Rok 2011 zaczął się od hiobowych wieści. Według danych ONZ ceny podstawowych produktów żywnościowych, do których zaliczany jest ryż, zboże, kukurydza i soja, podskoczyły po raz siódmy z rzędu. Od gwałtownych protestów przeciwko drogiej żywności, które ogarnęły kraje afrykańskie, Amerykę Łacińską i Azję, minęły już prawie trzy lata. W tym czasie ryż zdrożał o 217 proc., zboże o 136 proc., kukurydza o 125 proc., a soja „tylko” o 107 proc. Pogrążony w recesji świat stanął po raz kolejny na krawędzi globalnej rewolty. Drogie jedzenie staje się ciężarem nie do zniesienia dla dwóch trzecich mieszkańców naszej planety, którzy pracują w zasadzie tylko po to, by móc jeść – zakup żywności pochłania aż 80 proc. ich przeciętnych zarobków. Kiedy jednak biedne Południe zmaga się ze staroświeckim widmem głodu, uginająca się od przesytu cywilizacja Północy wyrzuca na śmietniki więcej jedzenia niż kiedykolwiek w historii.

Cywilizacja przesytu

Biblijna opowieść o Jezusie, który dwiema rybami i pięcioma bochenkami chleba nakarmił pięć tysięcy głodnych, została reaktywowana na londyńskim Trafalgar Square. Co prawda jedzenia było nieco więcej niż w Ewangelii, ale idea ta sama – nakarmić głodnych, nie mając prawie nic. To „nic” na Trafalgar Square było całkiem pokaźne. Wypełniało żółte kontenery o pojemności kilku ton z napisami: „To są śmieci”. I rzeczywiście były. Kontenery wypełniono świeżymi owocami i warzywami, które zostały wyrzucone przez sieci supermarketów. Akcję zorganizował Tristram Stuart, autor książki „Waste. Uncovering the World Food Scandal”, analizującej zjawisko marnotrawienia żywności. Rynek żywnościowy, działając pod presją utrzymywania tempa sprzedaży, wyśrubowanych norm sanitarnych i jakościowych, masowo pozbywa się pełnowartościowej żywności, by sprostać wymaganiom bądź po prostu zrobić na półkach miejsce nowym dostawom.

Dane zebrane przez Stuarta porażają: w USA na śmietnik trafia połowa kupowanego jedzenia. Supermarkety na całym świecie wyrzucają od 25 do 45 proc. zakupionej żywności. Brytyjska organizacja Waste Resources Action Program twierdzi, że w Wielkiej Brytanii co roku marnuje się 1,6 mln ton pełnowartościowego jedzenia, które nigdy nie trafia do klientów. Zresztą klienci sami wyrzucają produkty spożywcze na potęgę: głównie ziemniaki, chleb, wędliny i jabłka. Ilość jedzenia, którego się pozbywają, sięga 7 mln ton, co stanowi 19 proc. wszelkich odpadów komunalnych, produkowanych przez gospodarstwa domowe na Wyspach. Plaga hiperkonsumpcji dotyczy nawet tych wstrzemięźliwych kultur, których tradycja stawiana jest za wzór zachodniej cywilizacji przesytu. Francuzka pisarka Dominique Loreau w opublikowanej niedawno w Polsce książce „Sztuka umiaru” przywołuje zakorzenioną w filozofii zen japońską zasadę „mniej znaczy więcej”. Słynny umiar Japończyków nie znajduje odzwierciedlenia w statystykach. Być może japońskie gospodarstwa domowe nie marnują takiej ilości jedzenia jak brytyjskie, ale już japońskie supermarkety nadrabiają tę różnicę, wyrzucając co roku aż 2,6 mln ton wartościowej żywności.

Nawykłe do konsumpcyjnej samodyscypliny kultury Dalekiego Wschodu padają ofiarą własnego sukcesu gospodarczego. Dziś setki milionów Azjatów, odreagowując zaszłości z czasów głodu i niedostatku, kupują więcej, niż mogą zjeść. Gdy w 2006 roku rząd chiński zaczął walkę z marnowaniem jedzenia, w samym Szanghaju codziennie na śmietnik trafiało ok. tysiąca ton żywności. Mowa o kraju, w którym ciągle żywa jest pamięć klęski głodu wywołanej polityką Mao. Na przełomie lat 50. i 60. eksperymenty gospodarcze komunistów zabiły 30 mln ludzi. Dziś gwałtownie bogacący się Chińczycy po raz pierwszy w długiej historii doświadczają nadmiaru żywności i skrzętnie z tego zjawiska korzystają.  Efekt? Aż 80 proc. Chińczyków nie kończy zamówionych posiłków.

Oczywiście przesadą byłoby obarczanie winą za bezmyślne obchodzenie się z żywnością jedynie mieszkańców Dalekiego Wschodu. Problem dotyczy w równym stopniu zamożnych społeczeństw Zachodu, jak i Azjatów na dorobku. Jednak Indie i Chiny zamieszkuje jedna trzecia ludzkości. Tempo, w jakim rozrasta się tamtejsza klasa średnia – najbardziej skłonna do ulegania konsumpcyjnej presji i nowobogackiemu marnotrawieniu jedzenia – jest nieporównywalne z tym, co dzieje się na Zachodzie. Statystyki są nieubłagane. W latach 90. klasa średnia w Indiach i Chinach rosła w tempie średnim ok. 9 proc. rocznie. I w takim tempie powiększa się także bezmyślna hiperkonsumpcja.

