Koniec III Rzeszy oczami kobiet - to w dużym skrócie materiał na jaki składa się książka "Wypędzone" . To trzy relacje kobiet, które przeżyły coś, co dziś eufemistycznie nazywamy "deportacjami niemieckiej ludności cywilnej" albo "wysiedleniami kobiet i dzieci" zaraz po albo niedługo po zakończeniu działań wojennych na terenach dzisiejszej zachodniej i północnej Polski. Prezentowany fragment pochodzi z dziennika Heleny Plüschke. Ta urodzona w okolicach Jawora na Dolnym Śląsku kobieta pochodziła z rodziny, która żyła tam od pokoleń. Swój i swoich dzieci eksodus opisała z wstrząsającą szczerością. Pamiętnik światło dzienne ujrzał dopiero po jej śmierci, pół wieku po omawianych wypadkach - we fragmentach opublikowała go po raz pierwszy KARTA w nr 57/2008 r.

12 LUTEGO

Od 6.00 stoję w długiej kolejce przed domem partii. Wydają tu podobno zaświadczenia uprawniające do korzystania z transportu kolejowego. Spodziewając się bałaganu, zostawiam dzieci w domu. Po jakichś trzech godzinach nadchodzi wreszcie moja kolej, ale odsyłają mnie z kwitkiem. Z moich pięciorga dzieci ( przyp. 1)  jedno - Margot - ma ponad sześć lat. Mogę więc wyruszyć z transportem dopiero po 14 lutego. [...]

Uzbrojeni esesmani opróżniają dom partii, wyposażenie ładuje się na wojskowe samochody. Ale żeby odjechać, muszą torować sobie drogę, grożąc bronią. Partyjni notable wyjeżdżają. O 12.00 znowu krąży samochód. Przez megafon wzywa się wszystkich zdolnych do marszu mieszkańców, by pieszo opuścili miasto. Ale dokąd iść? Drogi na zachód zapchane. Dokąd ruszyć z małymi dziećmi w takie zimno i na niepewne? [...]

13 LUTEGO

Przez całą noc my, kobiety, nie możemy zmrużyć oka. Nasłuchujemy w napięciu, wpatrując się w krystalicznie czyste powietrze mroźnej nocy przy pełni księżyca. [...] Koło 2.00 widzimy, jak od Pilgramshainu ( przyp. 2)  w kierunku miasta toczą się

wojskowe pojazdy. Znikają na wysokości kamieniołomów. To nie mogą być Niemcy. Nie pada ani jeden strzał. Może to rosyjski zwiad?

Na dworcu ciągle jeszcze ożywiona krzątanina. Wielu ludzi zdąża przez Bahnhofstraβe do specjalnego pociągu. Miał odjechać około 3.00. Ale jeszcze stoi. [...] O 6.30 w mieście potężny wybuch. Huk dobiega z południa. Niemieccy saperzy wysadzają dwa ważne wiadukty nad szosą. Linia kolejowa uszkodzona. W ten sposób dopływ uciekinierów został zwyczajnie przerwany. Ludność ma odciętą drogę ucieczki w stronę gór. Dokładnie o 7.00 zaczyna się. Rosjanie przypuszczają szturm, strzelają działa, grają „organy Stalina"( przyp.3) , których wszyscy się tak boją. Bomby lotnicze spadają na dworzec, połączenie kolejowe przerwane. W domu obchód blokowego: „Rosjanie idą! Wszyscy do schronów!".

Tkwimy w ciemnym schronie, stłoczeni jeden obok drugiego. Mija godzina, dwie. Nasłuchiwanie, co na zewnątrz. Ze dwadzieścia kobiet i trzynaścioro dzieci w wieku 3-14 lat. Mój mały jest najmłodszy. Nie ma żadnego mężczyzny, który mógłby nam pomóc w razie napaści. Około 9.30 nagła cisza. Co robić?

