Kwintesencją zewnątrzsterowości są profile portali społecznościowych, w których roi się od promocji własnego ja oraz orientacji na opinię innych. Przypomina mi się w tym miejscu symptomatyczne graffiti Banksy’ego przedstawiające wrzeszczącego ze złości malca a nad nim symbole rodem z Facebooka: zero like’ów, zero wiadomości, zero zaproszeń do kontaktu. Podążając tym tropem, galerie zdjęć stają się towarzyską listą przebojów, która odpowiednio komentowana i lajkowana, może podnosić samoocenę, jeśli natomiast pozostaje niezauważona – doprowadza jednostkę do rozpaczy. Postawy takie, których wyrazem jest choćby wspomniana sztuka Banksy’ego – wcale nie dotyczą wyłącznie młodzieży. Są one już zupełnie powszechne wśród dorosłych. Czy nasza samoświadomość i samowiedza mają się dobrze, skoro tak bardzo potrzebujemy opinii innych?

 

Protestanci i narcyzi

Czasy jednostek wewnątrzsterownych przeminęły. Pierwowzór stanowili pierwsi protestanci. Ich światopogląd sprzyjał koncentracji na wnętrzu, ascezie, potencjale, zgodzie z sumieniem i autorefleksji. Ale z chwilą, gdy świat zaczął przyśpieszać, ludzie obrali kurs na zewnątrzsterowność. Szybsza wymiana informacji sprzyjała poznawaniu różnych opinii, światopoglądów i mód. Niezachwiany charakter zaczął ustępować elastycznej osobowości. Ludzie zaczęli przejmować się społecznym odbiorem samych siebie, stali się również bardziej emocjonalni i narcystyczni. W tym punkcie przyjemność zaczęła spychać do defensywy protestancką ascezę.

Narcyzm zewnątrzsterownych nie idzie jednak w parze z pogłębioną samoświadomością. Jeremy Rifkin w „Wieku dostępu” przytacza koncepcję współczesnego „proteusza”, człowieka, który cechuje się powierzchowną wiedzą w każdym temacie, jest przy tym mało autorefleksyjny, ponieważ jego uwaga nieustanne kieruje się na zewnątrz. Proteuszowa jaźń – mówiąc krótko – sądzi, że wie, czego potrzebuje. Od „sądzić” do „faktycznie wiedzieć” wiedzie jednak daleka droga. Staje się ona przedmiotem rozwoju osobistego.

I właśnie w tym miejscu pojawia się nisza dla profesjonalnych coachów, ale – niestety – także dla domorosłych mnichów, eremitów na pół etatu i innych hochsztaplerów gotowych zaleczać polipy w nosie siłą woli, czy dostrajać jaźń do rytmu drzew. Rozwój osobisty – jak wskazują choćby Andre Spicer i Carl Cederström, autorzy „Pętli dobrego samopoczucia” – staje się dziś nową ideologią, która – w odróżnieniu od szkół myślenia starej daty – zamienia się w przemysł, dostarcza usług szytych na miarę. A przemysł, jak to przemysł, obliczony jest na nieświadomość klienta, którego zadaniem jest przynieść zysk dostawcy.

Zewnątrzsterowne jednostki są pod tym względem daleko bardziej bezbronne. Podnoszenie kompetencji jednostki może odnieść skutek wtedy, jeśli jednostka wie, czego potrzebuje, a nie gdy słyszy o tym wyłącznie od innych. Niestety, warunki dziś panujące często nie sprzyjają budowie takiej samowiedzy. Dalsza część tekstu to krótka argumentacja na rzecz tej tezy.