Złoto i inne zabrane kosztowności zostały przetopione za zgodą urzędników Waszej Królewskiej Mości. To, co otrzymano, warte było ponad 130 tysięcy castellanos [prawie 600 kg złota – przyp. aut.], z czego piątą część przejął skarbnik Waszej Wysokości – relacjonował Hernán Cortés w swoim trzecim liście-relacji do Karola Habsburga, opisując łupy zdobyte po zajęciu Tenochtitlan 13 sierpnia 1521 roku, które miał zamiar wysłać na Stary Kontynent. Jak zaznaczył, „oprócz wspomnianego złota, zdobyte też zostały różne złote wyroby i klejnoty i piątą część najlepszych spośród nich również oddano skarbnikowi WKM. Wśród wziętych w mieście łupów było wiele złotych tarczy, rozmaitych przedmiotów z piór oraz innych rzeczy tak wspaniałych, że nie sposób je opisać ani wyobrazić sobie, jeżeli się ich nie widziało. Ze względu na ich piękno wydało mi się rzeczą słuszną niczego nie ujmować ani ich nie dzielić, lecz w całości przeznaczyć dla WKM”. 

Skarby Azteków, które kosztowały życie dziesiątek tysięcy osób, nigdy jednak nie dotarły do Hiszpanii: na ich drodze stanął pochodzący z Normandii korsarz Jean Fleury. Jego brawurowy wyczyn na Atlantyku był pierwszym tak spektakularnym sukcesem w długiej historii pirackich ataków na hiszpańskie statki wiozące bogactwa z Nowego Świata.

PERŁY, KOŚCI OLBRZYMA I TRZY JAGUARY

Przygotowanie transportu do Hiszpanii zajęło Cortésowi ponad rok. W końcu 20 grudnia 1522 roku dwa statki, obładowane po brzegi zdobyczami pochodzącymi z podbojów w Nowej Hiszpanii, podniosły kotwicę w Veracruz i obrały kurs na Kubę. Zaplanowana trasa wiodła dalej przez Azory aż do Sewilli. Lista bogactw na pokładzie przyprawiała o zawrót głowy: złote i srebrne sztabki, naczynia, biżuteria, rzeźby, maski, ozdoby, stroje ceremonialne, pióropusze… Część z nich była osobistym darem konkwistadora dla Karola V, część  stanowiła  przysługujący monarsze wspomniany podatek quinto del rey, resztę natomiast Cortés przeznaczył dla wybranych kościołów i klasztorów w Hiszpanii. 

Bernal Díaz del Castillo, autor historii podboju Meksyku, ze szczegółami opisuje wyjątkową zawartość transportu: „Było tam wiele klejnotów bardzo bogatych: perły tak wielkie jak orzeszki, liczne chalchivis – kamienie drogie jak szmaragdy, niektóre tak wielkie jak dłoń – i wiele innych, których dla ich mnogości nie potrafię opisać. Wysłaliśmy także kawałek kości olbrzyma znalezionej w jednej świątyni w Coyoacán, a także 3 tygrysy”. 

Oczywiście nie chodziło o tygrysy, ale o żyjące w Ameryce Środkowej jaguary, które zresztą przysporzyły załodze niemałych kłopotów. Jeszcze na Morzu Karaibskim dwa z nich zdołały się uwolnić i rzuciły się na marynarzy, zabijając lub raniąc w sumie dziewięć osób. Dlatego postanowiono nie ryzykować i zabić całą trójkę. Nie była to dobra wróżba dla wyprawy...

JAK ZDOBYĆ PRZYCHYLNOŚĆ KAROLA

Część z bogactw stanowił – jeśli ponownie przywołać słowa Díaza del Castillo – „skarb wielkiego Montezumy, który [potem] miał w swoim władaniu Cuauhtémoc [ostatni władca Tenochtitlan – przyp. aut.]”. Zdobywca Meksyku wysyłał w tym transporcie do Hiszpanii swoje najlepsze łupy. Skarb najpotężniejszego władcy Nowego Świata miał trafić do najpotężniejszego władcy Starego Świata. Przesłanie było jasne: Cortés liczył na to, że olśni cesarza oraz cały dwór hiszpański, i wreszcie zwróci na siebie uwagę Karola, który dotychczas niespecjalnie interesował się jego podbojami.

Pieczę nad transportem sprawowało dwóch oficerów Cortésa: szef jego osobistej straży Antonio de Quinones oraz nielubiany przez zdobywcę Meksyku, choć ceniony za męstwo, Alonso Dávila. Obaj wracali do Hiszpanii z nadanym im oficjalnie przez Cortésa tytułem prokuratorów Nowej Hiszpanii oraz misją zdobycia przychylności królewskiej dla dotychczasowych i dalszych działań konkwistadora w Ameryce. 

Za ich pośrednictwem Cortés przesyłał Karolowi cytowaną już obszerną relację z ostatnich wydarzeń, a także mapy nowych ziem. Korzystając z okazji, wielu żołnierzy Cortésa posłało listy oraz zdobyte pieniądze dla swoich rodzin na Starym Kontynencie.

