Jasne, nie rozmawiamy, bo jesteśmy zapracowani i zmęczeni. „To wymówka. Przyjrzyjmy się swojemu życiu i podliczmy, ile czasu marnujemy na niekonstruktywny wypoczynek, choćby na telewizor. Powtarzam parom, z którymi prowadzę zajęcia: »wywalcie to pudło do drugiego pokoju, a zobaczycie, ile czasu zyskacie na rozmowę, na bycie ze sobą«. Oczywiście wymaga to wysiłku, bo wiadomo, że łatwiej włączyć telewizor niż wykreować wspólny wieczór” – mówi Dagmara Miąsek. Cenne godziny i minuty zdarza nam się czasem dzielić nierównomiernie, bo na przykład jedno z partnerów za dużo czasu poświęca pracy, a za mało rodzinie. Ludziom dużo łatwiej jest zaangażować się w pracę, w rozwój zawodowy, tam realizować swoje pasje i marzenia. To częsty problem menedżerów, którzy świetnie zarządzają zespołem i swoim czasem w firmie, ale zupełnie nie potrafią tych umiejętności wykorzystać w domu.

A życie rodzinne – tak jak praca – to przede wszystkim gra zespołowa. Trzeba się nauczyć organizować czas razem, ale i bez siebie. Mała przestrzeń, na której musi żyć wiele rodzin, powoduje, że wystarczy iskra, aby wywołać awanturę. Brak azylu to problem większości z nas. I nie chodzi o ucieczkę, ale o chwilowe pobycie samemu, czasem o kwadrans, a czasem o godzinę. Taki krótki czas jest nam potrzebny, by wrócić zregenerowanym do rodziny i funkcjonować dużo lepiej. Jeśli nie mamy odpowiedniego miejsca w domu, warto wyjść, choćby na krótki spacer. I przede wszystkim nie wpadajmy w panikę, kiedy ta druga osoba mówi, że musi chwilę pobyć sama. „Miłość składa się z różnych faz. W pierwszej jest totalne zauroczenie, chemia, fascynacja i potrzeba ciągłego bycia razem. Tyle że ten okres przeciętnie trwa od dziewięciu miesięcy do dwóch lat. Potem już tak nie będzie, co nie oznacza, że będzie gorzej. Błąd niektórych polega na tym, że nie potrafią zrozumieć, dlaczego partner nie trzyma już stale za rękę i nie patrzy w oczy. Uważamy, że dzieje się coś złego. I mamy kolejną pomyłkę” – mówi Lidia Czarkowska, psycholog i socjolog, dyrektor Centrum Coachingu i Mentoringu w Akademii Leona Koźmińskiego.

Jeśli więc druga osoba chce się czasem wycofać, pozwól-my jej. „Znam mężczyznę, który raz do roku wyjeżdża na tydzień sam w góry. Chodzi, podziwia widoki, fotografuje. I przez te siedem dni czuje się świetnie sam ze sobą. To nie oznacza, że nie kocha żony i dzieci” – tłumaczy Benedykt Peczko, podkreślając, że takie potrzeby mogą być szczególnie silne u osób, które na co dzień pracują z dużą liczbą ludzi: doradców, konsultantów, pracowników korporacji.

Uwaga, dziecko!

Aldona i Igor. Przed trzydziestką. Roczna córka. Mieszkanie w centrum miasta.

Ona: Rok temu świat wywrócił się nam do góry nogami. Dopiero teraz dochodzimy do siebie. Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że po raz pierwszy o rozwodzie pomyślę zaraz po urodzeniu dziecka, to postukałabym się w czoło. Od przyjścia ze szpitala, z małymi wyjątkami, z Igorem praktycznie nie rozmawiałam. Mała ryczała, ja razem z nią. On chciał mi pomagać, ja krzyczałam, że wszystko robi nie tak. Horror! Macierzyństwo jest piękne – powtarzali wszyscy. Dla mnie nie było. Teraz myślę inaczej!

On: O ciąży dowiedzieliśmy się, gdy planowałem z kolegami wyjazd na Mont Blanc. Oni pojechali, ja nie. Potem urodziła się Majka i świat zwariował. Na kilka miesięcy musiałem zapomnieć, że mam żonę.

Pierwszy raz dłużej udało nam się porozmawiać po trzech miesiącach. Teraz jest lepiej. Tylko ta góra cały czas pozostała w tyle głowy...