Odradzająca się w 1918 r. Polska odziedziczyła zalążek wywiadu radiowego i służb kryptologicznych po armii jednego z zaborców, Austro-Węgier. Tam w wywiadzie podczas I wojny zdobywali doświadczenie liczni polscy fachowcy, m.in. kapitan Józef Rybak i major Karol Bołdeskuł. Ten ostatni dochrapał się wysokiego stanowiska kierownika radiowywiadu państw centralnych na obszarze frontu wschodniego.

Po wojnie Piłsudski ściągnął Rybaka z Wiednia do Warszawy, oferując mu stanowisko szefa II Oddziału Sztabu Generalnego, czyli wywiadu Rzeczypospolitej. W komórce zajmującej się nasłuchem radiowym szybko pojawiły się kolejne polskie „sieroty" po specsłużbach upadłego cesarstwa Habsburgów. Kierownikiem sekcji szyfrowej został Bołdeskuł, który dysponował niezwykle cenną wiedzą. Podczas I wojny światowej służbom austro-węgierskim pod jego kierownictwem udało się bowiem złamać wiele kodów armii carskiej. Wiadomo zaś było, że Armia Czerwona odziedziczyła po swej poprzedniczce techniki szyfrowania. 

Najcenniejszym nabytkiem Bołdeskuła okazał się pochodzący z Łodzi absolwent chemii Jan Kowalewski, który służył w carskim wojsku podczas wojny i znał rosyjskie procedury telegraficzne. Wyróżniał się nadzwyczajnymi zdolnościami, jak fenomenalna pamięć fotograficzna, talent matematyczny i lingwistyczny. 

Nocna łamigłówka

Armia Czerwona używała do przekazywania meldunków łączności telegraficznej i radiowej; telegramów nie dało się przechwytywać, ale radiogramy – tak. Pewnego sierpniowego dnia 1919 r. Kowalewski zgodził się wziąć nocny dyżur za kolegę, który wyjechał na wesele siostry. W nocy pracownicy radionasłuchu jak zwykle przekazali dyżurnemu kryptoanalitykowi zaszyfrowane komunikaty radiowe bolszewików. Siedzącemu nad niekończącymi się rzędami cyferek Kowalewskiemu przypomniało się nagle opowiadanie Edgara Alana Poego „Złoty żuk”, którego bohater odkodował szyfrogram prowadzący do skarbu piratów, bazując na częstotliwości pojawiania się liter. Kryptolog założył, że w sowieckim szyfrze powinno znajdować się gdzieś słowo „diwizija”, zawierające trzy samogłoski „i” oddzielone pojedynczymi spółgłoskami. Zaczął więc szukać ciągów cyfr, w których w równych odstępach trzykrotnie powtarzałaby się taka sama sekwencja, oznaczająca – jak założył – literę „i”. 

Przeciętny człowiek dostałby od takiego zadania oczopląsu i ciężkiego zawrotu głowy. Dla umysłu Kowalewskiego była to jednak po prostu trudna łamigłówka. Wkrótce serce zabiło mu mocniej: dostrzegł poszukiwaną sekwencję. Jeśli rzeczywiście kryła się pod nią „diwizija”, dysponował już pięcioma literami: i, d, w, z, j, a. Zamieniwszy w odpowiednich miejscach ciągi cyfr literkami, najtrudniejszą część zadania miał już za sobą. Zaczął teraz odgadywać kolejne słowa, niczym w krzyżówce. Niebawem spostrzegł, że pojedyncze wyrazy układają się we fragmenty sensownych zdań, będących częścią wojskowego komunikatu. W coraz większym podnieceniu pracował dalej i nawet się nie zorientował, kiedy nadszedł świt.

Ukraiński paradoks

Pierwszy szyfr złamany przez Kowalewskiego o nazwie „Delegat”  był dość prosty, opierał się na metodzie jeszcze z XVIII w. Działalność komórki szyfrowej Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego nabrała od tej chwili rozpędu. W drugiej połowie września 1919 r. polskie dowództwo otrzymało już spory pakiet rozszyfrowanych depesz sił sowieckich na Ukrainie. W kolejnych miesiącach, podczas zastoju na froncie, Oddział II dostarczał w swych raportach coraz bardziej szczegółowe informacje: o liczebności sił przeciwnika, rodzajach uzbrojenia, zapasach amunicji, trasach przemarszów, uzupełnieniach itd. 

Informacje te pochodziły nie tylko z przechwyconych depesz radiowych, ale też z wywiadu lotniczego, od konnych zwiadowców poszczególnych oddziałów czy od jeńców sowieckich. Nad interpretacją danych musieli się już głowić sztabowcy. Informacje często były sprzeczne, szczególnie gdy pochodziły z różnych szczebli dowodzenia. Sowieccy dowódcy niższego szczebla Flotylli Dnieprzańskiej skarżyli się np. swemu zwierzchnikowi, że głodni, obdarci i schorowani żołnierze nie mają najmniejszej ochoty do walki. Zwierzchnik depeszował z kolei „naczalstwu”, że nastroje w oddziałach są wyśmienite i wojsko aż się rwie do dalszych bojów o wyzwolenie światowego proletariatu.