OKRADZENI ŁUPIEŻCY

Pierwsza część podróży, nie licząc fatalnego incydentu z jaguarami, upłynęła dosyć spokojnie. Statki dotarły do Azorów i wydawało się, że najgorsze już za nimi. Hiszpanie mieli się jednak przekonać, że bliskość Europy dawała tylko złudne poczucie bezpieczeństwa. 

Początkiem problemów był zatarg o kobietę, w którego wyniku de Quinones został raniony. Osamotniony w dowodzeniu Dávila, usłyszawszy pogłoski o grasujących na pobliskich wodach piratach, postanowił nie ryzykować i posłać Juana Riverę wraz z relacją Cortésa oraz wybranymi artefaktami z transportu po wsparcie do Hiszpanii. 

Po wielu tygodniach przybyły w końcu na Azory trzy karawele, na które przeładowano kosztowny transport. Dávila nakazał podnieść żagle i wziąć kurs na Sewillę. Był maj 1523 r. Flotylla ze skarbem zbliżała się powoli do Przylądka św. Wincentego u wybrzeży portugalskich, gdy na horyzoncie pojawiły się żagle. Sześć francuskich statków pod komendą Fleury’ego szybko zbliżało się do Hiszpanów i nie demonstrowało przyjaznych zamiarów. Obładowane tonami kosztowności karawele próbowały ratować się ucieczką, ale udało się to tylko jednej. Dwie, wraz z całą zawartością, po nierównej walce padły łupem przeważających sił Francuzów. Ranny Quinones zginął, zaś Alonso Dávila został wzięty do niewoli i osadzony w La Rochelle, gdzie spędził ponad dwa lata, czekając na zapłacenie okupu. Trzeci ze statków zdołał bezpiecznie odpłynąć i dotrzeć szczęśliwie do Sewilli. 

 

Okruchy skarbu dostarczone na jego pokładzie oraz to, co zostało przywiezione parę miesięcy wcześniej z Azorów wraz z prośbą o wsparcie dla Quinonesa i Dávili, dały Karolowi wyobrażenie bogactw, które utracił. Fleury tymczasem, okryty chwałą zwycięzcy, zawijał właśnie ze swoją zdobyczą do ojczystego portu, złupiwszy w drodze powrotnej jeszcze jeden, przygodnie napotkany, statek hiszpański.

FRANCUZI KONTRA HISZPANIE

Wyczyn korsarza nie był pierwszym w historii atakiem francuskim na statki hiszpańskie. Historia morskich zatargów między oboma państwami sięga przynajmniej schyłku XV stulecia. 

O francuskiej armadzie czyhającej na statki hiszpańskie wspomina już Krzysztof Kolumb w relacji ze swojej trzeciej wyprawy. „Skierowałem się ku wyspie Maderze drogą rzadko uczęszczaną, aby uniknąć możliwego spotkania z flotą francuską, która oczekiwała mnie u Przylądka Świętego Wincentego. Stamtąd zwróciłem się ku Wyspom Kanaryjskim” – napisze w sprawozdaniu Kolumb. Ekspedycja rozpoczęła się w 1498 roku, a zatem wkrótce po wybuchu wojen włoskich, w których głównymi rywalami byli władcy Hiszpanii i Francji. W takiej sytuacji lepiej było unikać niepotrzebnych zatargów. 

Na ataki szczególnie narażone były statki wracające do Europy, wiozące zamorskie bogactwa: cenne kruszce, szlachetne kamienie czy drogie przyprawy. Z tego powodu stały się łakomym kąskiem dla piratów i korsarzy, którzy przez następne dekady nękali Hiszpanów po obu stronach Atlantyku, napadając nie tylko na statki oraz konwoje, ale także plądrując miasta na Wyspach Kanaryjskich i Karaibach.

FLEURY TO NIE VERRAZZANO

Jean Fleury był znany w Hiszpanii jako Juan Florín. Ze względu na fonetyczne podobieństwo jego nazwiska do Florencji, mylnie utożsamiano go z Włochem Giovannim da Verrazzano. Florencki odkrywca również służył królowi Francji Franciszkowi I, co wprowadzało dodatkowe zamieszanie. Dzisiaj już raczej nie żywimy wątpliwości co do tego, że Fleury był rodowitym Francuzem, prawdopodobnie z Honfleur. Nieznana jest data jego urodzenia. Wiadomo, że około 1520 roku był już jednym z najlepszych żeglarzy na służbie Jeana Ango z Dieppe, normandzkiego armatora i kupca (który miał się wsławić parę lat później wysłaniem ekspedycji aż na Sumatrę) oraz czołowego korsarskiego „impresaria” tamtej epoki. 

