Była taka chwila. Człowiek jest głodny, brudny, nie ma gdzie spać i czuje się szczęśliwy. To jest wolność. Straszono, że nie będzie można dojechać do Krakowa. Bo jedzie tam tłum. A pociąg był puściusieńki. Siedziałam w przedziale sama. Chyba z 6 godzin, bo wtedy jeszcze z Warszawy jeździło się do Krakowa przez Kielce.

Kiedy?

W czerwcu 1979 roku. Pojechałam w białych spodniach. Jak głupia. W jednej bluzce. Wysiadłam na dworcu w Krakowie. Pusto, a dalej grupa rozśpiewanych studentów z transparentem „Niech żyje Papież”. Potem szpaler z 50 milicyjnych okratowanych suk. Coraz więcej ludzi i znowu milicja. Pełno milicji, jak potem w stanie wojennym. A jeść, jeść się chce jak cholera. Wtedy nie było tanich knajpek. Weszłam w jakąś bramę przy kościółku Na Skałce. Ławy ustawione, obok stołki. Usiadłam, dostałam herbatę z preclem. I wiesz, co było najbardziej niesamowite? To było patio, gdzie cichutko krzątały się siostrzyczki, suszyła się bielizna, a gołębie spokojnie przysiadały sobie to tu, to tam. Miałam wrażenie, że znalazłam się w innym świecie. Czuło się te dwa tysiące lat Historii. Coś, co było i jest. Trwa. A reszta? To tylko nieważne epizody.

A papież?

Wylądowałam na rynku w tłumie. Siedzieliśmy na ziemi, ja w białych spodniach, godzina 22, może 23. Piosenki, gitara. Biegaliśmy do Kurii na Franciszkańską 3 pokrzyczeć, że kochamy papieża i „zostań z nami”. A papież wychodził co jakiś czas i mówił: „Idźcie spać, papież chce spać”. To my na Rynek pośpiewać. I wiesz, co myślałam? Głodna potwornie, brudna, nie ma gdzie spać, siusiu się chce, a ja myślałam sobie: „Boże, jest super!”. Byłam wolna. O drugiej w nocy zabrali mnie poznani na Rynku PAP-owcy i odstąpili własne łóżko. Drugą noc przespałam u matki koleżanki, trzecią w hotelu u znajomych dziennikarzy. Papież wyjeżdżał. O dostaniu się na lotnisko nie było mowy. Wpadłam do hotelu Cracovia, gdzie wystawiono telewizor. Usiadłam na schodach. Papież jest już na lotnisku, oficjele podają mu rękę. I tylko jeden pilot przyklęka i całuje go w pierścień. Wyściskałabym go za to. A dziś? Dziś brakuje mi, by ktoś tego nie zrobił.

Dlaczego?

Bo nie lubię, gdy jest pod sznurek. Wolę rozmaitość. Jak wszyscy podnoszą rękę i mówią „Tak mi dopomóż Bóg”, czekam, by ktoś milczał.

Pod sznurek znaczy podejrzanie?

Tak. Bo wygląda jak spełnianie czyichś poleceń lub oczekiwań. To takie tłumne zachowywanie, pozbawione refleksji. Siedzę więc na schodach, patrzę w telewizor i płaczę w głos. Górale śpiewają: „Góralu, czy ci nie żal?”. Oczywiście, że żal! Krzyczą: „Zostań z nami!”. I nagle po schodach hotelu zaczynają zbiegać zagraniczni dziennikarze z walizeczkami. A wśród nich taki Anglik rudawy z malutką maszyną do pisania. Moim marzeniem. Podbiega do telewizora i mówi: „Bye- -bye, Papa”. I wychodzi do autokaru. I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że żyję w świecie, który nie ma żadnych połączeń z rzeczywistością rudawego Anglika, że jego świat jest dla nas niedostępny. I my, Polacy, nigdy do niego nie wejdziemy.

