Japończycy najwyraźniej uznali, że ich pierwszy seryjny elektryczny motocykl może jeszcze trochę poczekać na rewolucję. Nadal ma niewielki zasięg, skromne osiągi, dwie wyjmowane baterie i cenę, która może sprowokować bardzo szybkie spojrzenie w stronę spalinowego salonu Kawasaki.
Ninja z wyglądu, miejski elektryk z charakteru
Nazwa Ninja przez dekady zdążyła obrosnąć skojarzeniami z osiągami, wysokimi obrotami i sportową stylistyką. Ninja e-1 wygląda jak pełnoprawny członek tej rodziny. Ma owiewki, 17-calowe koła, stalową ramę kratownicową, przedni widelec teleskopowy o średnicy 41 mm, układ Uni-Trak z tyłu oraz hamulce tarczowe 290 mm z przodu i 220 mm z tyłu. Jest też ABS oraz kolorowy ekran TFT o przekątnej 4,3 cala współpracujący z aplikacją Kawasaki Rideology.
Po uruchomieniu szybko jednak okazuje się, że sportowa karoseria skrywa maszynę stworzoną przede wszystkim do miasta.
Silnik elektryczny rozwija standardowo 5 kW, czyli około 6,8 KM. Funkcja e-boost może chwilowo zwiększyć moc do 9 kW, czyli około 12 KM. W trybie Road motocykl osiąga około 84 km/h, a po uruchomieniu e-boost przez maksymalnie 15 sekund może rozpędzić się do około 105 km/h. Tryb Eco ogranicza prędkość do około 60 km/h, ewentualnie około 72 km/h ze wspomaganiem.
Sportowo wygląda więc przede wszystkim parking. Po wyjechaniu na drogę Ninja e-1 trafia raczej do świata sprawnego przemieszczania się między światłami niż weekendowych wycieczek po krętych trasach.

Dwie baterie można zabrać ze sobą
Kawasaki zastosowało dwa wyjmowane akumulatory litowo-jonowe 50,4 V. To rozwiązanie, które w miejskim motocyklu ma sporo sensu. Nie każdy właściciel będzie przecież mieszkał w domu z garażem i gniazdkiem obok motocykla. Baterie można wyjąć i ładować osobno ze zwykłego gniazdka.
Pełne ładowanie pojedynczego akumulatora zajmuje około 3,7 godziny. Kawasaki podaje również około 1,6 godziny na uzupełnienie energii w zakresie mniej więcej od 20% do 80-85%. Motocykl potrafi poruszać się w trybie Eco również wtedy, gdy dostępna jest tylko jedna z baterii.
Zasięg pozostaje jednak największym ograniczeniem tej konstrukcji. Producent deklaruje około 41 mil, czyli około 66 km w trybie Road bez korzystania z e-boost. To wystarczy na codzienne dojazdy do pracy, uczelni czy kilka spraw załatwianych w mieście. Planowanie dłuższej trasy wymaga już znacznie większej cierpliwości.
I tutaj wyraźnie widać, jak daleko motocykle elektryczne pozostają za samochodami EV pod względem uniwersalności. Kierowca elektrycznego auta przywykł już do zasięgów liczonych w setkach kilometrów. Motocyklista wciąż dostaje często propozycję bardzo wyspecjalizowaną.

Cena może być trudniejsza do zaakceptowania niż zasięg
Na rynku amerykańskim Kawasaki Ninja e-1 ABS na rok 2027 kosztuje 7899 dolarów, czyli około 29 150 zł. Co ciekawe, jest to dokładnie taka sama cena, z jaką model pojawił się tam jako rocznik 2024.
Problem staje się bardziej widoczny po zajrzeniu kilka pozycji dalej do katalogu Kawasaki. Spalinowa Ninja 500 startuje w USA od 5399 dolarów, czyli około 19 920 zł. Jest wyraźnie tańsza, szybsza i pozwala w kilka minut odzyskać pełny zasięg na stacji benzynowej.
Trudno mi się więc dziwić osobom, które spojrzą na Ninję e-1 i zaczną liczyć. W mieście brak sprzęgła, natychmiastowa reakcja na gaz, niewielka masa oraz możliwość zabrania akumulatorów do mieszkania są bardzo przyjemnymi cechami. Tyle że za podobne pieniądze rynek oferuje motocykle o znacznie większych możliwościach.
Kawasaki chyba daje elektrykom jeszcze trochę czasu
Brak większych zmian w roczniku 2027 można oczywiście uznać za rozczarowanie. Przydałaby się większa bateria, dłuższy zasięg albo niższa cena. Kawasaki mogło też wykorzystać trzy lata obecności modelu na rynku, żeby przesunąć jego możliwości zauważalnie dalej.

Patrzę jednak na Ninję e-1 trochę inaczej. Jej pozostawienie w ofercie pokazuje, że Kawasaki nie wycofuje się z elektrycznych motocykli tylko dlatego, że rynek rozwija się wolniej, niż kilka lat temu wielu producentów zakładało. Firma ma już doświadczenie z elektrycznymi modelami Ninja e-1 i Z e-1, a równolegle eksperymentuje z hybrydowymi motocyklami Ninja 7 Hybrid i Z7 Hybrid.
Ninja e-1 zaczyna więc wyglądać trochę jak pojazd przejściowy. Ma pozwolić Kawasaki zostać w grze, obserwować klientów i rozwijać technologię, dopóki baterie oraz ich ceny nie pozwolą zrobić następnego dużego kroku.
