Ekolodzy, przynajmniej w teorii, powinni orientować się, jak działają ekosystemy. Nie od dziś wiadomo, że wchodzące w ich skład gatunki splątane są siecią wzajemnych zależności. Dlatego zanim spróbuje się ruszyć jeden z jej węzłów, wypadałoby się dwa razy zastanowić. Niestety, losy położonej na południe od Australii wysepki Macquarie dowodzą, że niektórzy uczeni jeszcze tego nie pojęli.

Chłodny morski klimat sprawia, że porasta ją roślinność przypominająca tundrę. Zanim w 1810 r. wyspę odkryli ludzie, gnieździły się na niej liczne ptaki: pingwiny, petrele, wydrzyki i dwa lokalne nieloty. Na brzegach wylegiwały się stada fok. I to z ich powodu pojawiły się tam statki, a na nich – oprócz ludzi – myszy i szczury. Gryzonie zadomowiły się na wyspie, co zirytowało żeglarzy. W 1818 r. przywieźli koty. Ażeby mieć co jeść, w 1878 r. wzbogacili faunę Macquarie o króliki. Taki był początek katastrofy.

Pierwsze wymarły nieloty. Koty, myszy i szczury atakowały pisklęta w gniazdach ptaków morskich. Króliki natomiast niszczyły roślinność. W 1978 r. ich liczebność osiągnęła maksimum – 130 tys. sztuk. Ludzie postanowili coś z tym zrobić i wypuścili na Macquarie królicze pchły zakażone wirusem myksomatozy. Choroba zrobiła swoje – populacja królików skurczyła się do 20 tys. osobników, roślinność odżyła. Ale jednocześnie okazało się, że króliki były ważną częścią diety zdziczałych kotów. Drapieżniki zaczęły masakrować ptaki na jeszcze większą skalę... Ekolodzy postanowili więc rozprawić się z kotami. Od połowy lat 80. zabijali je systematycznie, aż w 2000 r. nie został żaden. Sukces? Wręcz przeciwnie.

Nikt bowiem nie przewidział tego, że zniknięcie kotów wpłynie na losy królików. W 2000 r. było ich na wyspie kilkanaście tysięcy. Sześć lat później – znów 130 tys. Bogata flora Macquarie zamieniła się w krótko przystrzyżony monotonny trawnik. Królicze rozkopy uszkadzały nory petreli, przez co pisklęta tych ptaków częściej były atakowane przez drapieżne wydrzyki. Naruszona została stabilność stoków, wskutek czego ziemia osunęła się na kolonię pingwinów, zabijając wiele z nich. Gwałtownie wzrosła też liczebność myszy i szczurów.

Wszystkich tych szkód można było uniknąć, gdyby uczeni lepiej przeanalizowali skutki swych działań. Mogli przecież zostawić Macquarie w spokoju – jej ekosystem był już w miarę stabilny. Innym wyjściem było wyniszczenie wszystkich gatunków inwazyjnych naraz. O tym Australijczycy mówią dopiero teraz, ale koszt takiej akcji może wynieść nawet 24 mln dolarów australijskich (ok. 16 mln dolarów amerykańskich). No i jak chcą oni złapać te setki tysięcy harcujących po wyspie gryzoni? Chyba nie sprowadzą na nią znowu kotów...