Jakaś energiczna młoda kobieta zdobywa się na odwagę i wymyka się na zewnątrz. Wraca za 20 minut i mówi, że ani na ulicy, ani w domu nikogo nie widać. Ostrożnie przechodzimy do mieszkań. Jest już około południa, kiedy spostrzegam rosyjskich żołnierzy, jak biegną wzdłuż domów po prawej i po lewej na Pilgramhainer Straβe. Przeczesują miasto.

Nagle na niebie pojawiają się niemieckie samoloty, nisko, tuż nad dachami. Rzucają bomby na miasto zapchane ludźmi. Pociski padają na pobliskie domy. Trafiony budynek „Son-nenland" parę metrów od nas, hala sportowa i dom Langera. Pożary. W panicznym strachu zbiegamy znowu do schronu.

Noc zdaje się nie mieć końca. Cały czas słychać ostrzał. Z czyjej strony, nie wiadomo. Nagle detonacja w naszym domu. Nikt nie ma odwagi wyjść. To okropne - tak siedzieć bez światła, bez wody, w lodowatym zimnie. Mamy na sobie tylko najpotrzebniejsze ubrania. Wszystko dzieje się tak szybko.

14 LUTEGO

Po nieskończenie długim czasie nastaje cisza. Jeszcze jest ciemno, kiedy odważam się wejść do mieszkania. Na szczęście nie zostało trafione. W domu też nic się nie pali. Brakuje mi odwagi, żeby zobaczyć, co się naprawdę dzieje. Szybko zgarniam parę koców, biorę coś do picia i z powrotem do dzieci, do schronu.

Około 6.00 tupot ciężkich butów na piwnicznych schodach, gardłowe okrzyki i łomot do drzwi. Ktoś otwiera je kopniakiem i stoimy w snopie światła kieszonkowych latarek.

Strzał z karabinu w powietrze i komenda: „Deutsche rausl". Dorośli przerażeni, dzieci krzyczą i tak wypadamy ze schronu na podwórze. Wszyscy muszą położyć się w zimny śnieg. Już nigdy nie zapomnę dotknięcia lufy karabinu na twarzy. I jak wstaję na rozkaz: „Frau, komml". Rozwierają się przede mną bramy piekieł.

Dwóch albo trzech podpitych rosyjskich żołnierzy zaciąga mnie do sieni. Czuję smród samogonu, męski pot, woń prochu i dymu od ich brudnych mundurów. Jeden spogląda na mnie, jakby chciał mnie pożreć, pociąga łyk z butelki i oblizuje usta. Czuję, jak ogarniają mnie mdłości, obrazy jakichś koszmarnych scen przemykają mi przez głowę. Zesztywniała ze strachu, nie mam siły krzyczeć.

 

Jakiś wysoki mężczyzna po prostu mnie przewraca, pochyla się nade mną i odsłania zęby. Próbuję doczołgać się do ściany, żeby się skryć. Mężczyzna chwyta mnie za nogi i przyciąga do siebie jak kawał drewna. W tej samej chwili zrywa mi spódnicę, a ja leżę na plecach z wyciągniętymi ramionami, niezdolna poruszyć się albo bronić. Ostry ból przeszywa ciało. Żołdak lufą karabinu rozdziera mi bluzkę aż do szyi. W tym momencie mogę znowu nabrać oddechu i zaczynam krzyczeć. Żołnierze wrzeszczą, klaszczą w dłonie i piją. Najwyższy i najbardziej odrażający brzegiem dłoni zadaje mi cios w twarz i wpycha brudną szmatę w usta. Mogę jeszcze tylko jęczeć.

Dwaj trzymają dygocące nogi, a jeden obnaża się, żeby zaraz na mnie runąć. Pod jego ciężarem nie mogę złapać tchu. Zdaje mi się, że słyszę, jak pękają mi żebra. Ale ból w piersiach jest jeszcze niczym w porównaniu z tym, który rozlewa się po podbrzuszu. Ten drań wdziera się we mnie tak brutalnie, że czuję jakby rozpalone żelazo we wnętrznościach.