Warto przy tej okazji wyjaśnić, czym się różnił korsarz od pirata. Władcy rywalizujących z Hiszpanią krajów zdawali sobie sprawę, że kontrolowane „państwowe” piractwo może być skutecznym elementem polityki morskiej. Tak właśnie zrodziło się nowożytne korsarstwo: król i prywatny żeglarz (lub armator) zawierali kontrakt, pozwalający temu ostatniemu atakować wedle woli wrogie statki i zachować większość zdobytych łupów, korzystając zarazem z formalnej ochrony władcy. Zatem w zależności od punktu widzenia bezwzględny rozbójnik dla jednych mógł być patriotą i bohaterem dla innych. Ango i jego zuchwały kapitan z Honfleur byli właśnie takimi piratami w oficjalnej służbie Franciszka I.

ŻĄDZA PIENIĄDZA

Fleury znalazł się wiosną 1523 roku w okolicach Azorów trochę z przypadku. Wyruszył z Dieppe „na łowy” kilka miesięcy wcześniej na czele małej flotylli. Dotarłszy do zachodnich wybrzeży Andaluzji, obrał sobie za cel konwój galeonów płynący z Kadyksu na Wyspy Kanaryjskie. Francuski korsarz ścigał uparcie Hiszpanów aż do brzegów Gran Canarii, gdzie został ostatecznie zmuszony do ucieczki przez doraźnie zebraną lokalną flotyllę wojenną. Odpłynął zatem jak niepyszny na północ i zaczął szukać szczęścia pomiędzy wybrzeżem Portugalii a Azorami, wiedząc, że w tamtych okolicach ma największe szanse na obłowienie się. Intuicja go nie zawiodła. Wkrótce natknął się tam na trzy karawele ze skarbami wysłanymi z Meksyku, dzięki którym zapewnił sobie miejsce w historii.

W ojczyźnie czekało na niego nie tylko gorące powitanie, ale także sława i bogactwo. Dieppe nigdy jeszcze nie oglądało tak wspaniałych łupów. Zgodnie z kontraktem Fleury mógł zatrzymać dużą część zdobytego skarbu, za który ufundował m.in. piękne witraże w paru normandzkich kościołach. Wieść o sukcesie korsarza rozniosła się po kraju i poza jego granicami. „Cała Francja podziwiała bogactwa, jakie wysłaliśmy naszemu wielkiemu cesarzowi, a nawet sam król francuski zapałał bardziej niż kiedykolwiek żądzą udziału w wyspach i lądzie Nowej Hiszpanii” – napisze Bernal Díaz del Castillo. Jean Ango zacierał z radości ręce w nadziei dalszych zysków. 

Król Franciszek I faktycznie zainteresował się Nowym Lądem, zlecając jeszcze w tym samym roku Giovanniemu da Verrazzano zbadanie terenów na północ od dominium hiszpańskiego. Jedenaście lat później w jego ślady popłynie Jacques Cartier. 

Cortés wieść o ataku Francuzów i utracie wysłanych skarbów przyjął z zaskakującym spokojem. Dla konkwistadora utrata skarbu była dotkliwa, jednak nie niemożliwa do powetowania. Paradoksalnie ta strata mogła też pomóc rozsławić Cortésa, jego poczynania i bajeczne zdobycze w całej Europie. Natomiast dla państwa hiszpańskiego brawurowy atak francuskiego korsarza oznaczał coś więcej niż tylko utratę cennego ładunku – był jawną zniewagą. 

POSZUKIWANY

Fleury stał się najbardziej poszukiwanym korsarzem na zachód od Kadyksu. Mimo to jeszcze przez kilka lat Francuz z powodzeniem atakował hiszpańskie i portugalskie statki po obu stronach Atlantyku. Dopiero 3 października 1527 roku, trochę przez przypadek, a trochę przez własną nieostrożność, Jean Fleury został wreszcie schwytany przez grupę baskijskich galeonów. Nie przyszło im to łatwo: Francuzi bronili się zażarcie przez niemal sześć godzin, poważnie uszkadzając kilka statków przeciwników. To jednak nie było istotne – dla Hiszpanii nadszedł wreszcie słodki moment zemsty. Schwytanie okrytego czarną legendą korsarza uznano za wielki sukces. Dowodzący eskadrą baskijską Martín Pérez de Irizar zostanie później w nagrodę nobilitowany przez samego cesarza. 

 

Podczas krótkiego procesu Francuz miał się przyznać do ataków na ponad 150 jednostek hiszpańskich. Wyrok mógł być tylko jeden: śmierć. Fleury, który bezskutecznie chciał się wykupić za 30 tysięcy dukatów, z pewnością wolałby zginąć na morzu, w walce. Jednak Francuz został powieszony wraz z kompanami dziesięć dni później w Colmenar de Arenas niedaleko Toledo. Egzekucja miała odstraszyć od ataków na statki hiszpańskie. Jak się miało okazać – nieskutecznie. Jean Fleury był jedynie pierwszym z długiej listy piratów i korsarzy, którzy stali się postrachem Atlantyku przez kolejne stulecia.