Wszystko zaczęło się w Clintondale High School – prowincjonalnym amerykańskim college'u. Cztery lata temu jego dyrektor zdecydował się zastosować podczas nauki bejsbolu nowatorski sposób nauczania, nazywany odwróconą klasą. Efekty były tak dobre, że rada nauczycielska postanowiła uczyć tą metodą rów- nież socjologii. Przeprowadzono eksperyment: część uczniów uczęszczała na nowatorskie kursy, część na tradycyjne. Po roku różnica pomiędzy wynikami obu grup była tak szokująca, że nową metodę wprowadzono w nauczaniu wszystkich przedmiotów.

Minął kolejny rok i odsetek uczniów, którzy nie zdali egzaminów końcowych z angielskiego, spadł z 52 do 19 proc. Z matematyki z 44 do 13 proc. W innych przedmiotach było podobnie. Jedna z najgorszych szkół w stanie Michigan w 2010 r. stała się całkiem niezłą placówką.Wjakisposóbosiągniętotakspek- takularny sukces?

Z pomocą belfra

Idea odwróconej klasy jest prosta: wszystko robimy na opak! Przyzwyczailiśmy się, że w szkole słuchamy wykładów, a w domu odrabiamy pracę domową. Skoro jednak mamy komputery i internet, możemy pracować odwrotnie – słuchać wykładów w domu, a ćwiczyć w szkole.

Wydawać się może, że nie ma żadnej różnicy, czy słuchamy profesora na żywo, czy na wideo. Nieprawda. Po pierwsze plik odtwarzamy, kiedy chcemy. Dzięki temu unikamy sytuacji, że jesteśmy niewyspani albo tak głodni, że nie możemy się skupić. Po drugie zawsze możemy cofnąć zapis albo poszukać dodatkowych informacji, gdy czegoś nie zrozumiemy. Nagrania są krótkie, kilkuminutowe – uczeń czy student nie włącza kolejnego, jeśli nie uzna, że wszystko już z poprzedniego pojął.

W szkole także wszystko się zmienia. Ponieważ nauczyciel nie musi poświęcać czasu na wykład, może skupić się na pracy z uczniami. Odrabianie zadań na lekcjach przypomina nieco uniwersyteckie ćwiczenia, tyle że bez ich opresyjnego (z punku widzenia gorszych studentów) charakteru. Zadaniem nauczyciela nie jest sprawdzenie wiedzy uczniów, lecz skłonienie ich do jej wykorzystania. Nie skupia się tylko na najlepszych i najaktywniejszych – wspomaga też słabszych, każdemu poświęcając nieco czasu.

Rewolucyjność „odwróconej klasy” polega nie tylko na polepszeniu wyników dydaktycznych, ale także na zmianie pozycji nauczyciela. Uczniowie nie mają już do czynienia z wykładowcą przemawiającym z wysokości katedry. Nie jest on mistrzem, lecz kimś w rodzaju przyjaciela i przewodnika. Nauczyciel nie tylko wchodzi z uczniami w interakcję, ale też nakłania ich, by współpracowali ze sobą. Szkoła staje się miejscem mniej zhierarchizowanym, a przez to bardziej przez uczniów lubianym. 

W Clintondale High School na skutek wprowadzenia „odwróconej klasy” przeciętny odsetek nieobecności na lekcjach spadł z 37 do 20 proc.

 

Wszystko przez internet

Idea „odwróconej klasy” jest dość stara – sięga XIX wieku. Jej zalążki można odnaleźć w pismach klasyka pedagogiki Johna Deweya, później pomysł rozwijali kolejni myśliciele: Gregory Bateson i Jacques Rancière.

Ale dopiero szybki internet pozwolił stosować odwróconą klasę na masową skalę. Nad udoskonaleniem systemu pracują w USA między innymi Stanford University, Duke University oraz Georgia Tech. Ta ostatnia uczelnia uzyskuje na tyle pozytywne wyniki, że zdecydowała się wprowadzić tanie studia informatyczne oparte wyłącznie na internetowych filmikach.

Studia te prowadzone będą tylko przez internet – tym samym stanowią okrojoną wersję odwróconej klasy. Eksperci z Georgii podkreślają największą zaletę nowej propozycji: studia w sieci będą tanie, a więc dostępne dla szerokiego grona chętnych. Cena nie przekroczy 7 tys. dolarów (ok. 21 tys. zł) za dwuletnie studia. To ok. 5–6 razy mniej niż koszt czesnego za taki sam tytuł zdobyty w trybie stacjonarnym.

Uczelnia Georgia Tech nie zdradza, czy w przypadku sukcesu program online zupełnie zastąpi informatyczne studia stacjonarne. Wiadomo na razie, że ma być masowy – w ciągu kilku lat liczba przyjętych studentów może przekroczyć nawet 10 tys. osób. W pierwszym roku działalności będzie ich kilkuset. Tak czy owak przełom w modelu edukacji na stopniu wyższym został dokonany: studiowanie przez internet, które kojarzyło się głównie z kursami zawodowymi czy nauką języków obcych, zaczyna wchodzić na poziom zarezerwowany wcześniej tylko dla mieszkających na uniwersyteckim kampusie studentów elitarnych uczelni.

Taki sam dyplom

Tym samym dzięki sieci spełni się marze- nie specjalistów od edukacji – wyrównanie edukacyjnych szans. To właśnie tej idei miały służyć kiedyś kursy na odległość, do których wykorzystywano przesyłki pocztowe, później zaś radio i telewizję.

