Nieżyjący już szef gangu pruszkowskiego Andrzej K.  ps. Pershing zabiegał o jego przyjaźń i życiowe rady. Studenci prawa piszą o nim prace magisterskie, uczelnie prześcigają się w organizowaniu konferencji naukowych z jego udziałem. Media już dawno okrzyknęły go najsłynniejszym polskim jasnowidzem. Krzysztof Jackowski, bo o nim mowa, w poszukiwaniu osób zaginionych odnalazł sens życia.


Nie jest nieomylny, chociaż już kilka lat temu w Japonii w telewizyjnym show z udziałem osób o zdolnościach paranormalnych z całego świata udowodnił, że w tym gronie to właśnie on jest bezkonkurencyjny. Tymczasem polska policja, której od lat pomaga, oficjalnie wciąż wątpi w jego przydatność. Dla wielu funkcjonariuszy jest hochsztaplerem, któremu tylko czasem przypadkowo coś się udaje.


Rozmawia z duchami


Po raz pierwszy spotkaliśmy się siedem lat temu, kiedy towarzyszyłam z kamerą dwóm kobietom rozpaczliwe poszukującym zaginionych mężów. Przywiozły fotografie, szczoteczki do zębów, stary szlafrok. Usłyszały od jasnowidza, że obaj nie żyją, że zostali wciągnięci w pułapkę, a potem zamordowani. Jedna z kobiet nie mogła powstrzymać łez. – Nie płacz – powiedział Jackowski. – Twój mąż nie cierpiał, miał szybką śmierć. To, że płaczesz, tylko go denerwuje, daj mu święty spokój.


– On tak zawsze, prosto z mostu? – zagaiłam Adriana, syna Jackowskiego, a on potakująco kiwnął głową. Chłopak siedział przed komputerem w tym samym pokoju, w którym ojciec rozmawiał z żonami zaginionych. Widać było, że przywykł do obecności obcych w domu.

– Ojciec jest dziwny – burknął pod nosem, cały czas patrząc w ekran. – Chodzi po domu i gada do siebie.

– A co gada?

– Różnie, czasami się kłóci.

– Sam ze sobą? Nie wierzę.

– Słowo daję! Tłumaczy się potem, że rozmawiał z duchami. Niech pani spojrzy, wszędzie walają się reklamówki z ciuchami trupów, on to wącha, przekłada z kąta w kąt. Ludzie wchodzą do ogrodu, zaglądają przez okna, pukają w szyby. Przecież tak się nie da żyć.


Spojrzałam kątem oka na ojca Adriana, był zajęty rozmową z drugą kobietą. Odniosłam wrażenie, że jest speszony, onieśmielony, jakby coś przed nią ukrywał. Poczekałam na odpowiedni moment i spytałam go, czego nie chciał jej powiedzieć.


– Mąż tej kobiety był torturowany, długo umierał – odpowiedział ze smutkiem.


Kilka lat później Krzysztof Jackowski został wezwany przez sąd jako świadek w sprawie o zabójstwo tych mężczyzn. Wiele elementów jego wizji się potwierdziło. Jeden z bandytów sugerował, że złamano tajemnicę śledztwa i że tajne informacje przekazał Jackowskiemu oficer Centralnego Biura Śledczego. Jasnowidz miał wyjaśnić sądowi, jak było naprawdę.


Jechaliśmy razem na rozprawę. Jackowski był przygnębiony, obawiał się o własne bezpieczeństwo. Lada moment miał stanąć oko w oko z gangiem znanym z okrucieństwa. Część bandy była na wolności, więc każdy na jego miejscu miał prawo się bać. W połowie drogi do Elbląga, gdzie toczył się proces, chciał zawrócić do Człuchowa... Ale na sali sądowej wszystkie emocje trzymał na wodzy. Był rzeczowy i opanowany.


Obraz pochodzi od nieżywych


Na pytanie sądu o wykonywany zawód Jackowski odpowiedział, że prowadzi działalność gospodarczą związaną z poszukiwaniem osób zaginionych.

