a dyktator kazał wysyłać zboże Polakom. Chruszczow uważał, że Stalin „chciał uzyskać od narodu polskiego rozgrzeszenie (...) za tamto porozumienie z Hitlerem, z którego wynikł rozbiór Polski”. Czyżby więc w Stalinie mieszały się miłość i nienawiść w stosunku do Polaków? Doprawdy, trudno uwierzyć, aby krwawy dyktator kierował się w swej polityce czymś więcej niż doraźnymi korzyściami. A zresztą to nie Polacy namiętnie rozgłaszali plotki o Przewalskim i Stalinie. „Sami Rosjanie zwrócili mi na to uwagę. Byli dalece przekonani, że Stalin był synem Przewalskiego. I to oni zwracali się do mnie, bym przebadał tę sprawę” – opowiada prof. Wójcik z PAN. Po raz kolejny fala pogłosek o Stalinie i Przewalskim rozprzestrzeniła się, gdy dogorywał ZSRR. Pośród plotek pojawiały się coraz bardziej absurdalne. Na przykład takie, że Przewalski był ojcem Stalina, a Stalin – ojcem lub dziadkiem Saddama Husajna (wystarczy dobrać odpowiednie zdjęcia, by dać się uwieść tej sugestii!).

„Ukazała się wtedy książka dziennikarza Jurija Boriewa »Prywatne życie Stalina« – opowiada Jan Ciechanowicz o jednej z bardziej znanych pozycji z tamtego okresu, wspominającej o domniemanych koneksjach Przewalskiego i Stalina. – Ja to traktuję bardzo spokojnie, jako informację obliczoną na wywołanie skandalu. Z drugiej strony ojcostwa Przewalskiego nie można wykluczyć. Przecież losy ludzkie bywają bardzo pogmatwane. Obaj byli na swój sposób geniuszami. Podobieństwa charakterologiczne między nimi na pewno są. Obaj byli bardzo apodyktyczni i nietolerancyjni względem przekonań, które im nie odpowiadały” – zaznacza biograf.

NIEOCZEKIWANE PODEJRZENIA


Przewalski stracił ojca, gdy miał 7 lat. Wspominał, że wychowano go po spartańsku i „niemało dostał rózeg we wczesnej młodości”. Matka traktowała go surowo. Wyrósł na człowieka o silnym charakterze, ale szorstkiego i, na dodatek, mizoginistę. „Antypatycznie nie lubił kobiet” – wspominał podróżnik Benedykt Dybowski. Tego typu opinie wzbudziły wśród badaczy życiorysu Przewalskiego podejrzenia, które mogłyby poważnie rzutować na jego ewentualne kontakty z Jekateriną Geładze.

Gensek – niby car

Teorie, jakoby Stalin miał złe stosunki z matką, nie do końca odpowiadają prawdzie. Ona po prostu nie rozumiała, na czym polega rola Józefa Wissarionowicza w państwie, a on nie zamierzał jej wprowadzać w szczegóły wielkiej polityki. Podczas jednego ze spotkań Jekaterina zapytała Stalina, co robi na Kremlu. Miał jej odpowiedzieć: „Pamiętasz, mateczko, cara? No, to ja jestem kimś w jego rodzaju”. Odpowiedz podobno nie zadowoliła pobożnej staruszki, bo odparła: „Jednak szkoda, że nie zostałeś popem”. Miała mu za złe, że odwrócił się od Boga. On natomiast nie rozwijał tego wątku.

 



Profesor Donald Rayfield z Uniwersytetu Londyńskiego, znawca spraw rosyjskich i gruzińskich oraz biograf Stalina, uważa, że korespondencja podróżnika ze znajomymi jednoznacznie wskazuje na... homoseksualne preferencje Przewalskiego. „Nie ma żadnych argumentów na wsparcie tej tezy. Nie trzeba być homoseksualistą, żeby nie lubić kobiet – krytykuje te sugestie Jan Ciechanowicz. – Jeśli weźmiemy pod lupę korespondencję filomatów i filaretów, to z tych listów też jednoznacznie wynika, że Adam Mickiewicz i cała reszta to byli homoseksualiści, bo piszą do siebie tak czule jak do kobiety. To kompletnie erotyczne listy!”.

