Spójrz na siebie życzliwie i bez osądzania

W bestellerowym „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert opisuje moment, w którym jej bohaterka – a mówiąc wprost, ona sama – po rozstaniu z mężem wyrusza w podróż i znajduje się w Rzymie. Tam, oddaliwszy się od tak zwanych ciężarów dnia codziennego, będąc w podróży, czyli trochę nigdzie, liżąc rany po zakończonym związku, zaczyna zadawać sobie proste i nowe dla siebie pytanie: „Co w tej chwili sprawiłoby mi największą przyjemność?”. Pytanie jest proste, a że zadająca je jest we Włoszech, odpowiedzi łatwo przychodzą do głowy – spacer, kawa, pizza.

Czasami jednak jesteśmy tak zajęci dogadywaniem się z innymi, zaspokajaniem ich potrzeb, albo – nie mniej często – ustawianiem się na pasach wyścigowych i startowaniem w różnych zawodach, w których zwycięstwo niekoniecznie przyczynia się do naszego szczęścia, że nie zatrzymujemy się, żeby sprawdzić, co jest nam miłe. „Co u ciebie?” – pytamy przyjaciółek i przyjaciół. „Co w szkole?” – pytamy dzieci (chociaż świat nie zna pytania o bardziej przewidywalnej odpowiedzi niż to ostatnie). Ale czy wiemy, co u nas? Poza tym, że „wszystko dobrze”?

Dogadanie się ze sobą to przyjrzenie się sobie – można to robić w wersji full wypas, w gabinecie terapeutycznym czy na sesjach coachingowych, czyli de facto płacić zawodowcom, żeby ułatwiali nam to przyglądanie się sobie i pomagali prowadzić naszą wewnętrzną rozmowę.

Jeśli komuś z jakiegokolwiek powodu nie po drodze z terapią czy coachingiem, można wypracować bardziej chałupniczą, mniej uroczystą, a bardziej codzienną wersję – spokojne, codzienne, życzliwe pytania kierowane ku sobie; pytania o to, jak się czuję, czego mi potrzeba, na co mam ochotę, a co mi nie służy, dlaczego zawsze zaczyna mnie boleć brzuch po rozmowie z tą podobno życzliwą mi koleżanką, jak się czuję, kiedy w poniedziałek rano otwieram oczy z myślą o tym, że idę do pracy. Ten krok w dogadywaniu się ze sobą to życzliwe spojrzenie, bez korygowania, osądzania, wychowywania siebie na kogoś innego niż jesteś.

Kiedy się tak zaczniemy przyglądać, łatwo możemy odkryć, że odpowiedzi na pytania o uczucia, potrzeby czy choćby zachcianki bywają niejednoznaczne, sprzeczne – wydają się czasem wręcz odpowiedziami od różnych osób.

Wiedzieli o tym zmyślni twórcy tak zwanego uciekającego budzika, który nie tylko wydaje z siebie dźwięki, ale też ucieka przed nami po całym pokoju. Osoba, która wieczorem nastawia budzik, świadoma swojego złożonego z ważnych powinności grafiku, i osoba, która podnosi niechętnie powiekę o szóstej trzydzieści, to, wbrew pozorom, nie jest ten sam człowiek – a jeśli nawet, inne powodują nim motywy.

 

Głos dyscyplinującego rodzica

Wielokrotnie stajemy na rozdrożu między powinnością a przyjemnością. Toczymy wojnę, którą można określić, idąc za tytułem szesnastowiecznego obrazu Pietera Bruegla, „wojną postu z karnawałem”. Mamy w sobie różne potrzeby, różne motywy i różne warstwy. Składamy się z różnych głosów, także takich, które uwewnętrzniliśmy, czyli zaprosiliśmy do środka, chociaż kiedyś, kiedy byliśmy młodsi albo całkiem mali, były głosami zewnętrznymi.

Jest więc w nas – tak twierdził Freud – struktura zwana przez niego superego, którą można by w uproszczeniu sprowadzić do uwewnętrznionego głosu rodziców czy opiekunów, ale też społeczeństwa, kultury, tego, co odczytaliśmy jako wymogi i co sami sobie, już jako dorośli ludzie, nakazujemy, czego od siebie oczekujemy i oceniamy się źle, kiedy nie dotrzymujemy słowa. „Musisz to dzisiaj skończyć!” – mówi ci w głowie ten głos, kiedy o siódmej wieczorem padasz na nos nad nudnym raportem. „Nie wypada!” – karci, kiedy ziewasz na zebraniu.

Łokcie ze stołu, nóżki razem, panie przodem, chłopaki nie płaczą. Głos superego pomaga nam nie sięgnąć po trzynaste ciasteczko, gapiące się na nas prowokacyjnie z tacy w firmowej kuchni, nie wymięknąć na siłowni, przebiec dodatkowy kilometr w lesie, skasować bilet w tramwaju, chociaż wysiadamy na następnym przystanku i wagon jest pusty. Pozwala nam też odnajdować w sobie siłę w dużo bardziej dramatycznych okolicznościach, kiedy nakazujemy sobie na przykład, z miłości, ale też w poczuciu moralnego obowiązku, opiekować się obłożnie chorym bliskim, czy kiedy, narażając własne życie, próbujemy uratować cudze.

Jeśli ten głos jest w równowadze z innymi, jest bezwzględnie potrzebny. Jeśli jednak staje się najgłośniejszym, dominującym głosem, nasz wewnętrzny świat będzie przypominał wojsko, a my będziemy jak karni żołnierze stający na baczność, maszerujący grzecznie i wykonujący pompki, w efekcie stając się swoim wrogiem.

W filmie „American Beauty” sąsiad głównego bohatera, wojskowy, rzuca się na swojego syna i bije go do krwi po tym, jak zorientował się, że chłopak bez pozwolenia wszedł do jego gabinetu. „To dla twojego dobra!” – mówi, kiedy syn leży pobity na podłodze. „Nie masz szacunku dla cudzych rzeczy.Nie masz szacunku dla władzy. Nie możesz chodzić po świecie i po prostu robić tego, na co masz ochotę. Tak nie wolno! Są pewne zasady w życiu! Potrzebujesz struktury i dyscypliny!”.

Zdecydowana większość z nas nie poddaje siebie tego rodzaju przemocy, ale kiedy popatrzymy na to, jak spędzamy nasze dni, często zobaczymy, jak wiele jest tego, co sobie narzucamy w imię dyscypliny i zasad. Nie jest to jednak, na szczęście, nasz jedyny głos.