– Skąd świadek dowiedział się o okolicznościach zbrodni? – dociekał sędzia Władysław Kizyk, przewodniczący składu orzekającego.

– Na prośbę rodziny zrobiłem wizję w tej sprawie, pozwoliło mi to ustalić szereg szczegółów, spisałem je na kartce papieru.

– Co to jest wizja? Co świadek widzi?

– Wizja to obraz, pewna myśl, przekaz, informacja.

– Od kogo jest ten przekaz?

– Czasami od żywych, czasami od zmarłych. Człowiek nawet po śmierci ma swoją energię. Ona nie ginie wraz z chwilą ustania funkcji życiowych.

– Na czym dokładnie polega jasnowidzenie? – sąd miał za zadanie ustalić (skomplikowany w tym przypadku) tzw. stan faktyczny.

– Na kradzieży cudzej myśli, pamięci, chociaż ja nie do końca rozumiem te mechanizmy – szczerze wyznał Jackowski.

– Myślę, że jasnowidzenie to po prostu telepatia.

– Skąd świadek wie, że poszukiwany przez rodzinę człowiek nie żyje?

– Ja to czuję. Kiedy mam do czynienia ze zmarłymi, odczuwam ład, spokój, nawet jeśli ta osoba zginęła makabryczną śmiercią.


Osoba żywa to chaos, szereg często sprzecznych sygnałów, z których trudno cokolwiek odczytać.

– Pamięta świadek wizję w sprawie, która jest rozpatrywana przed tym sądem?

– Oczywiście, wyraźnie czułem, że ci mężczyźni nie żyją. Pojechali po pieniądze, wciągnięto ich w pułapkę. Zabójców było kilku, przewozili tych mężczyzn białym busem...

– Czy świadek widział twarze zabójców?


Na sali zapanowała niemal grobowa cisza.

– Twarzy nie widziałem – odpowiedział po dłuższej chwili.

– Jeśli obaj mężczyźni nie żyją, to co się stało z ciałami? – pytał sędzia.

– Wielokrotnie podchodziłem do wizji, która by to wyjaśniła, ale jestem bezsilny, nic się nie sprawdziło...


Miał pan kiedyś straszny wypadek


Pierwsze zwłoki Krzysztof Jackowski odnalazł dwadzieścia lat temu. Współpracował wtedy z policjantami ze Sławna. Funkcjonariusze nie mogli odnaleźć dwóch chłopców, którzy utonęli w Jeziorze Łętowskim. Jackowskiemu udało się precyzyjnie wskazać miejsce, gdzie należy szukać ciał. Od tamtej pory odnalazł ich setki. Zadziwiające jest to, że mimo upływu lat wciąż pamięta miejsca i twarze... – Ale nie prześladują mnie po nocach – mówi z uśmiechem, uprzedzając moje pytanie.


Za swój największy sukces uważa odnalezienie ostatniej, śmiertelnej ofiary szkwału, który przetoczył się nad mazurskimi jeziorami w sierpniu 2007 roku. Z powodu gwałtownego załamania pogody życie straciło dwunastu żeglarzy. 58-letniego Józefa Lipiny z Rudy Śląskiej bezskutecznie poszukiwano od miesiąca. Tymczasem zwłoki leżały w szuwarach, zaplątane w wodorosty. Mapa nakreślona przez jasnowidza okazała się bezbłędna.


Krzysztof Jackowski z nostalgią wspomina czasy, kiedy chodził z kolegami na piwo i nie miał w głowie żadnych makabrycznych wizji. Żył jak inni, zwyczajnie, był zakochany, urodziła się jego córka Monika, po niej Adrian. Pewnego dnia siedział ze znajomym na ławce w centrum Człuchowa. Śmiał się, opowiadał o dzieciakach. Nie przypuszczał, że za chwilę zmieni się całe jego życie. Zdążył zapalić papierosa, kiedy podszedł do niego mężczyzna i poprosił o ogień. Przypalił mu więc, tamten podziękował i zaraz odszedł.