Poza tym, nawet jeśli nie Mikołaj Przewalski, to ktoś z jego rodziny mógł bywać w Gori. Nie można wykluczyć, że to inny mężczyzna o tym nazwisku miał romans z Jekateriną Geładze, a miejscowi tylko skojarzyli go ze sławnym podróżnikiem. Jan Ciechanowicz nie znajduje jednak faktów na potwierdzenie takich przypuszczeń. Zaznacza też, że między Stalinem a Przewalskim nie było wielkich podobieństw fizycznych. „Stalin był niewysoki, a Przewalski postawny i bardzo silny” – mówi. Z drugiej strony każdy, kto obejrzy zdjęcia obu sławnych postaci w encyklopedii, nie może oprzeć się wrażeniu, że były ze sobą spokrewnione. Mają to wręcz wypisane na twarzy. Ale czy także w kodzie DNA?

KOD STALINA


Całe szczęście, przy możliwościach współczesnej nauki nie trzeba ekshumować zwłok Stalina ani przerzucać w poszukiwaniu materiału genetycznego pamiątek po Przewalskim, przechowywanych w muzeum podróżnika w Karakoł. Wystarczy, że obie rodziny pozostawiły po sobie depozyt genetyczny w postaci kolejnych pokoleń. W grudniu 2006 r. rosyjska edycja magazynu „Newsweek” opublikowała wyniki badań DNA, jakim poddano żyjących w Rosji członków rodzin obu mężczyzn. Wnuka Stalina – dyrektora teatru Aleksandra Burdonskiego oraz potomka brata podróżnika (sam odkrywca był bowiem oficjalnie bezdzietny) – chemika Nikołaja Przewalskiego.

Co wykazały badania? Dziedziczony w linii ojcowskiej chromosom Y należy u Przewalskiego do haplogrupy R1a – najczęściej spotykanej w Europie Środkowej i Północnej. U potomka Stalina zaś do haplogrupy G2, typowej dla mieszkańców Osetii, ale spotykanej także w Gruzji. „Być może w przyszłości, po przeprowadzeniu dodatkowych badań nad haplogrupą G2, będzie można jeszcze bliżej określić grupę etniczną, z której pochodził Stalin” – poinformował „Focusa Historia” Nikita Maksimow, współautor wspomnianego artykułu z rosyjskiego „Newsweeka”.

„Wygląda na to, że chromosom Y Stalina należy do haplogrupy G2a1a, zgodnie z najnowszym systemem klasyfikacji, przedstawionym przez Tatianę Karafet i zespół z Uniwersytetu w Arizonie w połowie zeszłego roku. Przewalski reprezentuje natomiast haplogrupę R1a. Jest zatem wykluczone, aby byli oni bezpośrednio spokrewnieni w linii ojcowskiej” – komentuje dr hab. Tomasz Grzybowski, kierownik Zakładu Genetyki Molekularnej i Sądowej przy Katedrze Medycyny Sądowej na Collegium Medicum toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. – Haplogrupa chromosomu Y to rodzaj męskiego »klanu«, skupiającego chromosomy Y pochodzące od wspólnego przodka, czyli założyciela, który żył w konkretnym miejscu i czasie. Przedstawione wyniki badań wskazują, że chromosomy Y Józefa Stalina i Mikołaja Przewalskiego wywodzą się od innych założycieli” – tłumaczy naukowiec. Skoro niemożliwe jest, aby Aleksander Burdonski i Nikołaj Przewalski mieli wspólnego przodka w osobie Michała Przewalskiego, ojca podróżnika, to i odkrywca dzikiego konia nie mógł też być prawdziwym ojcem radzieckiego przywódcy”. Dlaczego jednak, patrząc na portrety Stalina i Przewalskiego, odnosimy nieodparte wrażenie, że obu tych mężczyzn musi coś łączyć? Czy jest to tylko sugestia?

