W warunkach liberalnej demokracji mało co jest tak niepopularne jak wojna. Politycy, którzy chcą użyć siły zbrojnej, muszą sporo się nagłowić, aby dopiąć swego. Stosują w tym celu różne metody, np. przyrównują nieprzyjaciela do Hitlera i używają neutralnych lub mających pozytywne konotacje pojęć jak „operacja humanitarna” lub „misja stabilizacyjna”. Mówią też o „inwazji” lub „interwencji” zamiast o „agresji”.

UCZĄC SIĘ Z I WOJNY

Współcześni propagandyści czerpią z doświadczeń mistrza manipulacji – Adolfa Hitlera, który już w 1924 r. zauważył, że „dopiero podczas wojny stało się jasne, jak niezwykłe rezultaty można osiągnąć dzięki umiejętnemu wykorzystaniu propagandy”. To właśnie on skierował tę „sztukę” na nowe tory. Z szacunkiem i ciekawością ambitnego ucznia podchodził do działań propagandystów państw Sprzymierzonych w czasie I wojny światowej. „Niemieckich żołnierzy ukazywano jako okrutne potwory, którym bliżej do zwierząt niż ludzi” – przypomina historyk dr Thomas Weber ze szkockiego University of Aberdeen. Inny historyk Barry Strauss dodaje: „brytyjska prasa zaczęła Niemców określać mianem Hunów, co było nawiązaniem do azjatyckiego plemienia, które zaczęło napadać na Europę w IV stuleciu. Pojawiły się historie o niemieckich żołnierzach pożerających belgijskie noworodki. Opowieści te były szybko podchwytywane i powielane przez inne magazyny, chociażby amerykańskie”. Jak zauważył w „Mein Kampf” Hitler, „propaganda powinna odwoływać się przede wszystkim do emocji”. „Zdolność pojmowania przez masy treści politycznych jest bardzo ograniczona”, dlatego „skuteczna propaganda musi ograniczać się do niewielu punktów, które z kolei muszą być lansowane w formie sloganów tak długo, aż każdy zrozumie, co przez ten slogan chce się powiedzieć” – punktował.

CZEKANIE NA ATAK

Prawdziwe mistrzostwo w usprawiedliwianiu stanowiących casus belli (przyczynę wojny) osiągnęli politycy amerykańscy. Doskonale manipulują opinią publiczną. Istnieje wiarygodny pogląd, że prezydent Franklin D. Roosevelt wiedział o przygotowywanym japońskim nalocie na Pearl Harbor (1941) lub przynajmniej podejrzewał, że do niego dojdzie. Opinię taką wyraził choćby kontradmirał Frank Edmund Beatty Jr., który w momencie ataku był doradcą sekretarza ds. marynarki wojennej. „Było dla mnie jasne, że chcemy zepchnąć Japonię do narożnika. Uważam, że zarówno prezydent Roosevelt, jak i premier Churchill chcieli wciągnąć Stany Zjednoczone do wojny” – stwierdził.

Z kolei David F. Schmitz w biograficznej książce cytuje słowa Henry’ego L. Stimsona, sekretarza stanu ds. wojny. Tuż przed atakiem na Pearl Harbor zapisał w swym dzienniku: „Wojna to kwestia czasu. Pozostaje kwestią otwartą, jak wmanewrować Japończyków, by to oni pierwsi zaczęli”. Po co aż tyle zachodu, by to nieprzyjaciel zaatakował? Prezydent Roosevelt chciał w ten sposób wywołać szok. Uderzenie Japończyków było na tyle mocne i bolesne, że cały naród, który od 1939 r. stanowczo opowiadał się za neutralnością, od razu poparł wojnę. 

Bez Pearl Harbor nie byłoby inwazji Amerykanów na Europę. Alianci już raz skorzystali z takiego fortelu. Gdy w 1914 r. wybuchła I wojna światowa, USA prowadziły politykę izolacjonizmu, czyli unikania zaangażowania w sprawy na półkuli wschodniej. Prezydent Woodrow Wilson chciał jednak włączyć swój kraj w globalny konflikt. Musiał tylko jakoś przekonać opinię publiczną, a także Kongres. Winston Churchill (wówczas brytyjski Pierwszy Lord Admiralicji) znalazł sposób: atak niemieckiego okrętu podwodnego. Pisał w prywatnej korespondencji: „To niezwykle ważne, aby ściągnąć do naszych wybrzeży jakiś neutralny statek. Wówczas może uda się wciągnąć do wojny przeciwko Niemcom Stany Zjednoczone”. Tak się stało: ofiarą niemieckiego u-Boota był liniowiec RMS „Lusitania”, płynący pod brytyjską banderą, ale z Amerykanami na pokładzie. Po tym incydencie Stany Zjednoczone włączyły się do wojny. Przypadek?