Walczę z odruchem wymiotnym i z kneblem, w rozpaczy ledwo łapię powietrze, a korpus mężczyzny rozgniata moje ciało. I jeszcze raz, i jeszcze raz wdziera się we mnie, jakby chciał mnie rozerwać. Zmysły wyłączają się, obrona słabnie. Jego gęsta ślina kapie mi na twarz, a stękanie w obcych głoskach pobrzmiewa jak odległy, nierealny ryk. Prześladowca przyciska mi butem lewą nogę w kostce do ziemi. Mam wrażenie, jakby już nie była moja...

Boże drogi, za co mnie tak karzesz?! Cóż uczyniłam, że na to pozwalasz?!

Z ostatnim sapnięciem mężczyzna stacza się na ziemię. Następny rzuca się i wbija się we mnie, nie zważając na sączącą się spomiędzy moich ud ciepłą krew. Zalewa mnie fala mdłości i bólu.

Kiedy i ten mnie zostawia, doznaję dziwnego uczucia, jakbym była gdzieś daleko, daleko, gdzieś nad wodą, na bagnach, czuję smak stęchlizny w ustach... Przez zasłonę z łez spostrzegam następnego i jeszcze następnego. Wraz z tępym bólem czuję, jak jeden z nich oddziera kawałek mojej bluzki i wyciera mi spermę i krew między udami. On też wdziera się we mnie z odwróconą twarzą, porusza kilka razy lędźwiami i stacza się na ziemię.

Przeciągły, tępy ból nie pozwala mi zarejestrować, ilu ich jest.

Po nieskończenie długim czasie nagle, w jednej chwili, pojawia się inne odczucie. Zalewa mnie fala gorąca, coś dławi. Robi mi się lodowato. Nienawiść! Tak silnie jeszcze nigdy jej nie czułam. Nienawiść wypiera cały strach.

Porzucają mnie na posadzce jak bydlęcy ochłap. Mam się wykrwawić? Nieposkromiona siła albo zupełna rozpacz każe mi wstać. Gdzie moje dzieci? Na czworakach pełznę po schodach do mieszkania, ostatkiem sił pukam do drzwi. Na wpół świadomie postrzegam, jak jakieś kobiece ręce wciągają mnie do środka - i tracę przytomność.

Długo trwa, zanim zaczynam powoli dochodzić do siebie. Zdaje mi się, że budzę się z koszmarnego snu, ale ból w podbrzuszu natychmiast przywołuje pamięć o tym, co się stało. Tylko dzięki troskliwej opiece obu kobiet mogę przetrwać kolejne godziny. Dzieci nie pojmują, co się ze mną stało. Muszę być silna, nie mogę pokazywać słabości, muszę się o nie zatroszczyć. I mimo bólu zmuszam się do wstania.

 


20 CZERWCA

Wszystkie kobiety zdolne do pracy znowu muszą iść na służbę. My, obie matki, codziennie opuszczamy nasze mieszkanie. Już sama droga na plac budowy jest niebezpieczna. Chodzimy tylko w małych grupkach.

W czasie pracy wszystkie moje myśli krążą wokół dzieci. Co się z nimi stanie, jak ktoś się włamie? Już kilka razy na podwórku Siegfried i Klaus dostali cięgi od obcych dzieci, ale i od dorosłych. Zabrali im ubrania. Nie ma żadnego nadzoru, nic nie gwarantuje bezpieczeństwa. Nawet Polacy i Rosjanie powracający z robót do domu muszą sami troszczyć się o wyżywienie. Panuje coraz większy bałagan. Po bodaj dziesięciu dniach pociągi wiozą ludzi dalej na wschód, a z Niemiec nadchodzi kolejny transport. Nowi przybysze kontynuują terror swych poprzedników. Ale będzie jeszcze gorzej! [...]