Rudawy był zwykłym kolekcjonerem wrażeń?

On był normalnym, profesjonalnym dziennikarzem. Miał obowiązek redakcyjny obsłużyć wizytę papieską. Zrobił robotę i wyjeżdżał następnym prawdopodobnie samolotem. A ja, co? Dziennikarz, któremu nawet nie wolno było tu być, bo nie ma pozwolenia z redakcji.

Uciekła z niej Pani?

Tak. Z tygodnika „Kultura”. Wtedy akredytację na pielgrzymkę papieską dostawali dziennikarze, którym można było powierzyć także dodatkowe zadania, np. pilnowanie jakiegoś korespondenta zagranicznego i donoszenie, co robił. Mało kto z uczciwych dziennikarzy chciał być więc akredytowany. Jednak ktoś musiał. Po powrocie z Krakowa na zebraniu redakcyjnym okazało się, że wizytę miał obsłużyć nasz pierwszy sekretarz POP. Doskonale wiedziałam, że nie było go w Krakowie, ale z ciekawością słuchałam, jak usiłował zdać relację z papieskiej wizyty. Bardzo się mordował, ale mu nie przeszkadzałam. Po zebraniu podeszłam do jednego ze swoich szefów i powiedziałam: „Jeżeli pan chce wiedzieć, jak było, mogę opowiedzieć”.

Dlaczego Pani się nie bała?

Nawet gdyby wyrzucono mnie z „Kultury”, to tej wolności, której dotknęłam, już nikt nie był w stanie mi zabrać. Ale nikt mnie nie wyrzucił. Jedyna rzecz, którą można w sobie uratować, jest tu – w środku. I to jest największa wartość, jaką człowiek ma. Niezależność. Taka wizyta już nigdy zresztą się nie powtórzyła. Na Skałce papież był pół metra ode mnie. Jakiegoś dzieciaka, który wdrapał się na mur, chwycił za czuprynę i powiedział: „Mały, bo spadniesz”. To było niesamowite. I jeszcze jedno. Nie mogę powiedzieć, że jestem osobą wierzącą, ale Jan Paweł II był mi bardzo bliski. Był zwiastunem wolności. Fajnym facetem. Nie chodzi o to, że był Polakiem. Był iskierką nadziei, możliwością wyjścia na świat.

Kim jest dla Pani teraz?

Niestety, być może to jego choroba spowodowała, że kilka rzeczy, które zrobił, mi się nie podobały. Pierwsze moje otrzeźwienie przyszło wraz z jego wizytą w Afryce, gdzie mówił, że absolutnie nie wolno używać środków antykoncepcyjnych i prezerwatyw i jednocześnie pochylał się nad chorymi na AIDS. Cóż. Był człowiekiem dogmatu, bo inaczej nie byłoby w nim tak totalnej wiary, a ta zawsze wiąże się z pewnymi ograniczeniami. Pomoc chorym tak, środki antykoncepcyjne – nie i koniec. Dogmat to dogmat. Nie podoba mi się też, że nie istnieje w Polsce miasto, gdzie nie ma ulicy jego imienia. I że tyle jest jego pomników... To są kicze, ale on nie trzasnął pięścią, więc wyraził zgodę na to, by powstawały już za jego życia. Nie powiedział też dokładnie, co myśli o Radiu Maryja.

Wymigał się.

Raz jedyny na samym początku przywitał ich, co do dziś puszcza Radio Maryja jako swoją wizytówkę. Potem nigdy nie zareagował i nie powiedział, że nie wolno namawiać ludzi do nienawiści, tak jak mówił nam i światu w 1979 r.


Teresa Torańska - Zasłynęła przetłumaczoną na 13 języków książką „Oni” – zbiorem wywiadów przeprowadzonych w czasie stanu wojennego z przedwojennymi komunistami kształtującymi powojenną Polskę. Publikuje w „Dużym Formacie”.