 

OSTRZAŁ, KTÓREGO NIE BYŁO

Podobny manewr Amerykanie zastosowali, aby zaognić wojnę wietnamską. W sierpniu 1964 r. poinformowano opinię publiczną o dwóch niesprowokowanych atakach marynarki wojennej Wietnamu Północnego na amerykańskie niszczyciele USS „Maddox” oraz USS „Turner Joy” w Zatoce Tonkińskiej (oba znajdowały się blisko wietnamskiego wybrzeża).

Donoszono o gwałtownej wymianie ognia. „Załoga »Maddoxa«, po tym jak została zaatakowana, odpowiedziała ogniem. Okręt pędził z maksymalną prędkością, ale nieprzyjaciel miał przewagę. Po kilku godzinach radary wykryły kolejne obce jednostki – pisał magazyn „Life”. – Zarówno »Maddox«, jak i »Turner Joy« znalazły się pod zmasowanym ostrzałem torpedowym. Oba okręty zdołały go uniknąć, a następnie się wycofały”.

Prezydent Lyndon Johnson przemówił do narodu, informując o „kolejnych wrogich działaniach przeciwko Stanom Zjednoczonym, które wymagają zbrojnej odpowiedzi”. Kongres uprawnił go do użycia siły. Efektem była długoletnia wojna w Wietnamie. Po wielu latach amerykańscy politycy przyznali, że raporty wyolbrzymiały incydenty w Zatoce Tonkińskiej. Szczególnie jeśli chodzi o domniemany najcięższy ostrzał z 4 sierpnia.

„Nie doszło do żadnego ataku – jasno stwierdzał raport Narodowej Agencji Bezpieczeństwa z 2005 r. – Marynarka Wietnamu Północnego nie była zaangażowana w żadne działania bojowe tamtej nocy”.

AFERA Z INKUBATORAMI

Klasycznego przykładu manipulacji prowadzącej do wojny dostarcza konflikt w Zatoce Perskiej (1990–1991). Misterny plan, którego celem było uzyskanie trwałych przyczółków na Bliskim Wschodzie przez USA, składał się z dwóch połączonych ze sobą elementów. Po pierwsze chodziło o sprowokowanie Saddama Husajna do agresji na niewielki Kuwejt, aby dać Waszyngtonowi casus belli. W tym celu, kilka dni przed wojną, z irackim dyktatorem spotkała się w Bagdadzie amerykańska ambasador April Glaspie.

Gdy Husajn wyjawił, że planuje atak, nie zaoponowała, lecz stwierdziła: „USA nie mają stanowiska w sprawie arabskich konfliktów”. Strona amerykańska podkreśliła też, że Waszyngton nie podpisał żadnego porozumienia obronnego z Kuwejtem. Husajn połknął haczyk i, uznając, że ma ciche poparcie Białego Domu, rzucił swoją armię na maleńki Kuwejt, który zdobył po kilku godzinach.

Glaspie nigdy nie przyznała, czy otrzymała zadanie sprowokowania Husajna, czy też źle odczytała jego intencje. Pod ostrzałem pytań dziennikarzy palnęła w swej obronie, że „nie spodziewała się, że Irak zajmie cały Kuwejt”. Prawdy zapewne nigdy nie poznamy. Wiadomo jednak, co wydarzyło się później.

Waszyngton zaczął przekonywać sąsiednią Arabię Saudyjską, że agresja ze strony Iraku to kwestia czasu. Ponoć pokazywano saudyjskiemu królowi zdjęcia satelitarne mające go przekonać, że Husajn chce zaatakować jego kraj. Efekty były natychmiastowe. Saudowie wyrazili zgodę na rozpoczęcie operacji „Pustynna Tarcza” (sierpień 1990 r.), w której ramach na terytorium tego państwa znalazło się kilkaset tysięcy amerykańskich żołnierzy. Bliskowschodni przyczółek zostały zdobyty i to na lata (co najmniej do 2003 roku, kiedy to Rijad nakazał Amerykanom wyjechać).

Drugim elementem manipulacji było przekonanie amerykańskiej opinii publicznej, że wojna jest konieczna. Rozpoczęła się ostra kampania propagandowa. Rozgłaszano, że Irakijczycy masowo okradają domy Kuwejtczyków (w praktyce znaczny odsetek przestępstw należało przypisać pracującym tam obcokrajowcom z Azji), a także upubliczniano zeznania świadków. Minister zdrowia Kuwejtu stwierdził, że „iraccy żołnierze ukradli całe wyposażenie szpitala. Przez ich działalność życie straciło 22 niemowląt”.

Jednym ze świadków była Najira – kuwejcka pielęgniarka, która przed amerykańską komisją kongresową złożyła wstrząsające zeznania. „Do szpitala wpadli iraccy żołnierze – mówiła. – Wbiegli do pomieszczenia z inkubatorami. Wyjęli 15 noworodków, ukradli inkubatory, a niemowlęta zostawili na podłodze, by umarły”. Informacja dotarła do wszystkich Amerykanów. Dziennikarka śledcza Susan Trento kilka lat później wyjawiła dlaczego: „Zajmująca się sprawą firma marketingowa przysłała na przesłuchanie własną ekipę filmową. Później zmontowano film, który rozesłano błyskawicznie do mediów. Około 53 mln Amerykanów obejrzało łzawe zeznania na antenie stacji ABC”.