25 CZERWCA

Niemiecki wiceburmistrz mieszka w sąsiednim domu. Opowiada, że polski burmistrz Nosek i inni polscy „urzędnicy", ot tak, po prostu, przejęli zarząd miasta. Ustanowili też polską milicję jako „organ bezpieczeństwa publicznego". Jej siedziba znajduje się w dawnym domu NSDAP. Jakie to znamienne! Urząd zatrudnienia też jest obsadzany Polakami.

27 CZERWCA

Czwartek, 8.00. Muszę zgłosić się w urzędzie zatrudnienia, by przydzielili mi pracę na następny tydzień. Dochodzi do gwałtownej przepychanki między uzbrojonymi polskimi milicjantami a niemieckimi kobietami, które chcą wejść do gmachu. A potem strzelanina. Polska milicja strzela do Niemek i dwie rani. Uciekam ze strachu przed milicją i nie zgłaszam się do urzędu.

28 CZERWCA

Dzisiaj dzieje się coś niepojętego. Od strony Pilgramshainu około 10.00 nadchodzą funkcjonariusze milicji, wpadają do domów na naszej ulicy i rozkazują, abyśmy w ciągu pięciu minut opuścili wszystkie mieszkania. Na to nie jesteśmy przygotowani. Pakujemy najpotrzebniejsze rzeczy i zbiegamy na ulicę. Polacy gnają nas pod obstawą w kierunku śródmieścia, na rynek. „Punkt zborny przed wymarszem do Rzeszy" - widnieje na dużej tablicy. Przez megafony każą nam ustawić się w kolumny marszowe. Spędzają razem mieszkańców Striegau i jeszcze jakichś pozostałych w mieście uciekinierów. Staram się, żeby dzieci były przy mnie. [...]

Żałosny to pochód. Na wpół ubrane, płaczące dzieci, starzy mężczyźni i kobiety, chorzy na ręcznych wózkach albo taczkach, boso albo w kapciach. Byliśmy już parę razy w podobnej sytuacji, dlatego jakoś sobie radzimy. Dzieci też już wiedzą, co trzeba. Niedola, jaką przeżyliśmy w czasie ucieczki, niejednego nas nauczyła.

 

Milicja z bronią wypędza nas z miasta w kierunku Fehe-beutel i dalej przez Grote Rosen, Herzogswaldau, Seckerwitz ( przyp. 4) . Tych, co nie nadążają, spycha do rowu, razem z bagażem. Krok w krok podążają za nami polscy i ukraińscy cywile i rabują wycieńczonych. Pod wieczór docieramy do Jauer. Miasto jest wyludnione, prawdopodobnie zostało opróżnione w podobny sposób.

Przy wyjściu z miasta w kierunku Peterwitz ( przyp. 5)  postój. Zrobiło się już za ciemno na dalszy marsz pod obstawą. Stoją tu jakieś pojazdy. Milicjanci wsiadają i odjeżdżają w kierunku Striegau. Polacy i Ukraińcy, którzy towarzyszyli nam aż do tego miejsca, krążą teraz jak hieny. Gorzkie doświadczenia nauczyły nas trzymać się trochę z boku. [...] Nie mamy nic, tylko to, co na sobie. Wózek już nam zabrała zgraja.

Ogarnia mnie zwątpienie i wściekłość. Przecież wojna już się skończyła, Polacy nie mogą robić z nami, co chcą. Jestem u kresu sił. Przychodzi mi do głowy, że trzeba by skończyć z tym wszystkim. W szopie, w której się schroniliśmy, sznurów jest pod dostatkiem. Wściekłość na męża, że nie troszczy się o nas i nas nie ochrania! Wściekłość na Boga, że na to wszystko pozwala! A moje dzieci? Co będzie z nimi, jak mnie zabraknie? Trzeba jakoś to ciągnąć. Jakoś...

Noc jest straszna, nie mogę zmrużyć oka. Bezustannie czuwam, aby nic się nie stało, obserwuję dzieci. Śpią spokojnie, mocno. To jakiś cud, że to wszystko wytrzymują.

