„Posiadał więcej władzy nad ludźmi niż sam Napoleon” - powiedział o nim Balzac. Fouché to zapomniany już dziś bohater rewolucji francuskiej. Kiedy inni jej szermierze tracili władzę podczas przewrotów, trafiali na szafot lub na odległe wyspy, on utrzymywał się na paryskich salonach.

Zdolność Josepha Fouchego do zmieniania własnych poglądów i trwania przy władzy zdumiewała wielu współczesnych i nie przestaje intrygować do dzisiaj. Czy da się uwierzyć, że ten sam człowiek: w 1790 r. uczył w klasztornych seminariach; w 1792 r. plądrował kościoły i walczył z bogaczami; w 1793 r. stał się zbrodniarzem i żądnym krwi katem Lyonu; w 1795 r. został biznesmenem; po zamachu stanu Napoleona kierował policją i tę samą funkcję pełnił w odrestaurowanym królestwie francuskim po klęsce cesarza?

Dzisiaj ministrowie zmieniają się jak w kalejdoskopie. On oparł się największym wichrom rewolucji. To był człowiek o wielu twarzach, który jak kameleon dostosowywał się do okoliczności. Istniała tylko jedna rzecz, która nim kierowała: pragnienie utrzymania się przy władzy.

TWARZ NR 1: MNICH

Urodzony w 1759 r. nieopodal por­towego miasta Nantes Fouche miał pójść w ślady ojca i zostać marynarzem. Pech jednak chciał, że cierpiał na chorobę morską. W koń­cu ojciec zdecydował się posłać go do pobli­skiej katolickiej szkoły, prowadzonej przez zgromadzenie oratorianów. Wychowywał się tam w duchu miłości bliźniego i pobożnej radości serca.

Po ukończeniu szkoły Fouche zaczął pra­cować jako nauczyciel. Przez 10 lat w zacisz­nych klasztorach północnej Francji kształcił młodych kleryków w łacinie, matematyce i fizyce. Jak pisze Stefan Zweig, znawca jego biografii, „między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, ten zamknięty w sobie pół- ksiądz snuł się po klasztornych krużgankach i cichych refektarzach”. Nosił sukienkę du­chowną i mnisią tonsurę (wygolona na czubku głowa). Razem z oratorianami wiódł zatem niespieszne życie mnicha oddanego modli­twie, kontemplacji słowa bożego, skromności i pokornej pracy.

Ostatecznie jednak Fouche nie przyjął święceń kapłańskich ani nie złożył ślubów zakonnych. Po latach przebywania w klasztorach zaczął bowiem odczuwać pewne znu­żenie. Zdaje się, że praca nauczyciela nie była marzeniem Fouchego i nie zaspokajała jego ambicji. Dlatego zaczął zerkać w stronę polityki. We Francji wówczas gwałtownie wzrosła I temperatura sporów. Rozgorączkowane masy § mieszczan - dotychczas pozbawione wielu | praw i przywilejów - wystąpiły przeciwko monarchii, szlachcie i Kościołowi. Fouche poczuł zapach władzy. Zrzucił duchowną sukienkę, zaprzestał golenia głowy i opuścił klasztor.

TWARZ NR 2: JAKOBIN

Fouche zapisał się do klubu jakobi­nów w Nantes i dzięki swej antyklerykalnej retoryce zyskał taki poklask, że podczas wy­borów w 1792 r. został wybrany do Konwentu Narodowego. Natychmiast poczuł, skąd wieje wiatr, i postanowił popłynąć z falą rewolucji. Był zatem przeciwko królowi, arystokracji, bogaczom i „klechom”. Podczas najważ­niejszego głosowania, idąc za przykładem większości posłów, podniósł rękę za skaza­niem króla Ludwika XVI Burbona na śmierć.

W przyszłości decyzja ta zemści się na nim. Na razie jednak Fouche jako delegat nowego rządu został wysłany do regionu Nievre, aby dopilnował tam przebiegu rewolucji.

