Nawet najbardziej optymistyczne scenariusze mówią, że do końca XXI w. temperatura na Ziemi podniesie się o co najmniej 2°C, a poziom mórz wzrośnie o 30–40 cm. Te mniej przyjemne prognozy klimatyczne brzmią dużo bardziej dramatycznie. Skrajny wariant to skok temperatur o 4–5°C. O ile wtedy podniosłyby się oceany? Odpowiedź na to pytanie przedstawił kilka tygodni temu Anders Levermann z Poczdamskiego Instytutu Badań nad Zmianą Klimatu.

Na podstawie danych z przeszłości i symulacji komputerowych Levermann wyliczył, że wzrost temperatury na Ziemi o 1°C prowadzi do podniesienia się poziomu mórz o 2–3 m. Nie, nie od razu. I nawet nie w ciągu jednego stulecia, lecz w perspektywie 2000 lat. Jeśli więc podwyższymy temperaturę na globie aż o 4°C, to w ciągu następnych dwóch tysiącleci morza podniosą się o 9 m. – Zainicjujemy globalny potop, który pochłonie wiele krain i kultur – mówi naukowiec, jeden z autorów kolejnego, piątego już raportu Intergovernmental Panel on Climate Change (IPCC – Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatycznych) z września tego roku.

Oczywiście na pierwsze efekty inwazji mórz nie trzeba będzie czekać aż dwa tysiące lat. Ledwo wystające znad wody wysepki na Pacyfiku już toną. Potem kolej przyjdzie na wybrzeża nękane sztormami i cyklonami, takie jak delta Missisippi, Gangesu, Irawadi czy Mekongu. Woda zaleje także między innymi Florydę i Holandię.

Jak postępować – bronić się przed potopem czy też zawczasu się ewakuować? Na razie nikt poważnie nie bierze pod uwagę drugiego wariantu. Ludzie gromadzą się na nizinach nadmorskich: ponad połowa puchnącej populacji Homo sapiens mieszka nie dalej niż 200 km od brzegu. Aglomeracje nadmorskie rosną jak na drożdżach. W wielu krajach 70–80 proc. ludności mieszka niemal na poziomie morza. Tak jest m.in. w Japonii, Wietnamie, Indonezji, Tajlandii, Bangladeszu, Chile, Holandii oraz w strefie Morza Karaibskiego. W Chinach dwie trzecie ludności – około 800 mln ludzi – żyje w jedenastu nadmorskich prowincjach. Na Florydzie, której dwie trzecie terytorium leży na wysokości do 3 m n.p.m., w 1950 r. mieszkało 3 mln ludzi, w 1980 r. – 10 mln, a w 2012 r. –  20 mln.

Nowy Jork daje przykład

O gremialnej ucieczce znad mórz nie ma więc na razie mowy. Co zatem pozostaje? Poszukiwanie nowych sposobów zatrzymania nadchodzącej wielkiej fali. Niedawno Nowy Jork dał przykład innym, jak bronić się w XXI w. przed potopem. W połowie tego roku przedstawiono tam punkt po punkcie setki kroków, które należy podjąć, aby pod koniec stulecia miasto mogło się oprzeć coraz wścieklejszym uderzeniom atlantyckich sztormów.

Nowy Jork to jedno z największych i najgęściej zaludnionych miast nadmorskich na świecie. Blisko 8,5 mln mieszkańców żyje na obszarze tylko półtora razy większym od Warszawy. Jesienią zeszłego roku aglomerację nad Hudsonem upokorzył huragan Sandy. Pchnięte przez niego fale wysokości ponad 3 m
zniszczyły brzegi i wdarły się na ląd, powodując straty oszacowane na 19 mld dolarów. 

Nowojorczycy nie mają zamiaru czekać na kolejne uderzenie oceanu z założonymi rękami. W połowie 2013 r. grupa naukowców na prośbę burmistrza miasta Martina Bloomberga opublikowała raport opisujący w jaki sposób trzeba przygotować Nowy Jork na koncert żywiołów oceanicznych i pogodowych (do którego Sandy stanowiła tylko uwerturę). Badacze założyli, że do końca stulecia poziom Atlantyku u wybrzeży Ameryki Północnej może się podnieść nawet o 120 cm. – Ryzyko powodzi sztormowych podobnych do tej wywołanej przez Sandy wzrośnie pięciokrotnie – prognozuje Klaus Jacob z Columbia University, jeden z autorów raportu.

20 mld dolarów, które na początek proponują wydać naukowcy, wystarczyłoby na dekadę. Potem trzeba byłoby poszukać kolejnych funduszy. Część poszłaby na typowe budowle techniczne – betonowe bariery, wały przeciwpowodziowe, falochrony. Raport przewiduje też usypanie od strony oceanu znacznie większych wydm i bardziej stromych plaż, aby lepiej broniły lądu. Ale to dopiero początek długiej listy propozycji. Najciekawsze są te, które czerpią inspirację z samej natury.

Jeden z pomysłów polega na przywróceniu bagnistych mokradeł w nowojorskich zatoczkach i lagunach. Jeszcze sto lat temu takie mokradła były tu liczne, ale potem zaczęły przeszkadzać szybko rozwijającemu się miastu, więc je osuszono i częściowo zasypano. Teraz okazuje się, że potrafią świetnie absorbować uderzenie fali sztormowej.