29 CZERWCA

Rankiem głośne krzyki i strzały. Polscy milicjanci są już na miejscu i zrywają nas ze snu. Gnają nas dalej, nie troszcząc się o pojedyncze osoby. [... ] Zachowują się coraz brutalniej. Sama też obrywam pejczem, kiedy zasłaniam sobą Margot. Po raz pierwszy czuję tak piekielny ból. Wieczorem docieramy do Seichau ( przyp.6)  Postój w dawnym majątku na skraju wsi. Szybko znaleźć na noc kawałek dachu nad głową. Ostatni Niemcy doczłapują do postoju, a Polacy odjeżdżają ciężarówkami. Polscy i ukraińscy cywile już nie szli za nami. Na szczęście mamy więc spokój.

Jest już ciemno, kiedy samochodem nadjeżdża jakiś Niemiec z zarządu Striegau i oznajmia: „Możemy wracać do miasta!". Niesłychane ożywienie. Niektórzy zaraz wyruszają. My jesteśmy zbyt zmęczeni. Nie mogę już skazywać dzieci na drogę powrotną. Urządzamy się więc na nocleg. Jak zwykle Margot i Siegfried udają się na poszukiwanie łupów. Koniecznie potrzebujemy czegoś do jedzenia i picia. Jednak nic nie znajdują. Na podwórzu stoi pompa, możemy więc przynajmniej napić się wody i obmyć. [...]

Co robić? Wracać? Z powrotem do mieszkania? Co nas tam czeka?

Tymczasem jesteśmy już ostatni. W spokoju rozglądamy się, czy nie znajdzie się coś przydatnego. A przydałby się wózek, jedzenie i picie, jakieś rzeczy do ubrania. [...] W końcu postanawiamy, że pójdziemy do Pombsen ( przyp. 7) , do babci. Ruszamy w drogę, chociaż nie wiem, czy rodzice jeszcze tam są. Dobrze znam drogę przez las z Seichau przez Willmannsdorf ( przyp. 8). Zawsze chodziliśmy tu na grzyby, na wędrówki. Stąd jest jeszcze jakieś 10 kilometrów do domu rodziców. Na dobrą sprawę można je przejść w ciągu pięciu godzin. Pogoda jest w miarę dobra i mamy nadzieję, że w górach nie natkniemy się na Rosjan ani Polaków. [...]

Wędrówka przebiega bez zakłóceń. Po drodze nie spotykamy żywej duszy. W lesie nieskończona cisza. Jaka piękna jest nasza ziemia ojczysta! Parę razy zatrzymujemy się na odpoczynek, ciesząc się przyrodą dookoła. [... ]

Docieramy do skraju rozciągniętej ulicówki, mojej rodzinnej wsi Pombsen. Dom rodziców stoi mniej więcej w środku. Przez chwilę obserwuję drogę z ukrycia. [...] Dzieci już niezwykle ożywione, tak długo nie widziały dziadka i babci. Jaka to radość wziąć ich znowu w ramiona! Trwamy tak przez chwilę i nie powstrzymujemy łez. [...]

We wsi mało śladów wojny. Niektóre domy stoją puste, inne natomiast zamieszkane są przez uciekinierów. Nie ma tu ani żołnierzy rosyjskich, ani polskiej milicji, a w tej chwili nie ma nawet polskiej ludności cywilnej. [...]

 

 

1 - Pierwsze dziecko mieszkało z dziadkami.

2 - Żółkiewka.

3 - Katiusze.

4 - Rogoźnica, Niedaszów, Siekierzyce.

5 - Piotrowice

6 - Sichów

7 - Pomocne

8 - Stanisławów

Autor: Helene Plüschke, Ursula Pless-Damm, Esther Gräfin von Schwerin

Wybór, tłumaczenie i opracowanie: Ewa Czerwiakowska

Format: 128 x 200

Objętość: 192

Oprawa: miękka

ISBN: 978-83-7705-230-3

Cena: 34,90