Zaraz po przyjeździe na miejsce skie­rował do mieszkańców miasta Nevers, sto­licy regionu, odezwę, która stanowi jeden z pierwszych w historii manifestów komuni­stycznych. „Jesteście uciemiężeni - pisał były seminaryjny nauczyciel - winniście więc roz­nieść w proch i pył waszych ciemiężców. By­liście niewolnikami kościelnych zabobonów, teraz nie powinniście mieć żadnej religii poza religią wolności”.

 

Fouche powołał publiczne „komitety filantropijne”, którym bogaci ludzie mu­sieli przekazywać majątki. „Jeżeli bogaty nie uczyni użytku z prawa przysłużenia się reżimowi wolności, państwo ma prawo zawładnąć jego mieniem” - głosił. Zakazał pieczenia białego luksusowego chleba, który stanowił podstawowy produkt na stołach arystokratów i krezusów, na­kazał wszystkim spożywać wyłącznie czarne pieczywo. Po paru tygodniach władania w Nievre Fouche triumfal­nie raportował do Paryża: „Tutaj ludzie wstydzą się uchodzić jesz­cze za bogatych”.

Podobnie jak możnym, wypowiedział wojnę Ko­ściołowi. Najpierw przejął uprawnienia biskupa, a po­tem zniósł celibat i nakazał wszystkim księżom wzięcie ślubu w ciągu miesiąca.

Publicznie dawał rozwody, a z ambon wygłaszał ho­milie o tym, że Boga nie ma. Na bramach cmen­tarzy kazał wywiesić napis: „Śmierć to jest wieczny sen”. Negował w ten sposób istnienie nieba, piekła i czyśćca. Na centralnym placu miasta „ochrzcił” swoją córkę i - ku radości mieszkańców prowincji - nazwał ją „Nievre”. Świecki chrzest i świeckie imię musiały zostać przez katolików uznane za szczególne bluźnierstwo. Fouche się tym jednak nie przejmował i szedł za ciosem. W Moulins zorganizował objazd po mieście w celu niszczenia wszelkich śladów religii. Osobiście trzymał w ręku młot i rozbijał krucyfiksy, ikony świę­tych - wszystko to, co uznawał za przejaw zabobonu i ciemnoty. „Na swoim obszarze zniszczyłem chrześcijaństwo” - z dumą in­formował Paryż.

Aby udowodnić swe sukcesy, wysyłał do stolicy całe kufry pełne złotych kielichów, or­natów, monstrancji itp. Dzięki temu zapewnił sobie rozgłos w Paryżu i markę skutecznego pogromcy bogaczy i Kościoła. Nie było już wówczas wśród paryskich polityków osoby, która nie słyszałaby o Fouchem.

Czy tym wychowankiem katolickiej szko­ły kierowały wyłącznie żarliwość i pasja, czy też jedynie z wyrachowaniem dostosował się do rewolucyjnej atmosfery? Tego do końca nie wiemy. Z pewnością jednak pragnienie dotrzymania tempa rewolucji popchnęło go ku czynom jeszcze gorszym i zatrważającym - Fouche dokonywał ich z zimną krwią.

TWARZ NR 3: KAT LYONU

W ogarniętej rewolucją Francji istnia­ło miasto, którego ludność nie poddała się wolnościowej gorączce: Lyon. Aby wspomóc tam wprowadzenie zmian, z Paryża wysła­no najnowszą, nieużywaną dotąd gilotynę. Jednak mieszkańcy Lyonu demonstracyjnie wzgardzili urządzeniem. Paryż nie mógł za­akceptować tej zniewagi. Zwłaszcza że jedy­ną osobą ściętą na tej gilotynie był Joseph Chalier, który... namawiał ludność miasta do rewolucji. Czło­wiekiem, który miał zaprowadzić porządek w Lyonie i zemścić się na zbuntowanym mieście, został Joseph Fouche.

W Nievre, mimo swojej żar­liwości, wyroki śmierci ograniczał do minimum. W Lyonie nie był już tak pobłażliwy, gdyż chciał utwierdzić w oczach Paryża wize­runek skutecznego rewolucjonisty.