– Nagle coś się stało w mojej głowie – wspomina Jackowski. – Jakiś błysk, kłębiące się myśli. Zobaczyłem tego gościa za kierownicą. Jego samochód uderzył w wóz konny, zginął człowiek. „Boże, co to jest?” – szalałem z niepokoju. Pobiegłem za nim. „Stój pan!” – krzyknąłem. „Miałeś pan kiedyś w życiu wypadek?”. Dziwnie na mnie spojrzał. „Tak, ale to było dawno. Pan coś o tym wie?”. I opowiedział mi swoją historię: przed laty był kierowcą ciężarówki, na południu Polski, w trasie, staranował drewniany powóz, który niespodziewanie wjechał na szosę z polnej drogi, zginęła kobieta. Właśnie to widziałem chwilę wcześniej...


Z czasem zaczął widywać takie rzeczy coraz częściej, jego wizje były jak filmy fantastycznonaukowe, a on się bał, że odchodzi od zmysłów, popada w obłęd. Zwierzył się wówczas znajomemu artyście z Człuchowa. – Czytałem coś o takich rzeczach. Ludzie z takim darem jak twój patrzą na przedmiot, fotografię, skupiają się na tym i czują emanację myśli innych ludzi – pocieszał go artysta. To on namówił go na eksperyment. Zasugerował, że znajoma ma ciężko chorego syna, któremu potrzebna jest pomoc.

– Poszedłem do tej kobiety – opowiada. – Zdziwiłem się, że syna nie było w domu, a ona wcale nie wyglądała na przybitą chorobą dziecka. Dała mi fotografię i sweter chłopca. „Co ty, człowieku, robisz?” – karciłem sam siebie. Już chciałem uciekać, ale się zmobilizowałem, skupiłem i... zobaczyłem pryszcze. TYLKO pryszcze, a przecież tu chodziło o jakąś ciężką chorobę, czyli – myślałem sobie – o raka, białaczkę. Napisałem na kartce swoją wizję, bo mi przez gardło nie przechodziły te pryszcze. Już przy drzwiach, nie mówiąc o diagnozie i kartce, spytałem, co się dzieje z synem. „Wie pan, to taka wstydliwa sprawa. On jak się zdenerwuje, to dostaje jakiejś wysypki”. Wtedy zrozumiałem, że to, co kłębi się w mojej głowie, wcale nie jest obłędem.


W roli śledczego


Po latach przekonał się, że szukanie żywych nie najlepiej mu wychodzi. Co innego zmarłych, na tym polu naprawdę ma sukcesy. Tłumaczy to tak: energia jest wieczna, nawet po śmierci. Ostatni moment życia jest możliwy do odczytania przez osobę o właściwościach paranormalnych. Czas, który upłynął od śmierci, nie ma decydującego wpływu na wizję, choć zwykle łatwiej ustalić prawdę po latach, gdy rozpacz po stracie bliskich już nie zakłóca przekazu. Jackowski twierdzi, że ludzie po śmierci są logiczni, mówią do niego, ich energia wręcz krzyczy, szczególnie wtedy, gdy stali się ofiarami zbrodni: „To ten mnie zabił! On to zrobił”.


– Dzięki sygnałom od zmarłych można rozwiązać wiele tajemnic zbrodni – przekonuje. Jedna z jego wizji doprowadziła policję na wysypisko śmieci, gdzie ukryto zwłoki prostytutki. Jackowski zobaczył tę kobietę owiniętą w foliowy worek. Czuł, że pod jej ciałem był jeszcze ktoś. Przekaz był tak makabryczny, że początkowo ani rodzina, ani policjanci mu nie wierzyli, a i on sam wątpił w to, co zobaczył. Następnego dnia usłyszał: „Przeżyłam śmierć Bogdana. Wychowała mnie babcia Fredzia”. Skontaktował się z matką zaginionej dziewczyny i opowiedział jej o tym, a ona zrozumiała te słowa. – Teraz już wiem, że mówiła do mnie zamordowana dziewczyna. Ona chciała, żeby ją odnaleziono, przekazała pozornie nieistotne informacje, które uwiarygodniły moją wizję – tłumaczy Jackowski.