Pojawienie się w latach 90. XX wieku powszechnego dostępu do internetu sprawiło, że powstały pierwsze kursy dostępne online (po ang. Massive Open Online Courses, znane też jako MOOCs). Najbardziej zaawansowanym MOOCs-em mają być wspomniane studia informatyczne na Georgia Tech.

Warto wspomnieć, że pierwszy MOOC na renomowanej uczelni i na wysokim poziomie nieprzypadkowo pojawił się w USA. „W Stanach Zjednoczonych znacznie bardziej niż w Europie wykształcenie jest towarem, który się sprzedaje” – mówi „Focusowi” dr Dominik Antonowicz, socjolog z UMK w Toruniu, który specjalizuje się w problematyce dotyczącej szkolnictwa wyższego. „MOOCs-y, choć teoretycznie mają formułę otwartą i darmową, stały się niczym innym jak nowymi kanałami sprzedaży do masowej liczby potencjalnych studentów, przy kosztach nieporównywalnie niższych od kształcenia stacjonarnego” – podkreśla Antonowicz.

Czy w ślad za Georgia Tech pójdą także inne renomowane uczelnie? Z jednej strony koszt (i potencjalny zarobek) jest w tym przypadku niski, z drugiej potrafią one przyciągnąć wielokrotnie więcej studentów niż stacjonarne studia. Potencjalnie mogą być więc bardzo do- chodowe. Mark Lester, ekspert od kursów on- line pracujący w należącej do Open University firmie FutureLearn, uważa, że inne uczelnie będą uważnie przyglądać się wynikom eksperymentu Georgia Tech. Na absolwentów nowego kierunku mogą bowiem czyhać nie- bezpieczeństwa, np. kłopoty z uznawaniem dyplomów zdobytych online. W pierwszej kolejności do wersji online zostaną zaadapto- wane studia informatyczne i techniczne, czyli takie, w czasie których i tak spędza się dużo czasu przed komputerem. Dużo wolniej może iść informatyzacja studiów humanistycznych, gdzie dużą rolę ogrywa nabywanie kompetencji społecznych i kulturowych wymagające interakcji w grupie.

Z tego powodu niektórzy eksperci sądzą, że w przyszłości oba rodzaje studiów będą istnieć obok siebie. „Uniwersytety umożliwiają studentom rozwój poprzez nieformalną edukację dzięki przebywaniu z rówieśnikami. Dzięki temu studenci budują swój kapitał społeczny oraz kulturowy, które na rynku pracy okazują się równie ważne jak solidna wiedza i umiejętności” – mówi Antonowicz. Podobnego zdania jest Mark Lester. „Uniwersytety nie stracą studentów krajowych czy zagranicznych, którzy zdecydują się wybrać studia on- line zamiast tradycyjnego modelu” – twierdzi Lester. „Oba typy studiów są przeznaczone dla nieco innych grup”.

Zmiana, jaka dokonuje się na naszych oczach, ma jeszcze jedną ciekawą cechę. Obie nowe rewolucyjne formy kształcenia potrzebują szerokopasmowego internetu. Dziś, przynajmniej jeśli chodzi o kierunki techniczne, powszechny dostęp do szybkiego internetu jest w edukacji ważniejszy niż nawet podręczniki. Powinniśmy o tym pamiętać. 

 

WARTO WIEDZIEĆ:

E-STUDIOWANIE W PRAKTYCE

założeniu studia online mają taki sam program jak ich stacjonarny odpowiednik, ale mogą trwać krócej. Przykładowo w Georgia Tech zdalne studia informatyczne standardowo trwają sześć semestrów (przy założeniu, że student średnio poświęci na studia ok. 18 godzin tygodniowo w trakcie roku akademickiego). Zarazem istnieje możliwość ich skrócenia przy większym zaangażowaniu lub też przedłużenia dla osób, które np. jednocześnie pracują. Wszystkie materiały – podręczniki, zadania do wykonania itp. – są dostępne online, podobnie jak nagrane wcześniej wykłady. Studenci kontaktują się z wykładowcami za pomocą e-maili, wideoczatów i/lub na zamkniętych forach. Większe egzaminy (w tym kończą- ce studia) odbywają się w „realu” w ośrodkach edukacyjnych współpracujących z Georgia Tech, rozsianych po całym świecie. Uzyskany tytuł ma być równoważny (przynajmniej w sensie formalnym) z otrzymanym przez studenta, który skończył studia na kampusie. 

POLSKI UNIWERSYTET OTWARTY

W Polsce kursy online prowadzi m.in. Polish Open University, a niektóre tak zdobyte dyplomy są wydawane we współpracy z zagranicznymi uczelniami. W większości przypadków studia online stanowią na razie uzupełnienie „zwykłych” kierunków i nie funkcjonują osobno. Polska Komisja Akredytacyjna nie wydała dotąd akredytacji dla studiów prowadzonych tylko i wyłącznie online.

Według przepisów w Polsce liczba godzin zajęć dydaktycznych na studiach stacjonarnych i niestacjonarnych prowadzonych w trybie online nie może przekroczyć 60 proc. ogólnej liczby godzin dostępnych na danym kierunku oraz poziomie kształcenia. Ponadto uczelnia prowadząca zajęcia z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość zobowiązana jest organizować zaliczenia i egzaminy z danego przedmiotu w swojej siedzibie.

Oznacza to, że w Polsce nie ma studiów kończących się uzyskaniem tytułu naukowego prowadzonych w pełni przez internet. Zdaniem Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego wykorzystanie metod i technik kształcenia na odległość jedynie wspomaga proces dydaktyczny, a nie stanowi odrębnej formy zdobywania wykształcenia.