Zamienił się więc w kata. Na początek zorganizował w Lyonie publiczny pochód ku czci Chaliera. Na końcu korowodu szedł osioł, któremu na głowę wsadzono mitrę biskupią, a do ogona przywiązano Biblię i krzyż. Fouche zwrócił się do popiersia Chaliera i powiedział: „Przysięgamy pomścić twoje męczeństwo, a krew arystokratów niech ci będzie kadzi­dłem”. Wieczorem na rynku zebrano w jedno miejsce księgi mszalne, ornaty, drewniane por­trety świętych z kościołów i podpalono. Osła zaś napojono z eucharystycznego kielicha.

 

Do właściwej zemsty Fouche przystąpił o świcie 4 grudnia 1793 r. Kilkuset aresztowa­nych wcześniej buntowników, którzy opierali się woli Paryża, wyprowadzono z więzienia na pola Brotteaux, gdzie ich związano i usta­wiono w jednej grupie. Naprzeciwko w od­ległości kilkunastu metrów stanęły armaty. Salwa uśmierciła wszystkich. Ciała wrzucono do specjalnie w tym celu wykopanych dołów. W wyniku przeprowadzanych w ten sposób egzekucji w ciągu kilku tygodni pola Brotteaux nasiąknęły krwią ponad dwóch tysięcy ludzi.

W ten sposób Fouche stał się odpowie­dzialny za jeden z pierwszych w nowożytnej historii aktów masowego morderstwa dokona­nego przez władzę na własnych obywatelach. W bezprecedensowym postępowaniu „kata Lyonu” da się dzisiaj zauważyć złowieszczą za­powiedź XX-wiecznych totalitarnych zbrodni.

Na tym jednak nie zamierzał poprze­stać. Zgodnie z życzeniami władz w Paryżu wszelkie rezydencje należące do arystokra­tów i buntowników miały zostać zniszczone, aby zastraszyć wszystkich, którzy chcieliby przeciwstawić się rewolucji. Na rozkaz Fou­chego saperzy rozpoczęli więc montowanie min w kamienicach w mieście. W liście do konwentu w Paryżu Fouche tak tłumaczył za­stosowane metody: „Rozbiórka domów nastę­puje zbyt wolno, republikańska niecierpliwość wymaga szybszych środków: wybuchy min, niszczące płomienie, tylko to może odzwier­ciedlać gwałtowność ludu”. W ciągu kilku dni znaczna część miasta wyleciała w powietrze.

Dokonana z zimną krwią masakra zapro­centowała. 18 prairiala drugiego roku rewolu­cji (6 czerwca 1794r.) Fouche został wybrany w Paryżu na prezesa klubu jakobinów.

TWARZ NR 4: KAPITALISTA

W lipcu 1794 r. w rezultacie prze­wrotu jakobini stracili władzę. Ostrze gilotyny pozbawiło głów Robespierre’a i Saint-Justa. Jednak Fouche swoją zachował. W sierpniu 1795 roku Konwent Narodowy oskarżył go o terroryzm i wysłał za kratki, ale po kilku tygodniach pobytu w więzieniu Fouche został wypuszczony na wolność w ramach amnestii. Bardziej przykra kara spotkała Collota d’Herbois, jego wspólnika z Lyonu. Został wygnany do Gujany Francuskiej, gdzie szalała malaria, i w 1796 roku zmarł.

Po obaleniu jakobinów ludność Paryża, przerażona i zmęczona rewolucją, chciała bawić się i bogacić. Fouche wpasował się w tę modę. Jak pisze znawca jego biografii Stefan Zweig, „Fouche doszedł do wniosku, że pieniądze pachną lepiej niż krew”. Ostygła w nim nienawiść do bogaczy. Działający do niedawna w imię rewolucyjnych wzniosłych ideałów równości, Fouche skierował swoją uwagę ku dobrom materialnym. Bo teraz to bogactwo zapewniało władzę we Francji. Ko­munista przemienił się zatem w biznesmena i zaczął zbijać fortunę na dostawach dla armii. Defraudował olbrzymie publiczne pieniądze, dostarczając wojsku marnej jakości mundury. To nic, że żołnierze francuscy marzli i cho­dzili w ciasnych butach. Ważne, że portfel Fouchego stawał się coraz grubszy.