Obiad ze śmieci

 

To właśnie tej pladze wydał wojnę Tristram Stuart, absolwent uniwersytetu w Cambridge i inicjator akcji „Feed the 5000” (Nakarmić pięć tysięcy) na londyńskim Trafalgar Square. Tristram promuje idee freeganizmu. Ta wywodząca się z amerykańskiej kontrkultury doktryna sprowadza się do prostego hasła: nie ma powodu kupować czegoś, co można mieć za darmo. Freeganie znani są więc z nurkowania w śmietnikach w poszukiwaniu pełnowartościowego jedzenia, wyrzucanego przez sklepy i restauracje. Stuart nie wymyślił tego sam, tylko wykorzystał manifest opublikowany w jednym z punkowych fanzinów w USA przez niejakiego Warrena Oaksa – perkusistę punkowego zespołu z Florydy, który porzucił karierę muzyczną, by otworzyć w Gainsville knajpę Boca Fiesta. Pomysł byłby banalny, gdyby nie to, że knajpa serwowała właśnie freegańskie jedzenie odzyskane ze sklepowych śmietników. Sam Oaks odwoływał się z kolei do anarchizujących komun hippisowskich z Zachodniego Wybrzeża USA i rozwijanej od lat 80. na całym świecie akcji Food Not Bombs,sprowadzającej się do rozdawania jedzenia zdobywanego freegańskimi metodami. Akcje Food Not Bombs organizowane są także w Polsce, jednak próby przeszczepienia tych idei poza alternatywne, anarchistyczne getto mają u nas opłakane skutki.

Ile jedzenia wyrzuca się w Polsce? Nie wiadomo. Szczątkowe dane, zbierane np. przez związki zawodowe, wskazują, że pojedynczym supermarketom zdarza się w ciągu jednego dnia wyrzucić pół tony pełnowartościowej żywności. Z ankiety przeprowadzonej w 2010 r. przez Instytut Millward Brown SMG KRC wynika, że według 74 proc. Polaków marnujemy dużo żywności. Na śmietnik najczęściej trafiają niezjedzony chleb, ziemniaki i wędliny, które podobnie jak nasi zachodnioeuropejscy sąsiedzi kupujemy w nadmiarze, kuszeni reklamami i podprogowym marketingiem. Wiele wskazuje jednak na to, że konsumpcyjna orgia nie będzie trwała wiecznie. Drastyczna podwyżka cen żywności, dotąd odczuwana głównie przez globalną biedotę, zaczyna doskwierać także Polakom. Nasz kraj bezpośrednio odczuł skutki pożarów w Rosji, które są wymieniane jako jedna z głównych przyczyn wysokich cen jedzenia na świecie. Pożary spustoszyły uprawy w Rosji i Putin zamroził eksport zbóż z kraju, który jest ich trzecim producentem na świecie. W Polsce wywołało to 25-proc. zwyżkę cen mąki. Podobnie może być za chwilę także w innych krajach.

Resztki z pańskiego stołu

Galopujące ceny jedzenia komplikują i tak nie najlepszą sytuację gospodarczą bogatych krajów. Do tego dochodzi ryzyko kolejnych głodowych protestów biedoty, które w roku 2008 zmusiły rządy krajów takich jak Pakistan do wysłania armii w celu chronienia strategicznych zapasów ryżu przed rozszalałym tłumem. Nic więc dziwnego, że sprawa żywności zajmuje najbłyskotliwsze umysły. Eksperci nie mogą naturalnie snuć swoich rozważań na pusty żołądek. Dlatego w czasie ostatniego Forum Ekonomicznego w Davos konferencję „Żywienie ludzi” zorganizowano, a jakże, w formie kolacji wydanej przez Światowy Program Żywnościowy ONZ. Jadłospis dyskretnie przemilczano, sądząc jednak z relacji bywalców Forum w Davos, większość jedzenia wylądowała w koszu. Było bowiem zbyt pospolite jak na podniebienia elity, dyskutującej o światowej ekonomii.

Tak przynajmniej twierdzi Anya Schiffrin, żona Josepha Stiglitza, laureata Nobla w ekonomii, gwiazdy zjazdów w Davos. Podczas gdy on debatuje nad drugim dnem kryzysu ekonomicznego i drożyzną na rynku produktów żywnościowych, Anya przeżywa męczarnie w konferencyjnych bufetach. „Serwują tam zazwyczaj zwiędłą sałatę, rozgotowane mięso i całe góry kartofli” – narzeka na swoim blogu, przyznając, że „dyskusje toczą się od śniadania przy podłej kawie, gumowych jajkach, przesłodzonym soku pomarańczowym i glutowatym jogurcie”. Twierdzi, że najgorsze, co ją spotkało, to chleb ze smalcem, którym częstował gości ukraiński oligarcha Wiktor Pińczuk. To się może jednak szybko zmienić. Jeśli dalej będziemy wyrzucali prawie połowę żywności, spirali rosnących cen jedzenia nic nie powstrzyma. A wtedy być może nawet żona noblisty Stiglitza będzie musiała zacząć szanować chleb. Nawet z ukraińskim smalcem.