Jest bezksiężycowa noc z 3 na 4 października 1795 r. Za trzy tygodnie zostanie podpisany traktat rozbiorowy, kładący kres istnieniu państwa polskiego. Krakowem od 17 miesięcy rządzi pruski gubernator Antoni von Hoym. Tej nocy, w asyście kilku oficerów, podjeżdża powozem na wawelskie wzgórze, by zrealizować swój obmyślony od dawna plan włamania się do skarbca koronnego i zabrania stamtąd najcenniejszych klejnotów polskiej monarchii. 

Von Hoym objął władzę po zajęciu miasta przez wojska pruskie – walczące z oddziałami Kościuszki, który tu w marcu 1794 r. rozpoczął powstanie. Insurekcja jednak upadła, a mający bronić Krakowa płk Ignacy Wieniawski na wieść o zbliżającym się nieprzyjacielu zrejterował. Jedynym strażnikiem gromadzonych od 800 lat wawelskich regaliów pozostał 52-letni ksiądz Sebastian Sierakowski – ostatni kustosz skarbca, mianowany na to stanowisko 4 lata wcześniej przez króla Stanisława Augusta. 

Sierakowski ma wszystkie klucze i nie niepokoi się o los skarbca. Przed Prusakami po Wawelu buszowali już Rosjanie, jednak nie odważyli się ruszyć regaliów. Kustosz słyszy nadjeżdżający powóz z von Hoymem i spokojnie idzie spać.

Z Prusakami jest jednak inaczej: mają konkretny plan i wiozą ze sobą najlepszego ślusarza. To on ma otworzyć sześć zamków i skrzynie, broniące dostępu do największych skarbów Rzeczypospolitej. 

Zdrada magazyniera

Rabunek Krakowa zaczął się w czerwcu 1794 r., tuż po zajęciu miasta przez wojska pruskie. Spustoszone zostały kościoły, państwowe urzędy i Wawel. Von Hoym wie jednak, że najcenniejsze skarby zostały starannie ukryte w wielkim zamku. Tylko gdzie? I jak się do nich dostać? Krótko po objęciu stanowiska gubernator otrzymuje informację, że o spotkanie z nim prosi usilnie niejaki Zubrzycki, gotowy przekazać bardzo ważną wiadomość. Polak zostaje przyjęty.

Zubrzycki okazuje się magazynierem wawelskiego zamku. Poznał każdy zakątek twierdzy. Teraz chce zrobić na tym interes. W zamian za stanowisko w pruskiej administracji, wysoką pensję i mieszkanie zdradzi miejsce przechowywania koronnych klejnotów. Von Hoym chce natychmiast poznać tajemnicę, ale Zubrzycki jest ostrożny. Żąda gwarancji od samego pruskiego króla Fryderyka Wilhelma II! Dopiero kiedy je otrzyma, zdradzi sposób dostania się do skarbca.

Von Hoym natychmiast wysyła kuriera do Berlina. Gwarancje przychodzą szybko. Zubrzycki zostaje mianowany królewskim komisarzem w Częstochowie. Za pensję 180 talarów rocznie i mieszkanie dla całej swojej licznej rodziny ma nadzorować przestrzeganie pruskiego porządku w tym mieście. 

Żelazne drzwi

Gubernator dostaje w końcu upragnioną informację. Skarbiec mieści się na parterze, w północno-wschodnim narożniku zamku, w wieży zwanej Kurzą Stopką oraz sąsiedniej Wieży Duńskiej. Dostępu do niego strzeże sześcioro żelaznych drzwi wyposażonych w potężne zamki. W czasach świetności Rzeczypospolitej klucze przechowywało sześciu senatorów – kasztelanowie: krakowski, wileński, poznański, sandomierski, kaliski i trocki – a drzwi można było otworzyć tylko na mocy osobnej ustawy sejmowej. Ostatni raz stało się to w kwietniu 1792 r., kiedy prowadzono inwentaryzację skarbca, połączoną z wystawą klejnotów na Wawelu. Od tamtej pory nikt go nie otwierał. 

