Zjedzmy najpierw. Jedz, kwiatuszku, cebulową i makaron, tu dobrze gotują... Dobra. Jesteśmy w zeszłym stuleciu, wczesne lata 80. Idę nabuzowany Grodzką do krakowskiego Rynku na spotkanie z kolegami piwniczanami.

Z kim?


Z wszystkimi, którzy spotykali się wtedy w starej Piwnicy pod Baranami i kawiarni Kolorowa. Przy barku zawsze o 15.00 był już Skrzynecki, Kwinta, Litwin, Konieczny, Ewa Demarczyk. Żadnego musu – co było to było. Czasem Piotr Skrzynecki robił przedstawienia, w których występowało 4 skrzypków, 5 pianistów i jeden wokalista. I grało się tak do rana. Tego dnia była msza za papieża, ZOMO i rzucanie gazem. Stałem w gromadzie ludzi i pragnąłem być spałowany, ale byłem z synkiem Pawełkiem, więc wycofałem się i zostawiłem dziecko w domu. Gdy wróciłem, by podłączyć się do walki o wolność i demokrację, zamieszki się już skończyły... Został tylko gaz łzawiący w Sukiennicach, który jeszcze działał. Miałem więc okazję uronić choć łzę.

A gdzie Pszczółka?

Jednym z moich ostatnich wystąpień był koncert towarzyszący odsłonięciu pomnika Lenina w Nowej Hucie. Tej samej jeszcze nocy ktoś zostawił pod nim rower i cholewy oraz napis „Masz rower i buty, wypierdalaj z huty”. Gdy zaczął się bojkot radia i telewizji, wsiadłem w fiata 125, kolor bahama yellow, 13 warstw lakieru, i pojechałem do Poznania i zrezygnowałem z etatu w Radiokomitecie.

Bo wypadało?


Etat etatem, ale nastał stan wojenny i jednakowoż robienie z siebie małpy w telewizji, między wiadomościami o akcjach ZOMO, było obciachem. Tym bardziej, że mój ojciec w ósmym pułku ułanów służył. Pszczółkę Maję nagrałem jednak jeszcze przed „wojną” i gdy po jej zakończeniu z powrotem włączono telewizory, ku memu zaskoczeniu, okazało się, że nadal jest emitowana.

Dlaczego jej nie zdjęli?

Operowali tym, co mieli w archiwach. Zapłacili za nią, więc mieli prawo do emisji.

Nikt Cię nie posądził o kolaborację?

Strasznie się tego bałem. Na szczęście zjawisko Pszczółki zostało ośmieszone u Zenka Laskowika w kabarecie Tey, bo tam śpiewałem ją z trybuny. Że niby Maja wiecznie żywa. Ładowało się wtedy w „czerwonego”, gdzie się dało, łącznie z kabaretami w Opolu. Wystarczyło powiedzieć „Moskwa” i już był ryk. Czuliśmy się potrzebni, dzielni i dumni z tego, co robimy. Piliśmy wódkę, a na scenie ośmieszaliśmy system. W tamtym też czasie wystąpiłem w jakiejś kopalni z pieśnią do słów Zenka „Schowajmy w sobie, co polskie, co nasze, na lepsze czasy”. Zwrócono mi jednak uwagę, bym tego nie robił, bo mnie zamkną i przez dwa lata w ogóle nie zarabiałem pieniędzy, a miałem trójkę dzieci i żonę.

Z czego żyliście?


Ludzie sobie bardziej pomagali niż dziś. To co łączyło, teraz nas rozdziela. Tak jak IPN. Oczywiście, że karę powinni ponieść ci, którzy bili, przesłuchiwali, straszyli, ale im się krzywda nie dzieje. Cierpią ci, którzy byli wtedy ofiarami. To jest głupota naszego narodu. Wtedy był chleb, sól, a bimber się pędziło. Piłem najcięższe alkohole w życiu, bo co nakapało to od razu ze szwagrami wypijaliśmy. Zawsze na ten kieliszek chleba się znalazło.

I jak tak szedłeś nabuzowany tą Grodzką do rynku...

Strasznie chcieliśmy być ofiarami zamieszek. Skrzynecki non stop chodził po Rynku i marzył, by go wreszcie spałowali i zamknęli. Bez skutku. Ja też. Kiedy szedłem taki nabuzowany, natknąłem się na czteroosobowy patrol z białymi pałami. Taką ławą szli. Powoli zbliżałem się do nich patrząc im głęboko w oczy. Lekko zgarbiony, ze sztywnym karkiem, byłem zdecydowany, że im wygarnę, że jak im nie wstyd, że są świnie. Gdy byłem blisko i zamierzałem już wygłosić swą prawdę, jeden z zomowców mnie uprzedził: „O, Pszczółka Maja!”– ucieszył się. I wszyscy zaczęli się ze mnie śmiać. Mało mnie któryś nie poklepał z radości.

Przeklęta Pszczółka?


Tak. Wtedy zrozumiałem, że to co się dzieje dokoła to paranoja. Nie ma tak, że jest Czarne i Białe. W każdej rodzinie żył ktoś kto kiedyś był w PZPR albo dostał jakiś dyplom od partii lub talon na samochód, ewentualnie mieszkanie... Nagle szabelka mi się schowała, bo z kim tu mam się niby bić? Z tymi chłopaczkami, którzy i tak nie rozumieją, do czego to wszystko prowadzi? Mieli może po 18 lat i jeszcze niedawno tę Pszczółkę Maję śpiewali na dobranoc. A teraz tworzyli skoszarowaną, przywiezioną sukami gromadę z najniższymi instynktami skanalizowanymi w Zmotoryzowanych Oddziałach Milicji Obywatelskiej. Oni postawili mnie na półce z napisem: „Ty, koleś, możesz mieć swoje przekonania, ale dla nas nie jesteś groźny!”. Byłem przerażony tą na poły sympatyczną, na poły lekceważącą, i gdzieś tam jeszcze bardzo spontaniczną reakcją. Jakbym dostał w pysk.

O, tak.

Po parunastu latach wyjechaliśmy z Ewą Demarczyk na koncerty do Australii. Jako wielbiciel słońca położyłem się na plaży, zdjąłem okulary i postanowiłem się poopalać. Żeby było widać w Krakowie, że byłem w Australii. Leżę i słyszę, że facet mówi coś po polsku do jakiegoś Jasia. Podniosłem się. Jasiu miał może 7 lat. Nagle facet mnie zauważył, wziął go za rękę i podeszli. Patrzy on na mnie, ja na niego i widzę: łza ścieka mu policzku. Płacze. Dorosły facet w biały dzień. I słyszę jak mówi wskazując na mnie: „Popatrz Jasiu, to jest Pszczółka Maja”. I tu dopiero do mnie dotarło! On wrócił na chwilę do tej kuchni, gdzie się w piecu paliło i babcia jeszcze żyła, robili malutkiemu Jasiowi kolacyjkę, a potem była dobranocka. Pszczółka Maja. Dzięki temu spotkaniu wrócił na chwilę z wygnania do rodzinnego domu. Świat mu się zmniejszył.

I tak oto reputacja Pszczółki została uratowana.