Radziecki B-59 ruszył w morze na początku października 1962 r. wraz z flotyllą podobnych okrętów (B-4, B-130 i B-36) z małej przystani rybackiej w Zatoce Sajda w pobliżu Murmańska. „Czerwony Sztandar” nie wypłynął z bazy Floty Północnej w porcie Polarnyj, aby można było zachować misję w absolutnej tajemnicy.

Po otwarciu zalakowanych kopert komandorzy przekonali się, że chodziło o to, by „wszelkimi środkami” ochronić przed amerykańskimi atakami szlaki 85 statków handlowych, które transportowały na Kubę rakiety balistyczne. Nie wykluczając użycia torpedy z fioletowym czubkiem, którą załadowano na pokład obok 21 zwykłych torped, pomalowanych na szaro. Torpedy z głowicą jądrową.

Podwodniacy w walonkach

Charakterystyczna dla sowieckiego reżimu paranoja, obsesja zachowywania wszystkiego w tajemnicy i skłonność do kłamstwa sprawiły, że załogi nie wtajemniczono w szczegóły i wysłano w misję niemal samobójczą. Miała bowiem przestarzały okręt z silnikami spalinowymi, które dławiły się podczas rejsu (w drodze powrotnej jeden z okrętów trzeba było holować przez 8 tys. mil), oraz ubrania dostosowane do warunków arktycznych: futra, grube czapy i walonki, aby zwieść tych, których mogłaby zaciekawić wiadomość o tropikalnym celu jej misji. Zabroniono też nawiązywania kontaktów między okrętami oraz z dowództwem marynarki w Moskwie.

Marynarze nie wiedzieli więc, gdzie znajdowały się inne okręty podwodne i jakie wykonywały zadania. Jednak zostawiono im wolną rękę, jeśli chodzi o użycie „ryby” (jak nazywano torpedę w żargonie podwodniaków) z fioletowym pyskiem. Pod warunkiem, że trzej oficerowie – dowódca, drugi oficer i zastępca ds. politycznych – wyrażą zgodę.

Właśnie w obliczu takiej decyzji stanął dowódca B-59 Witalij Sawicki, kiedy jego okręt został namierzony przez sonar amerykańskiego niszczyciela „Cony”. Kiedy Amerykanie zorientowali się, że mają do czynienia z radziecką łodzią, przystąpili do akcji. Wokół zanurzonego „Czerwonego Sztandaru” zaczęły wybuchać bomby…

Chwile grozy

W naszych domach była godzina czwarta rano 27 października 1962 r. Kiedy jednak o dziesiątej z pokładu amerykańskiego niszczyciela USS „Cony” zaczęto wyrzucać bomby ostrzegawcze, na Atlantyku, na północny wschód od Kuby, świeciło już ostre słońce.

Komandor B-59, oceniając siłę wybuchów, doszedł do wniosku, że jego jednostka została zaatakowana przy użyciu bomb głębinowych. Sawicki zareagował tak, jak nauczono go w Akademii Marynarki Wojennej. Nakazał otwarcie i zalanie luków torpedowych.

Ustawił okręt dziobem w stronę amerykańskich statków, które krążyły za jego rufą, i rozpoczął przygotowania do odpalenia torpedy. I to tej „specjalnej”! Wszyscy na pokładzie wiedzieli, że pocisk z czubkiem pomalowanym na kolor fioletowy był wyposażony w głowicę nuklearną.

„Odpalamy?” – Sawicki spytał dwóch innych oficerów, którzy mieli zaakceptować jego decyzję o użyciu broni atomowej. „Tak” – odpowiedział zastępca do spraw politycznych. Sprzeciwił się za to drugi oficer Wasilij Archipow. Wadim Orłow, który był operatorem sonaru, wspominał po latach: „Widziałem, jak Wasilij pokręcił głową na nie, a komandor się z tym pogodził”. „Dwa za, jeden przeciw. Nie odpalamy” – zdecydował komandor Sawicki.

B-59 ustąpił. Ziemia ocalała.

Wojna czy pomoc

Wkrótce w oślepiającym słońcu Karaibów B-59 wysunął dziób nad powierzchnię. Wydawało się, że to już koniec, ale w tym momencie nadleciał samolot P-2, przeznaczony do zwalczania łodzi podwodnych. Wokół kadłuba okrętu posypały się granaty zapalające, które miały bardziej nastraszyć Rosjan, niż im zaszkodzić. Sawicki i Archipow, stojąc w tej części okrętu, która już się wynurzyła na powierzchnię, znów spojrzeli na siebie, i jeszcze raz w milczeniu pokręcili głowami.

Na pokładzie niszczyciela „Cony” pojawiły się flagi sygnalizacyjne. „Jaki okręt?” – pytali Amerykanie. „Okręt X” – nadał w odpowiedzi Archipow, pokazując czerwony sowiecki sztandar. Na pytanie, czy potrzebuje pomocy, odparł: „Nie, dziękuję”. Operator sonaru Orłow wspominał ulgę, z jaką przyjęła to załoga: „W tym momencie zrozumieliśmy, że nie wybuchła wojna. Nie oferuje się pomocy okrętowi podwodnemu, który chciało się zatopić”.

Jesiotr dla bohatera

Kiedy Chruszczow ustąpił pod naciskiem Kennedy’ego, flotylla czterech radzieckich łodzi podwodnych z niemałym trudem wróciła do Murmańska. Po zacumowaniu wszystkich zatrzymano w związku z „niepowodzeniem misji”. Komandor Archipow zażądał żywności, wody i pomocy medycznej dla wyczerpanych i chorych ludzi, ale niczego nie otrzymał. Jedynie żona admirała radzieckiej floty Leonida Rybałki Galina za własne pieniądze kupiła na rynku gruzińskie wino i rybne przekąski dla podwodniaków. W ten sposób plasterek wędzonego jesiotra i szklanka słodkiego wina stały się dla Archipowa jedyną nagrodą za uratowanie świata przed wojną atomową.

Dzisiaj, po prawie 50 latach, wiemy już prawie wszystko o zagrożeniu, jakie ściągnęły na świat szaleństwo Chruszczowa i snute przez Kennedy’ego plany inwazji na Kubę. Jest to możliwe dzięki badaniom, które historycy mogli podjąć po rozpadzie ZSRR, a także dzięki spotkaniu z udziałem starych wrogów, jakie Castro zorganizował na Kubie. W jego trakcie rozmawiali oni o tych 15 dniach, gdy wspólnie stąpali po krawędzi Apokalipsy.

Drugi oficer Wasilij Archipow tego nie dożył. Jednak jego historia przetrwała dzięki historykom i opowieściom kolegów z „Czerwonego Sztandaru”.