W latach 40. minionego wieku Amerykanin Walter Freeman był największą gwiazdą neurochirurgii. Osobiście przeprowadził około 4 tysięcy zabiegów, które – jak zapewniał – przywracały równowagę agresywnym pacjentom zakładów psychiatrycznych. Operacja nazwana lobotomią polegała na usuwaniu lub niszczeniu części płatów mózgowych. W wywiadach prasowych Freeman zapewniał, że niszczy jedynie komórki nerwowe odpowiedzialne za stan psychiczny pacjenta. Dziś wiadomo, że ciął w ciemno i nie miał pojęcia, jakie funkcje pełnią niszczone fragmenty mózgu. Po zabiegu agresywni pacjenci pogrążali się w apatii, więc szpitale psychiatryczne masowo kierowały swoich podopiecznych do doktora Freemana i jego naśladowców. W ciągu kilkunastu lat lobotomii poddano ok. 50 tys. osób. Freeman był lepszym showmanem niż chirurgiem. Czasem szokował reporterów, demonstrując nowy sposób docierania do mózgu – nie nawiercał czaszki, lecz wprowadzał rurkę przez oczodół. Niektórzy z obserwatorów mdleli, co sprawiało, że ich relacje w gazetach brzmiały jeszcze bardziej sensacyjnie. W uznaniu zasług Freemana wybrano go na przewodniczącego Amerykańskiego Stowarzyszenia
Neuropatologów, następnie na szefa Amerykańskiej Rady Psychiatrii i Neurologii. Kilka lat później udowodniono, że lobotomia nie leczy, lecz trwale upośledza pacjentów. W 1967 r. Freeman został pozbawiony prawa wykonywania zawodu, gdy zamiast połączeń nerwowych przeciął operowanej pacjentce naczynia krwionośne, doprowadzając do wylewu i zgonu.