W końcu, w 1799 r., został mianowany szefem policji w całej Francji. Jego pierwszą inicjatywą było zamknięcie klubu jakobinów, któremu jeszcze niedawno prezesował. Od­było się to w niemalże groteskowy sposób. Fouche w mundurze szefa policji udał się do jego siedziby, wszedł na salę podczas posie­dzenia i poinformował zebranych o zamknię­ciu klubu. Wygłosił przy tym przemówienie o narodowym pojednaniu oraz o tworzeniu warunków do rozwoju i bogacenia się. Wszyscy się grzecz­nie rozpierzchli i klucz do budynku oddali Fouchemu, który wyszedł jako ostatni i zamknął drzwi.

Dzięki niesłychanym talentom nowy szef rozbudował aparat poli­cyjny do niespotykanych wcześniej rozmiarów. Wypuszczał z więzień przestępców w zamian za ich lo­jalność i wykonywanie jego rozka­zów. Tą drogą oplótł Francję siecią szpiegów (można by rzec: tajnych współpracowników). Codziennie na jego biurko trafiały dziesiątki raportów. Jego policja służyła nie tylko do pilnowania porządku, ale i do inwigilacji spo­łeczeństwa. Oczywiście w celu zdobycia jak największej władzy przez Fouchego. Uczynił więc z Francji pierwsze w historii nowożytnej państwo policyjne (zepsuty koniunkturalista, dostosowujący się do okoliczności, okazał się również zdolnym wynalazcą).

 

Wśród jego agentów najbardziej warto­ściowa okazała się Józefina de Beauharnais, żona Napoleona Bonaparte. Niebywale roz­rzutną kobietę dało się łatwo przekupić. Po­dobno rocznie kupowała ok. 300 kapeluszy, a sam Napoleon nie był w stanie (lub nie miał ochoty) spełniać jej wszystkich zachcianek. Właśnie Józefinie szef policji zawdzięczał wiadomość, że Napoleon szykuje się do przewrotu. Fouche postanowił przydać się nowemu władcy.

TWARZ NR 5: BONAPARTYSTA

Po zamachu stanu Napoleona pod koniec 1799 r. dotychczasowy wspólnik Fou­chego i główna postać Dyrektoriatu (czy­li rządu francuskiego w latach 1794-1799) Paul Barras został uwięziony. Sam szef poli­cji jednak przetrwał. Zbudowany przez niego aparat policyjny był po prostu tak nowoczesny i nieprawdopodobny, że Napoleon nie wy­obraża! sobie sprawowania władzy w kraju bez wsparcia Fouchego. Zostawił go więc na stanowisku.

Fouche kłaniał się nisko przed cesarzem, wspierał go w wojnach, donosił o wszelkich aktach sprzeciwu wobec jego poczynań. Józefina Bonaparte pozostała jednak nadal jego agentką. Dzięki niej potężny szef policji miał wiedzę o majątku i interesach cesarza oraz całej jego rodziny. Jak opisuje Zweig, „kiedy o jedenastej wieczorem Napoleon otulony w cudzy płaszcz, z prawie zupełnie zasłonię­tą twarzą zamaskowanym bocznym wyjściem wymyka się z Tuileriów do jakiejś kochanki, następnego ranka Fouche wie, przed jakie drzwi zajechała kareta, ile czasu zabawił tam cesarz, o której wrócił”. Minister obserwował Bonapartego przez 24 godziny na dobę.

15 sierpnia 1809 r. w pałacu Schónbrunn w Wiedniu Napoleon nadał Fouchemu tytuł szlachecki księcia Otranto. Na specjalnie wynajętego heraldyka spadł obowiązek zaprojek­towania herbu. Ostatecznie przybrał formę złotej kolumny w niebieskim polu, wokół któ­rej wije się wąż. Ten design chyba najlepiej odzwierciedlał charakter Fouchego...

We Francji jednak wzmagały się na­stroje niechętne Napoleonowi i kolejnym wojnom. Zwłaszcza że w grudniu 1812 r. ar­mia francuska poniosła klęskę w Rosji. Fou­che wiedział już wówczas, że Napoleon jest „spalony”, utrata przez niego władzy to tylko kwestia czasu i trzeba dogadywać się z Ludwi­kiem XVIII Burbonem (bratem zamordowane­go w czasie rewolucji Ludwika XVI).