Ale żelazne drzwi to nie wszystko. Skarby są zamknięte w dwóch wielkich żelaznych skrzyniach. Mieszczą w sumie dziewiętnaście szkatuł, a w każdej z nich jest od trzech do pięciu wkładów, na których poukładane są klejnoty. Skrzynie zamykane są na podwójne zamki i siedem kłódek. Najcenniejsze precjoza – klejnoty koronacyjne polskich królów i królowych – są dodatkowo chronione w osobnym pojemniku zwanym sepetem, zamykanym na trzy zamki.

Von Hoym wie już, że dostanie się do skarbca i jego rabunek nie będzie łatwym zadaniem. Rozsyła więc swoich ludzi, aby przywieźli do Krakowa najlepszego specjalistę od zamków w całych Prusach. Znajdują go we Wrocławiu.

Jednak decyzja o rabunku skarbca nie leży w gestii samego gubernatora. Kradzież na taką skalę to sprawa polityczna: decyzję musi podjąć sam król pruski Fryderyk Wilhelm II. Tymczasem między Prusami, Austrią i Rosją trwają wciąż negocjacje dotyczące ostatecznego podziału Polski. Jesienią 1795 r. wiadomo już, że Kraków z częścią Małopolski ma zostać przekazany Austrii. 

Znana jest też data opuszczenia miasta przez Prusaków – 5 stycznia 1796 r. 24 września 1795 r. Antoni von Hoym otrzymuje od króla zgodę na rabunek skarbca. Z zastrzeżeniem, że wszystko ma się odbyć w największej tajemnicy.

Włamanie

10 dni później, w sobotnią noc, von Hoym na czele grupy kilku osób wchodzi po kamiennych schodach do sali, w której umieszczone są drzwi do skarbca. Towarzyszą mu generał Ritz, zarządca zamku margrabia Kowalski, ślusarz z Wrocławia pan Lang oraz oficerowie: kapitan von Holtzman, kapitan von Losthin i lejtnant von Freund. Zadaniem żołnierzy jest wywiezienie zrabowanych klejnotów do Prus – najpierw na Śląsk do Koźla, a stamtąd do Wrocławia i dalej do Berlina.

Ślusarz rozkłada narzędzia i przystępuje do forsowania zamka. Bezskutecznie. Potężne drzwi nie ustępują. Mijają godziny, a perspektywa niepostrzeżonego rabunku i wywiezienia skarbów z Wawelu coraz bardziej się oddala. Prusacy zaczynają panikować. Zdesperowany gen. Ritz rzuca pomysł, by sprowadzić armatę i z jej pomocą pokonać drzwi. Jednak margrabia Kowalski przekonuje go, że huk wystrzału spowoduje zawalenie się średniowiecznych stropów. W końcu ktoś wpada na pomysł, by sprowadzić do pomocy najlepszego ślusarza z Krakowa, majstra Weissa. Żołnierze wyciągają go łóżka i przywożą na Wawel.

 

Weiss w milczeniu ogląda potężne drzwi i zamki, w końcu wyrokuje: bez kluczy nie da się ich otworzyć. Jedyny sposób na wejście do skarbca to wyjęcie kamiennego progu pod drzwiami, przeciśnięcie się pod nimi i otwarcie ryglowych zamków od wewnątrz. Zaczyna się żmudne kucie kamienia. 

W końcu próg udaje się wyjąć. Weiss przeciska się wąską szczeliną do środka i odblokowuje rygle. Kolejne drzwi, już słabsze, udaje się ślusarzom wyłamać lub wybić węgary – kamienne belki z boków drzwi. W końcu włamywacze docierają do komnat skarbca. Majster z Wrocławia przepiłowuje zawiasy skrzyń. Wyjęte z nich szkatuły, już bez otwierania, von Hoym i jego pomocnicy wynoszą do powozu. Gubernator decyduje, żeby na początek przewieźć je do jego krakowskiej siedziby. 

Zaginione skarby

Nie wiadomo, czy ślusarz otworzył szkatuły z klejnotami już w domu von Hoyma, czy dopiero po przywiezieniu ich do Wrocławia, co nastąpiło 8 października. Tajemnica została jednak zachowana. Przez kolejne 3 miesiące mieszkańcy Krakowa nie mieli pojęcia, że z Wawelu zniknęły koronacyjne klejnoty polskich królów i królowych. Dopiero 8 stycznia 1796 r., trzy dni po przekazaniu miasta Austriakom, nowy komendant miasta odkrył ślady włamania. Nie chcąc brać odpowiedzialności za zniszczenie skarbca, zwrócił się do krakowskiego magistratu o wydelegowanie kilku znanych obywateli jako świadków przejmowania Wawelu przez nowe władze. Znalazł się wśród nich m.in. Tadeusz Czacki, historyk i wybitny działacz oświatowy.