CZY TE OCZY MOGĄ KŁAMAĆ?


Zaskakującą odpowiedź przynosi biografia „Stalin nieznany” braci Miedwiediewów. Okazuje się, że wizerunek Stalina, jaki kojarzymy i najczęściej spotykamy, był w rzeczywistości... obrazem stworzonym przez Borysa Karpowa w roku 1946. Artysta, malując obwieszonego odznaczeniami dyktatora, oparł się bowiem... na fotografii Przewalskiego. Niczym współcześni „mistrzowie Photoshopa” miał też zmiękczyć kaukaskie rysy twarzy Stalina. Nadał jej bardziej owalny kształt, podniósł czoło oraz zmniejszył nos. Wąsy obaj panowie mieli na tyle podobne, że po prostu dopełniły dzieła. Tak narodził się „koronny dowód” w sprawie ojcostwa Przewalskiego wobec Stalina. Dowód, będący w rzeczywistości zręcznym fałszerstwem. Wymknęło się ono spod kontroli i przez lata żyło własnym życiem, wzmacniając plotki przyniesione z Gori.

W swojej biografii Stalina Alex de Jonge zasugerował, że być może sam Stalin starał się podkreślać rzekome podobieństwa do Przewalskiego, łącznie z charakterystycznym wąsem. Albo dlatego, że sam wierzył w plotki o podróżniku i swojej matce, albo z wyrachowania. Chciał, aby jego narodziny obrosły tajemnicami i legendami – jak w przypadku wielu sławnych przywódców, począwszy od Aleksandra Wielkiego. Znajomi Dżugaszwilich twierdzili, że Stalin pozwalał na szerzenie plotek o Przewalskim z nienawiści do pijaka „Beso” i w interesie państwa. Stał się przecież kimś w rodzaju nowego cara. Chciał więc, żeby jego ojcem był ktoś słynny, a nie niepiśmienny szewc alkoholik.

Część biografów Stalina sugeruje, że jako nieślubne dziecko dorastał z kompleksem niższości, który przerodził się później w żądzę władzy i pragnienie dominacji nad innymi. Niektórzy utrzymują, że wręcz celowo wymordował starych mieszkańców rodzinnego miasta, którzy mogli znać prawdę o jego ojcu. Podobno w roku 1939 muzeum w Gori trzy razy wysyłało mu fotografię Wissariona Dżugaszwili, pytając, czy przedstawia jego ojca. Nigdy nie doczekało się odpowiedzi. Ludzkie DNA – najdokładniejsze nasze zdjęcie – wykazało, że ojcem tym na pewno nie był podróżnik Mikołaj Przewalski. Niewątpliwie jednak jego cień zawsze ciążył nad radzieckim dyktatorem. Przewalski stał się nawet wzorem dla Józefa Stalina, niczym prawdziwy ojciec.

Warszawski sentyment

Znany radziecki historyk nauki Wasilij A. Jesakow podczas warszawskiego kongresu geologów i geografów PRL i ZSRR w 1969 r. wygłosił ważną tezę: „Warszawski okres życia był dla Przewalskiego jednym z najbardziej szczęśliwych. Tu rozwijały się jego zdolności dydaktyczne i literackie. Wygłaszając wykłady z historii geografii, zwrócił na siebie uwagę szerokich kręgów słuchaczy, a wśród nich i profesorów Uniwersytetu Warszawskiego. (...) Ważną rolę w rozwoju naukowym Przewalskiego odegrał profesor J. Aleksandrowicz, dyrektor Warszawskiego Ogrodu Botanicznego”.