Pamięta pani jak w PRL-u płynął do nas statek z bananami? Gdy ruszał z Ameryki Południowej w telewizji ogłaszano: „Ruszył już statek z bananami do Polski”. I cały kraj czekał na ten jedyny w roku bananowy, kolorowy dzień przypadający na Święta Bożego Narodzenia. „Jakież to byłoby przeżycie móc wyjechać z tego siermiężnego komunizmu” – marzyło się wtedy. W pierwszą podróż za granicę udałem się w słowackie Tatry. Ta wyprawa była dla całej rodziny wielkim przeżyciem, gdyż jechali wszyscy: moje siostry, rodzice i żyjący jeszcze wtedy dziadek. Miałem dziewięć lat. Myślałem, że „tam” za granicą spotkam świat kompletnie inny od naszego, niewyobrażalnie barwny, że wszystko będzie egzotyczne, łącznie z ekscytującym przejściem przez granicę, staniem i kontrolą paszportową.

Oj, szykuje się jakieś rozczarowanie...

Kompletne! Przeszliśmy granicę, a strażnik w ogóle się nami nie zainteresował. Wyobraża pani to sobie?

Nie!

A to nie był koniec niespodzianek. Z pierwszej napotkanej chałupy wyszedł góral i odezwał się tak samo jak polski góral. „A co macie?”– spytał. „Kiełbasę?”. „Tak!”. I podsuszana krakowska znalazła się na stole. „Spirytus?”. Również był. „A carmeny macie?”. Czerwone paczki papierosów opuściły nasze plecaki. „A Nivea jest?”– spytał na koniec góral. Mieliśmy ze sobą i kremy. Transakcja została dokonana. W tym momencie uświadomiłem sobie, że świat zagraniczny i polski doskonale się uzupełniają. Świat kiełbasy i carmenów został wymieniony na korony i melony. To wszystko. Byłem nieprawdopodobnie rozczarowany. „To tak jest za granicą?” – pytałem w duchu sam siebie.

A kiedy wyszło na jaw, że ten świat zagraniczny jest jednak inny?

Dopiero tuż przed przełomem ustrojowym, w 1987 roku. Przez kilkanaście lat nie dostawałem paszportu ze względu na moje zaangażowanie w działalność antykomunistyczną i nie dane mi było spotkanie z kapitalizmem. Byłem skazany na autostopowe, miłe przygody po krajach Układu Warszawskiego. Jednak pewnego dnia mój tata, ówczesny profesor Uniwersytetu Warszawskiego, organizował dla studentów Instytutu Krajów Rozwijających się i Arabistyki wyjazd do Maroka. Wpisano mnie na zbiorowe podanie o paszport i ku mojemu zdumieniu udało się. Tata obiecał: „Bronek, zobaczysz, że świat jest piękny i wspaniały. Zrekompensujemy sobie te lata, kiedy nie mogłeś wyjeżdżać. We Włoszech pójdziemy na kawę cappuccino, we Francji na wino, w Hiszpanii na sangrię, a i w Maroku znajdą się atrakcje”. Wtedy to po raz pierwszy w życiu usłyszałem to słowo – cappuccino. Brzmiało cudownie. We Włoszech prosto z kempingu poszliśmy z ojcem do niewielkiej knajpki, w której znajdował się mały stolik. Usiedliśmy przy nim i zamówiliśmy kawę cappuccino. Z daleka obserwowałem, jak kelner nalewa ją z ekspresu i szprycuje ciepłym mlekiem.

Jak smakowała?

Siedziałem absolutnie zszokowany. Ten barwny, pogodny świat był taki miły. Koniec opresji komunistycznych, bezpieczeństwo, luz i cappuccino. Pijemy ją z ojcem, a ja czuję, że ona ma smak wolności. Piję powoli, łyk po łyku, smakując wolności. Niezapomniane uczucie. Gdy zostają mi już ostatnie krople na dnie, podnoszę filiżankę do ust, przechylam głowę i... zastygam w odrętwieniu. Między mną a ojcem nad stolikiem wisi wielki plakat, a na nim Marks, Engels, Stalin, Lenin i jeszcze jakby tego było mało – Trocki!

Wygląda to jak scena z „Truman Show”.

Okazało się, że siedzimy w jakiejś knajpce Komunistycznej Partii Włoch. Doznałem skurczu serca! O mało nie udławiłem się ostatnimi kroplami cappuccino! Przeżyłem jednak, i całe szczęście, bo rok później jako pierwszy od 50 lat Komorowski pojechałem na Wschód, na Litwę. Moja rodzina mieszkała tam przez ostatnie 300 lat. Tam urodził się mój ojciec, dziadek, pradziadek.

Tym razem jednak nie pojechał pan z ojcem. Dlaczego?

Tata bał się rozczarowania. Raz, w 1957 r., jako dziennikarz dostał delegację do Moskwy. Nielegalnie zboczył do Wilna. Po tej podróży wrócił przybity. To nie było to miasto, które zachował w pamięci. Pojechałem więc sam. Hen, hen, na tereny Kurlandii, wtedy jeszcze pod granicę łotewską do miejscowości Rakiszki. Ojciec i siostra mojego dziadka przekazali mi szczegółowe informacje: jak iść, za którym domem skręcić w prawo, gdzie w lewo, gdzie jest cmentarz, a gdzie chałupa. Przykazali również, bym koniecznie znalazł kowala. A ciocia powiedziała nawet: „Przyjmą cię chlebem i solą. Przecież tam ten Wipas dostał cztery hektary ziemi od twojego dziadka za pomoc, gdy przyszli bolszewicy w 1919 roku”. Kiedy dotarłem na miejsce, poszedłem wyznaczoną trasą, aż dotarłem do kurhanu, miejsca, w którym kiedyś był grób mojego pradziada. Teraz jednak była tam tylko dziura w ziemi. Bolszewicy wysadzili wszystko w poszukiwaniu złota. Będąc już na terenie majątku w Kowaliszkach, przedstawiłem się łamanym rosyjskim, pytając o rodzinę Komorowskich. Nikt jednak nie był w stanie mi pomóc. Nie znalazłem również kowala. Nawet najstarszy Litwin w okolicy podniósł na mnie oczy i rzekł: „A był tu jakiś graf, ale jak się nazywał, nie pamiętam”. Komunizm zmełł wszystko. W podziemiach kościoła znalazłem resztki biblioteki mojego pradziadka, którą zniszczyli bolszewicy. Z 14 tysięcy tomów pozostało kilkanaście egzemplarzy.

Czy ksiądz pamiętał Komorowskich?

Nie był stamtąd. W szalonym poczuciu krzywdy, że nikt nie pamięta mojej rodziny, która przez 300 lat tam mieszkała i miała zasługi, wsiadłem do autobusu, żeby zawieźć mojemu ojcu wieść, że tam nic nie ma, ani dworu ani nawet rodzinnego cmentarza. I wie pani co? W momencie gdy autobus ruszył, doznałem uczucia, do którego wstydziłem się przyznać mojemu ojcu. Była nim ogromna ulga, że sprawa w końcu się wyjaśniła. Miałem takie wrażenie, jakby z moich pleców stoczył się wielki głaz, ciężar nie mojego dzieciństwa. Pamiętam swoją własną myśl: „To jest święta kraina moich przodków, ale ja jestem z Polski”. Po raz pierwszy jako dorosły mężczyzna poczułem, że jestem stąd, z Warszawy. I choć zajęło mi to niemal 50 lat nie marzę już tak bardzo o podróżach za granicę. Bo ja jestem stąd.