Po dotarciu na miejsce inspektorzy stwierdzili, że pierwsze drzwi do skarbca są nienaruszone. Dopiero kiedy kustosz Sierakowski otworzył je, poznali rozmiary kradzieży. Kolejne drzwi były powyłamywane, skrzynie porozbijane, w sepecie, w którym trzymano insygnia koronacyjne, przepiłowano skoble. Pozostało w nim tylko sześć dokumentów – kolejnych spisów zawartości skarbca. W sumie ukradziono ponad 120 przedmiotów, w tym najcenniejsze:

Tzw. koronę Chrobrego, którą koronowała się większość władców Polski, począwszy od Władysława Łokietka. Była to szczerozłota gotycka korona składająca się z 9 segmentów zwieńczonych liliami, o wadze ok. 1,3 kg, ozdobiona ponad 300 szlachetnymi kamieniami i 80 perłami.

Koronę królowych – insygnium koronacyjne żon królów.

Koronę homagialną – insygnium królewskie do odbierania hołdów.

Koronę węgierską, wykonaną na wzór korony świętego Stefana, którą koronował się Stefan Batory.

Koronę szwedzką – prywatną koronę dynastii Wazów, ozdobioną 225 szlachetnymi kamieniami i perłami.

Cztery berła królewskie.

Pięć jabłek królewskich.

Dwa miecze ceremonialne, w tym Szczerbiec.

Szczególną stratą była kradzież korony Chrobrego i korony królowych, używanych tylko do koronacji władców. Nie była to prywatna własność monarchów, lecz istniejące od niemal ośmiu stuleci znaki trwałości państwa. Pruskiemu królowi i von Hoymowi nie chodziło jednak o pozbawienie Polaków ich symboli, ale o złoto i szlachetne kamienie – motywem rabunku była wyłącznie chciwość. 

Na podłodze włamywacze pozostawili bowiem dwa stare żelazne miecze, uznając je za pozbawione wartości. Czacki rozpoznał w nich broń, którą Krzyżacy ofiarowali królowi Jagielle pod Grunwaldem. Miecze były noszone przed królem w dniu koronacji, symbolizując Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Gdyby Prusacy znali trochę lepiej historię Polski i kierowali się motywami politycznymi, pewnie kazaliby zabrać i zniszczyć je w pierwszej kolejności.

Stracona szansa

Informacja o rabunku krąży po mieście, ale… mało kto się nią przejmuje. Krakowski historyk sztuki Michał Rożek, znawca wawelskich regaliów, nie ma złudzeń. „To było społeczeństwo kolaboracyjne – tłumaczy. – Jedno państwo upadło, to będzie inne. Nawet w pierwszą sylwestrową noc pod zaborami Kraków świetnie się bawił. Los królewskich koron nikogo wówczas nie interesował. To przyszło później, wraz w romantyczną wizją dziejów Polski”.

Poza pruskimi urzędnikami jeszcze tylko dwie osoby widziały zrabowane klejnoty po ich wywiezieniu z Krakowa. Pierwszą był polski arystokrata Feliks Łubieński, który w 1797 r., przebywając na dworze w Berlinie z okazji objęcia tronu przez Fryderyka Wilhelma III, rozpoznał w naszyjniku królowej Luizy Pruskiej kamienie, pochodzące z polskich regaliów. Kiedy spytał o nie, królowa była wyraźnie zmieszana i więcej nie pokazała się publicznie w tej biżuterii. 

Trzy lata później zwiedzającemu berliński skarbiec brytyjskiemu księciu Sussex Augustowi Fryderykowi pozwolono założyć na głowę „koronę jednego z polskich królów”. Opowiedział o tym Janowi Ursynowi Niemcewiczowi. 

12 lat po rabunku skarbca cesarz Napoleon podbił Prusy i z części ich ziem odebranych Polsce w czasie zaborów utworzył podporządkowane Francji Księstwo Warszawskie. Fryderyk Wilhelm III został zobowiązany do zwrotu skradzionych z Wawelu klejnotów koronnych, które od roku były przechowywane w Królewcu. W końcu upomnieli się o nie też Polacy.