Policja poszła tropem wskazanym przez jasnowidza i odnalazła martwą, owiniętą w worek foliowy prostytutkę, a pod nią następne, przysypane wapnem zwłoki...


Innym razem przyjechali do Człuchowa policjanci z Będzina, przywieźli dwa worki spalonych rzeczy z mieszkania, w którym zginęła właścicielka kamienicy i pewien mężczyzna. Dla funkcjonariuszy były to tylko zwęglone przedmioty bez większego znaczenia. Dla niego – jak mówi – dwa trupy, które wręcz przekrzykiwały się informacjami o sprawcy. Śledczy podejrzewali, że ogień zaprószyli bezdomni, ale w jego wizji podpalaczem był lokator z dołu, który mieszkał „na dziko”. Poszło o rozliczenia finansowe z właścicielką kamienicy. Przypadkowo zginął mężczyzna z sąsiedztwa, który chciał ją ratować. Policjanci nie zlekceważyli tego tropu, ostatecznie wizja Jackowskiego się sprawdziła.

– Zabójca też wysyła sygnały, ponieważ zbrodnia pozostaje w nim na zawsze. Wprawdzie robi wszystko, aby wyrzucić ją z pamięci, ale jego myśli wciąż krążą wokół ofiary. Tacy ludzie jak ja po prostu to czują – przekonuje jasnowidz.


Najtrudniejsze do zinterpretowania są wizje dotyczące przestępstw popełnionych przez kilku sprawców. Ich myśli plączą przekaz, obrazy są nieczytelne, nierzadko ze sobą sprzeczne. Jeśli ofiara zbrodni nie pomoże jasnowidzowi, to z wizji nici.


Stan nieustannego zagrożenia


Obserwuję Krzysztofa Jackowskiego przy pracy. Jest sobota, przed jego domem – jak zawsze – czeka kilka osób, a jemu właśnie wysiadła skrzynia biegów w nowym samochodzie. Trzeba załatwić mechanika i transport do warsztatu, wszystko się przedłuża, a ludzie są zmęczeni czekaniem i podróżą z odległych zakątków kraju. Monika, córka jasnowidza, rozmawia z nimi, zbiera fotografie i rzeczy osobiste zaginionych. W końcu Jackowski zamyka się w swoim pokoju. Wącha przedmioty, dotyka ich, przykłada do czoła. Po chwili odchodzi od biurka, odpala papierosa od papierosa, idzie do kuchni. Tam parzy następną kawę i wykonuje kolejny telefon w sprawie samochodu. Nagle ni stąd, ni zowąd milknie, przerywa wszystko i znów zaszywa się w swoim gabinecie, spisuje coś na kartce. Zachowanie jasnowidza jest chaotyczne, wizje „przychodzą” jakby mimochodem, nie zakłócając rytmu dnia.

– Zdarzyło się panu zobaczyć twarz mordercy? – pytam.

– Raz nawet patrzyłem mu prosto w oczy.

– Podczas wizji?

– W rzeczywistości! Kiedyś przyjechał do mnie facet z Poznania, wyglądał na zrozpaczonego, mówił, że nie może odnaleźć żony. Przejrzałem go na wylot, wiedziałem, że to on jest mordercą i jedynie symuluje poszukiwania.

– Powiedział mu to pan?

– Prosto z mostu, ale on grał twardo, z ironicznym uśmiechem skwitował: „Musiałbyś to udowodnić. Kto przy zdrowych zmysłach ci uwierzy?”.

– Nie boi się pan? Przecież zabójcy mogą pana obwiniać za aresztowanie, nawet po latach mogą chcieć wyrównania rachunków...

– Nauczyłem się żyć z zagrożeniem. Mam świadomość, że ryzykuję nie tylko swoim życiem, ale też bezpieczeństwem rodziny. To cena, jaką płacę za swój dar.


