Inkowie wykorzystywali antydepresanty, ale kulisy tych wydarzeń były naprawdę przerażające

Badania toksykologiczne liczących około 500 lat szczątków należących do dwójki małych dzieci, które zostały złożone w ofierze wykazały, iż ofiarom podano kilka rożnych związków chemicznych.

Pozostałości po nich zachowały się we włosach i paznokciach zamordowanych dzieci. Poza śladami kokainy badacze natrafili też na dwa związki chemiczne używane do produkcji napoju znanego jako ayahuasca. Harmina i harmalina, bo o tych związkach mowa, należą do grupy leków przeciwdepresyjnych zwanych inhibitorami monoaminooksydazy. Ówcześni mieszkańcy najprawdopodobniej pozyskali je z rośliny z gatunku Banisteriopsis caapi.

Wieloletnia historia substancji odurzających u Inków

Szczegółowe ustalenia w tej sprawie są dostępne w Journal of Archaeological Science: Reports i wskazują na dość zaskakujący brak DMT, czyli dimetylotryptaminy, w szczątkach. To właśnie ona odpowiada za silnie halucynogenne działanie ayahuaski, ale fiasko poszukiwań wcale nie musi oznaczać, że DMT nie zostało wykorzystane przez inkaskich kapłanów, którzy około 500 lat temu prowadzili rytuał ofiarny. Podobne badania, które miały miejsce w przeszłości, nie wykazały obecności DMT w organizmie zmarłej osoby, lecz doprowadziły do wykrycia związku chemicznego, który powstaje, gdy organizm metabolizuje DMT. 

Co ciekawe, nowym badaniom przewodzili naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego. Polscy archeolodzy nie wykluczają scenariusza, w którym dzieciom faktycznie nie podano środków halucynogennych, lecz uspokajające. Miały one pomóc im w ostatnich chwilach przed śmiercią, co byłoby pierwszym udokumentowanym przykładem celowego wykorzystania antydepresyjnych właściwości napoju ayahuasca pochodzącego głównie, jeśli nie w całości, z Banisteriopsis caapi

Rytuał ofiarny odprawiany przez Inków nosił nazwę capacocha i dotyczył głównie młodych kobiet oraz dzieci. W tym przypadku ofiary miały od 6 do 7 lat, ale znane są nauce przypadki ofiarowania nawet 3-latków. Podając im antydepresanty, kapłani starali się, by ofiary zmierzały na swój pogrzeb w jak najlepszych humorach. Hiszpańscy kolonizatorzy, którzy opisywali te wydarzenia, twierdzili, że nastrój ofiar był równie ważny jak ich  wygląd. Z tego względu, nawet w obliczu nadchodzącej śmierci, na ich twarzach malowała się radość. 

Ofiarom rytuałów podawano narkotyki i alkohol

Poza wspomnianymi już środkami odurzającymi Inkowie stosowali też nieco prostsze metody, na przykład podawanie alkoholu zwanego chicha. Szczątki ofiar znajdowane na terenie Peru nosiły chemiczne pozostałości żucia liści koki. Część osób miała je w ustach nawet w chwili śmierci. We włosach jednej z ofiar na innym stanowisku archeologicznym udało się natomiast wykryć tzw. kokaetylen. Związek ten powstaje, gdy kokaina łączy się z alkoholem w ludzkim organizmie. 

W przypadku dwójki dzieci, których losami zajęli się polscy naukowcy, nie znaleziono kokaetylenu. Sugeruje to, że albo nie podawano im alkoholu, albo zrobiono to tuż przed zakończeniem rytuału, dlatego powstałe związki nie zdążyły trafić do włosów i paznokci. Ofiary poświęcone w ramach capacocha miały przyjmować role pośredników między ludźmi a bogami. W niektórych miejscach ludzie czcili też zmumifikowane szczątki zmarłych i konsultowali się z nimi niczym z wyroczniami. W ciągu ostatnich 500 lat w miejsce pochówku opisywanej dwójki uderzył piorun, wypalając większość tkanki miękkiej jednego z ciał. Drugie uległo natomiast naturalnej mumifikacji na skutek przebywania w suchym i zimnym środowisku.