Amerykanie byli zszokowani. Politycy również. Kongresman John Porter przyznał, że był porażony „brutalnością, nieludzkością i sadyzmem” agresorów. Kilku polityków odniosło się do słów pielęgniarki, domagając się uderzenia na Irak. Prezydent George H. W. Bush odnosił się do zeznań Najiry dziesięciokrotnie… Kongres przegłosował rezolucję i ruszyła machina wojenna. Koalicja międzynarodowa wypchnęła wojska Husajna z Kuwejtu, a na Irak nałożono potężne i bolesne sankcje gospodarcze.

Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw, że Najira nie była pielęgniarką, lecz córką kuwejckiego ambasadora w USA. Cała historia została zmyślona, by sprowokować Amerykanów do wojny. Cel został osiągnięty. Podobnie rzecz się miała podczas drugiej wojny przeciw Irakowi w 2003 r., kiedy to przekonano świat, że Husajn ma broń masowego rażenia, mogącą doprowadzić do zniszczenia europejskiego miasta…

 

CZECZEŃSKI HORROR

Jeżeli ktoś myśli, że celowe prowokacje to domena wyłącznie Amerykanów, jest w błędzie. Specjalista od Kaukazu i obrońca praw człowieka Aleksandr Czerkasow oraz historyk Dmitrij Gruszkin nie zostawiają złudzeń, że „obie wojny czeczeńskie zostały sprowokowane, by doprowadzić do wzmocnienia władzy federalnej”.

Poza przyczynami geostrategicznymi (chęć uniknięcia rozpadu Rosji i konieczność spacyfikowania krnąbrnej republiki) oraz gospodarczymi (surowce energetyczne) chodziło też o wizerunek prezydenta Borysa Jelcyna. „Od początku parł do rozwiązania siłowego – uważa prof. Matthew Evangelista z Cornell University. – Doradcy Jelcyna optowali za krótką i zwycięską wojną, aby poprawić notowania popularności”.

Wojna okazała się jednak klęską. Wojska rosyjskie zostały rozbite, a następnie wciągnięte w krwawy i długotrwały konflikt (1994–1996). Jelcyn stracił resztki poparcia, a następnie – także z powodu stanu zdrowia – musiał zrezygnować ze stanowiska. Mimo to następca Jelcyna, prezydent Władymir Putin, również postanowił użyć Czeczenii jako pretekstu do poprawy swoich sondaży.

Potrzebny był jednak pretekst. Należało przekonać opinię publiczną, że ponownie wkraczając do Czeczenii, wojska rosyjskie bronią się, a nie atakują. W 1999 r., kilka miesięcy po dyskusjach w Moskwie na temat potrzeby przeprowadzenia inwazji, w paru miejscach kraju doszło do tajemniczych eksplozji. Niemal 300 osób zginęło… Było to jak deklaracja wojny. Prezydent Putin przystąpił do akcji. 

MILOSEVIĆ JAK HITLER

Sprawdzone mechanizmy zostały użyte również w trakcie wojny w Kosowie w 1999 r. Pierwszym etapem manipulacji było przekonanie zachodnich społeczeństw o manichejskim charakterze konfliktu: z jednej strony biedni i niewinni Albańczycy, a z drugiej – krwawi Serbowie. Slobodan Milosević został ochrzczony nowym Hitlerem.

Celowo ignorując zbrodnie Albańczyków na Serbach, podkreślano, że Serbia jest agresorem. „W Kosowie zaginęło około 100.000 mężczyzn w wieku poborowym. Być może zostali zamordowani” – mówił amerykański sekretarz obrony William Cohen. Wtórował mu brytyjski premier Tony Blair, wspominający o ćwierci miliona ofiar. W kampanię włączył się prezydent USA Bill Clinton, pytając retorycznie: „Ile istnień ludzkich, ilu Amerykanów zostałoby ocalonych, gdyby w swoim czasie posłuchano Winstona Churchilla i wcześniej przeciwstawiono się Hitlerowi?”.

I tak przekonano opinię publiczną, że Kosowo to nowa Bośnia i Hercegowina. W tej atmosferze łatwiej było o interwencję NATO, notabene niezgodną z prawem. Osiągnięto jednak cele polityczne: oderwano Kosowo, osłabiając tym samym prorosyjską Serbię.

Clinton natomiast uratował swoją karierę, ponieważ wojna odsunęła widmo usunięcia go ze stanowiska za aferę z Moniką Lewinsky. Każdy – poza Serbią – był zadowolony. A to, że wymieniane liczby ofiar były mocno (nawet dwudziestokrotnie) przesadzone? To już nikogo nie interesowało. W końcu – jak powiedział amerykański senator Hiram W. Johnson w 1917 r. – „na wojnie zawsze pierwszą ofiarą jest prawda”.