Pisarz Alphonse de Lamartine (1790­-1869) zauważył: „[Fouche] miał jednocześnie sto twarzy, grał rolę trudną, zarazem poniżającą i podniosłą, ale wielką, i historia nie zwróciła na nią dotychczas wystarczającej uwagi; rolę mało szlachetną, ale nie pozbawioną patrio­tyzmu i odwagi myślenia”. Za plecami Napo­leona minister przygotowywał już grunt do przejęcia władzy przez Ludwika XVIII. Rojaliści i zwolennicy restauracji cieszyli się, że mają w Paryżu swojego człowieka. „Znałem tylko jednego prawdziwego, doskonałego zdrajcę: Fouchego!” - powiedział Napoleon, kiedy udawał się na Wyspę św. Heleny.

TWARZ NR 6: ROJALISTA

28 lipca 1815 r. do pałacu Tuileries w Paryżu wprowadzał się Ludwik XVIII. Wśród witających go był oczywiście Fouche. Nisko się ukłonił, a pierwszy list do króla pod­pisał: „Najwierniejszy i najbardziej uniżony sługa Jego Królewskiej Mości”. Na rozkaz nowego władcy miał przygotować listę kilku­dziesięciu osób związanych z Napoleonem, które należy wygnać. Fouche wpisał na nią... 400 osób. Jego nazwisko również na niej wid­niało -jako podpis na końcu.

Fouche w 1794 r. głosował za skazaniem Ludwika XVI na śmierć. Bratu zgilotynowanego króla bardziej zależało na wykorzystaniu wielkich talentów szefa policji niż pomszcze­niu brata. Aby przypodobać się arystokracji (która wraz z królem na mocy postanowień kongresu wiedeńskiego powracała do wła­dzy), Fouche zdecydował się na ślub z księż­ną de Castellane. Ten, który kilkadziesiąt lat wcześniej żądał krwi arystokratów, teraz poj­mował za żonę księżną i wkupywał się w łaski francuskich rodów błękitnej krwi.

 

NEMEZIS

Wszystko, co ma swój początek, ma też koniec. Wydawało się, że to powszechne prawo nie dotyczy Josepha Fouchego. Jego ostatnia transformacja nie mogła się jed­nak udać. Obecność w rządzie człowieka, który głosował za skazaniem króla Ludwi­ka XVI na śmierć, wielu książąt drażniła. Ostatecznie karierę potężnego szefa policji pogrzebała jednak księżniczka Maria, córka Ludwika XVI i Marii Antoniny. Nie mogła zapomnieć o ściętych głowach rodziców. Pod jej wpływem Ludwik XVIII odesłał Fouchego najpierw na urząd ambasadora w Dreźnie, a później skazał go na emigrację we Włoszech. „Biedna księżna, niech nie będzie już udręczona patrzeniem na tę odrażającą twarz” - stwierdził w końcu król.

Przyglądający się Fouchemu w Dreźnie pewien jego towarzysz zapisał w dziennikach: „Kiedy obserwowałem tego wszechmocne­go niegdyś ministra cesarza, jak stał się tam samotny i opuszczony i zdawał się cieszyć, kiedy jakiś urzędnik zaczynał z nim rozmo­wę albo proponował mu partyjkę szachów, mimo woli przychodziło mi na myśl, jak bar­dzo nietrwała jest wszelka ziemska władza i wielkość”.

Fouche umarł w Trieście zaledwie kilka lat po wyjeździe z Francji. Wśród potomnych wzbudzał odrazę i oburzenie. Historycy wypowiadali się o nim z pogardą, zarzucając mu barbarzyńskie zbrodnie i zupełny brak prze­konań. Jednocześnie wielu ludzi z trudem ukrywało podziw dla geniuszu tego człowieka, który w sztuce utrzymywania się przy władzy osiągnął prawdziwe mistrzostwo. Wspomnia­ny już Lamartine pisał: „Historia potępiając Fouchego nie będzie mogła odmówić mu zuchwalstwa w postępowaniu, umiejętności manipulowania partiami i wielkości w intry­dze, co stawia go w szeregu najwybitniejszych polityków swojego wieku”.