Dlatego nowy State Carbon Road Complete jest ciekawy, bo próbuje wejść w miejsce, które przez lata było w kolarstwie szosowym boleśnie puste: między budżetowym kompromisem a finansowym szaleństwem.
State Bicycle Co. pokazało kompletną karbonową szosę z aerodynamiczną ramą, wewnętrznym prowadzeniem przewodów i bezprzewodową grupą SRAM Rival AXS w cenie od 2799 dolarów, czyli około 10 300 zł. W wersji SL rower startuje od 3250 dolarów, czyli około 12 000 zł. Nadal mówimy o dużych pieniądzach, zwłaszcza dla kogoś, kto jeździ rekreacyjnie i nie planuje ścigać się na każdej górce pod miastem. Ale na tle rynku szos z karbonową ramą i elektronicznym osprzętem ta cena brzmi już dużo mniej jak eksces.
Szosa aero przestaje być klubem z wysokim progiem wejścia
Przez ostatnie lata kolarstwo szosowe mocno się spolaryzowało. Z jednej strony mamy sensowne aluminiowe rowery dla początkujących, z drugiej maszyny, które wyglądają jak pożyczone z zawodowego peletonu. Pomiędzy nimi jest sporo sprzętu dobrego, ale często wycenionego tak, że amator musi sam przed sobą udawać, że to inwestycja w zdrowie, a nie bardzo drogie hobby.

State Carbon Road Complete ma być tym złotym środkiem. Rama ma typowe dla współczesnych szos aero rozwiązania: profilowane rury, opuszczone tylne widełki, zintegrowany kokpit i przewody schowane w środku. Do tego dochodzi prześwit na opony do 32 mm, co jest dziś ważniejsze, niż mogłoby się wydawać. Szosa przestała być rowerem wyłącznie na idealny asfalt, bo idealnego asfaltu w codziennym życiu jest mniej więcej tyle, co wolnych miejsc parkingowych pod popularną kawiarnią w sobotę.
Bardziej komfortowa opona nie odbiera rowerowi sportowego charakteru. Ona po prostu pozwala jeździć dłużej i mniej kląć pod nosem. I mam wrażenie, że właśnie takie detale coraz mocniej decydują o tym, czy rower zostanie z nami na kilka sezonów, czy po pierwszym zauroczeniu zacznie kurzyć się w garażu.
Karbon i SRAM Rival AXS
Najmocniejszym argumentem nowego State jest kompletna konfiguracja. W podstawowej wersji rower dostaje bezprzewodowy napęd SRAM Rival AXS 2x. Elektroniczna zmiana biegów jeszcze niedawno była dodatkiem zarezerwowanym dla wyraźnie droższych modeli. Dziś schodzi niżej, ale rzadko w pakiecie, który nie kończy się ceną wyraźnie powyżej kilkunastu tysięcy złotych.

Standardowa wersja waży około 8,4 kg. Lżejsza odmiana SL schodzi do około 7,9 kg. W rowerach szosowych zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna, że to nadal za dużo, bo internet nauczył nas traktować każde 200 gramów jak porażkę producenta. W praktyce dla większości ambitnych amatorów większe znaczenie będzie miało to, czy rower dobrze przyspiesza, pewnie prowadzi się na zjazdach i nie wymaga kompromisów serwisowych.
Tu dobrym sygnałem jest suport T47 z gwintem. To rozwiązanie bardziej przyjazne w obsłudze niż część wciskanych standardów, które potrafią po czasie zamienić rower w instrument perkusyjny. Jest też hak przerzutki kompatybilny z UDH, czyli coraz popularniejszym standardem, który ułatwia dostępność części i potencjalne przyszłe aktualizacje.

Aero na papierze i aero w prawdziwym życiu
Sama obecność smukłych rur i schowanych przewodów nie oznacza automatycznie, że dostajemy maszynę przetestowaną jak sprzęt WorldTour. Bez konkretnych danych z tunelu aerodynamicznego trudno mówić o precyzyjnych zyskach. I dobrze, żebyśmy jako kupujący o tym pamiętali.
Mimo tego kierunek jest sensowny. Nawet jeśli State Carbon Road nie będzie zawstydzał najdroższych konstrukcji Cervélo, Specializeda czy Treka, może dać przeciętnemu użytkownikowi nowoczesny, szybki rower, który wygląda i działa jak sprzęt z wyższej półki, ale nie wymaga budżetu zarezerwowanego dla zawodowca.

Technologia, która jeszcze niedawno była symbolem elitarności, zaczyna trafiać do rowerów bardziej dostępnych. Oczywiście dostępność za około 10 tysięcy zł brzmi w Polsce dość specyficznie. Dla wielu osób to nadal cena zaporowa. Ale w segmencie karbonowych szos z elektronicznym napędem jest to kwota, która faktycznie przesuwa granicę.
Rower dla ambitnego amatora, który nie chce przepłacać za logo
State Bicycle Co. przez lata kojarzyło się raczej z rowerami miejskimi, ostrokołowymi i bardziej lifestyle’owymi projektami niż z poważną szosą. Carbon Road Complete pokazuje, że marka chce wejść na teren, gdzie liczy się nie tylko wygląd, ale też realna wydajność. I to może być dla rynku zdrowe, bo kolarstwo potrzebuje takich graczy. Potrzebuje firm, które nie każą dopłacać kilku tysięcy tylko za emocję związaną z logo na dolnej rurze.

Nie znaczy to, że każdy powinien nagle rzucić się na karbonową szosę aero. Dla osób jeżdżących spokojnie, po krótkich trasach i bez większej potrzeby śrubowania tempa nadal rozsądniejszy może być wygodny endurance albo gravel. Ale jeśli ktoś naprawdę wkręcił się w jazdę szosową, trenuje regularnie, lubi szybkie ustawki i czuje, że aluminiowy rower zaczyna go ograniczać, State Carbon Road Complete wygląda jak propozycja, którą trudno zignorować.
Podoba mi się przede wszystkim to, że przesuwa rozmowę o rowerach z poziomu marzeń do poziomu decyzji. Nadal trzeba wydać sporo. Nadal warto policzyć, czy to zakup dla pasji, czy chwilowego zachwytu po obejrzeniu kilku filmów z podjazdów. Ale coraz częściej widzę, że rowerowy sprzęt z wyższej półki przestaje być zamkniętą gablotą. A kiedy karbon, elektronika i aero zaczynają schodzić bliżej zwykłych użytkowników, cały rynek robi się ciekawszy.