W 1807 r. minister sprawiedliwości w rządzie Księstwa Warszawskiego Józef Kalasanty Szaniawski został upoważniony do negocjacji z intendentem napoleońskiej armii księciem Daru w sprawie odzyskania regaliów. Daru, którego obowiązkiem było zapewnienie środków do finansowania napoleońskich podbojów, nie przejął się bynajmniej polskimi roszczeniami. Jego najważniejszym celem było wyegzekwowanie od Prus kontrybucji nałożonej po przegranej wojnie. Odrzucił więc polskie żądania, co było o tyle łatwe, że nie miały poparcia władcy Księstwa Warszawskiego króla Saksonii Fryderyka Augusta. Ten prawnuk polskiego króla Augusta III Sasa wolał dbać przede wszystkim o dobre relacje w potężnymi Francuzami.

Zagłada skarbca

 

Francuskie naciski w sprawie kontrybucji przypieczętowały los polskich klejnotów koronnych. Fryderyk Wilhelm III postanowił je po prostu rozmontować, złoto przetopić na monety, a kamienie szlachetne i inne przedmioty sprzedać. W styczniu 1809 r. konwój z Królewca dostarczył polskie regalia do berlińskiej dyrekcji Instytutu Morskiego, gdzie miano oszacować ich wartość. Według ówczesnych dokumentów przesyłka zawierała „6 koron, ozdobionych częściowo szlifowanymi, częściowo nieszlifowanymi kamieniami szlachetnymi i perłami (…) częściowo bez klejnotów, berło z pokrowcem, ozdobionym u góry i u dołu barwnymi szlifowanymi kamieniami, (…) pozłacane berło bez pokrowca, 2 miecze, diamentowy pas od miecza, 2 relikwiarze, złote berło, 2 złote ciężkie łańcuchy, 2 berła i trzy jabłka metalowe”. Koron było sześć, ponieważ do pięciu zrabowanych dołączono tzw. koronę moskiewską, zastawioną w 1700 r. elektorowi Prus Fryderykowi w zamian za 300 tys. talarów polskiego długu. Kwotę tę pożyczył jeszcze król Jan Kazimierz na prowadzenie wojny ze Szwecją.

W Berlinie wartość skarbu oszacowano na 525 259 talarów. Dwa miesiące później, 17 marca 1809 r., korony zostały odesłane do Królewca i zdemontowane pod nadzorem tajnego ministra stanu von Altensteina. Szlachetne kamienie zatrzymano do sprzedaży, złote części zostały przetopione. Wszystko odbyło się znów w największej tajemnicy. Kiedy więc w lutym 1811 r. szacujący pruskie zobowiązania wobec Księstwa Warszawskiego radca Teodor Dembowski przypomniał Radzie Stanu o konieczności odzyskania klejnotów koronnych, insygnia były już bezpowrotnie zniszczone. 

„W lipcu tego samego roku pruski król zdecydował, by pozyskane ze skarbu złoto przeznaczyć na wybicie monet. Tak się też stało. Po polskich regaliach nie pozostał ślad” – uważa Michał Rożek. Z jednym wyjątkiem. 

Ocalenie szczerbca

W 1815 roku upadł Napoleon, a ziemie Księstwa Warszawskiego weszły w skład imperium rosyjskich carów pod nazwą Królestwa Polskiego. Cztery lata po tych wydarzeniach do generała Wincentego Krasińskiego, marszałka Sejmu Królestwa, zgłosił się rosyjski arystokrata Dymitr Łobanow-Rostowski. Oferował mu kupno średniowiecznej broni, którą – jak twierdził – był prawdziwy Szczerbiec, koronacyjny miecz polskich królów, skradziony przed 24 laty z Wawelu.

Skąd go miał? Łobanow twierdził, że kupił go w Moskwie od ormiańskiego handlarza. W rzeczywistości musiał nabyć go w Berlinie lub Królewcu, dokąd często kursował w misjach dyplomatycznych. Arystokrata chciał ukryć pochodzenie miecza, ponieważ zgodnie z prawem powinien przekazać go… carowi Aleksandrowi I, noszącemu wówczas tytuł polskiego króla. Łobanow, będący wówczas – notabene – carskim ministrem sprawiedliwości, wolał jednak zarobić, sprzedając miecz polskiemu generałowi, znanemu kolekcjonerowi broni, niż oddać go za darmo władcy.