Ten pan nam nigdy nie pomagał


Od rodzin zaginionych pobiera opłaty – w końcu z tego się utrzymuje. Ale od policji, która od dawna i zawsze nieoficjalnie prosi go o pomoc, nigdy nie bierze pieniędzy, nawet jeśli w środku nocy jedzie na drugi koniec Polski. Zamiast tego prosi o zaświadczenia, że jego wizje przyczyniły się do wyjaśnienia śledztwa. Pisma z nagłówkiem różnych komisariatów policji skrupulatnie zbiera w segregatorach. Półki się od nich uginają; on jest z nich dumny, bo potwierdzają, że to, co robi, ma sens.


„Wyrażam gorące podziękowania za udzieloną pomoc w sprawie zabójstwa czteroosobowej rodziny z Siennicy koło Nasielska. Informacje uzyskane od pana, dotyczące sprawców tej zbrodni w konkretny sposób uzupełniły obrane przez nas kierunki śledztwa o nieznane nam wcześniej szczegóły. Chcę także podziękować panu za dokładne wskazanie miejsca ukrywania się groźnego przestępcy (ulicy i budynku). Informacje te pozwoliły na zatrzymanie go. Z poważaniem – główny specjalista KWP z siedzibą w Radomiu” – to jedno z setek takich zaświadczeń. „Informacja jaką pan przekazał w sprawie zaginięcia dwóch chłopców z Zabrza-Biskupic oraz mapka z zaznaczeniem stawu, gdzie należy szukać ciał, okazały się prawdziwe. Właśnie tam odnaleźliśmy zwłoki obu chłopców. Z wyrazami szacunku – pierwszy zastępca komendanta miejskiego policji w Zabrzu”. I kolejne pismo: „Komisariat policji w Karlinie korzystał z pana pomocy przy poszukiwaniach zaginionego Andrzeja B., który wyszedł z domu i nie powrócił do miejsca zamieszkania. Pana szkic i opis miejsca znajdowania się zwłok pozwoliły na wyjaśnienie sprawy – z rzeki Parsęta wyłowiono ciało, które zidentyfikowano jako zaginionego Andrzeja B. Z podziękowaniem – komendant komisariatu policji w Karlinie”.


Latem ubiegłego roku Jackowski przeczytał w gazecie, że żaden jasnowidz, w tym także on (wymieniony z imienia i nazwiska), nigdy nie pomógł policji w śledztwie. Zapowiedział, że wytoczy sprawę funkcjonariuszowi, który to powiedział, do czego zresztą namawiali go prawnicy. Napisali pozew, wystarczyło dać pełnomocnictwo i skierować sprawę do właściwego sądu. Ale on zmienił zdanie, choć prawnicy pukali się w czoło: „Wygrałby pan jak nic” – mówili.

– Dlaczego pan wtedy odpuścił? – pytam.

– Co się będę z policją procesować, przecież ja nie jestem wrogiem policji, tylko jej sprzymierzeńcem. Życie pędzi dalej, mam przed sobą jeszcze wielu ludzi do odnalezienia. Nie chcę marnować czasu na tułanie się po sądach.


Następnego dnia po naszej rozmowie w gazetach ukazała się informacja, że dzięki mapce narysowanej przez Krzysztofa Jackowskiego z rzeki w Kazimierzy Wielkiej wyłowiono ciało kobiety, której policja szukała od maja ubiegłego roku. Wcześniej pisano, że w innej części Polski, w jednej rzece wskazał zwłoki dwóch osób. – Mam teraz dobry czas, chociaż wcześniej różnie bywało. W kwietniu, w ciągu tylko jednego tygodnia odnalazłem cztery ciała – mówi z dumą.


Zaraz potem trafił do szpitala, ma problemy z sercem i krzepliwością krwi. Lekarze mówią, że musi zwolnić, ale on wciąż pędzi. Chociaż coś już zmienił w swoim życiu – przestronny dom z ogródkiem zamienił na skromne mieszkanie w bloku. Znajomi dziwią się, bo przecież stać go na więcej. Ale on jest szczęśliwy.

– Trochę tu ciasno, ale zyskałem na prywatności i bezpieczeństwie, już nikt nie budzi mnie stukaniem do okna – tłumaczy i dodaje: – No i Adrian już się tak na mnie nie wkurza.