Krasiński ofertę odrzucił, podejrzewając fałszerstwo. Niesłusznie. Szczerbiec trafił w ręce rosyjskich kolekcjonerów, a później do Ermitażu, skąd 133 lata od pruskiego rabunku powrócił na Wawel. Skoro jednak mógł przetrwać Szczerbiec, to może przetrwały także inne klejnoty polskich królów?

W 1829 roku paryski dziennik „Constitutionnel” podał sensacyjną wiadomość: najcenniejsze polskie klejnoty, w tym korona Chrobrego, zostały zabrane z Wawelu przez polskich mnichów tuż przed pruskim rabunkiem. Bracia, którym towarzyszyło sześciu ślusarzy, mieli później wywieźć korony na Wołyń, gdzie zostały ukryte, czekając na odzyskanie niepodległości przez Polskę. Pretekstem do ukazania się artykułu była koronacja cara Mikołaja I na króla Polski. Car, chcąc użyć oryginalnych polskich insygniów, zwrócił się do króla Prus o ich zwrot. W odpowiedzi dostał jednak zdawkową informację, że „nie wiadomo, co się stało z polskimi koronami”. To tylko podsyciło spekulacje.

Prawda i legenda

Mit „ocalonych koron” doskonale wpisywał się w nadchodzącą epokę romantyzmu. W ciągu kolejnych lat co chwila 

pojawiały się nowe sensacyjne opowieści, dotyczące prawdopodobnych miejsc ich ukrycia. Miały być to m.in. Włodzimierz 

Wołyński, Lubelszczyzna lub Austria.

„I chociaż w 1836 r. Fryderyk Wilhelm III ostatecznie musiał przyznać się carowi do zniszczenia klejnotów, legenda o ich uratowaniu okazała się wyjątkowo trwała” – dodaje Michał Rożek.

W lipcu 1920 r., w apogeum wojny z bolszewikami, opozycyjna prasa całkiem poważnie oskarżała marszałka Piłsudskiego, że odnalezioną na Wołyniu koronę Chrobrego kazał ukryć, by samemu koronować się na króla Polski. Legenda żyła także w czasach PRL-u. W 1966 roku w poszukiwaniu koron przekopano cmentarz w Witoszycach (Wielkopolska), gdzie rzekomo miały trafić z Wołynia. Szukano ich również w Miłosławiu koło Aleksandrowa Kujawskiego, w Więcławicach i Myśliborzycach pod Płockiem, pałacu w Waplewie pod Elblągiem, należącym do Sierakowskich (jedna z wersji legendy mówiła, że korony uratował kustosz wawelskiego skarbca), Piaskach Wielkich koło Krakowa oraz Kłodzku, gdzie miały zostać ukryte przez hitlerowców po ich odnalezieniu w czasie wojny. 

„Dostawałem nawet listy od więźniów z Wronek, którzy twierdzili, że wiedzą, gdzie są wawelskie regalia” – śmieje się Michał Rożek. I chociaż pruskie dokumenty świadczą o tym, że insygnia koronacyjne polskich władców zostały bezpowrotnie zniszczone 203 lata temu, mit żyje. Wielu Polaków nadal wierzy, że bezpiecznie ukryta korona Chrobrego wciąż czeka na godnego siebie władcę.

1. Co z mieczami grunwaldzkimi?

Grunwaldzkie miecze, które przetrwały pruski rabunek, Tadeusz Czacki zabrał z Krakowa i podarował księżnej Czartoryskiej do jej kolekcji. Po upadku powstania listopadowego i ewakuacji muzeum do Francji trafiły na przechowanie do proboszcza we Włostowicach. Były tam do 1853 r., kiedy znalazł je carski żandarm i zarekwirował jako… nielegalną broń. Zabrał je do Zamościa, a tam ślad po nich zaginął.

2. Zniknięcie szkatuły królewskiej

W 1801 roku księżna Izabela Czartoryska utworzyła w Puławach pierwsze polskie muzeum, nazwane Świątynią Sybilli. Powodem stały się dramatyczne informacje o rabunku wawelskiego skarbca, dostarczone jej przez Tadeusza Czackiego. Księżna chciała przynajmniej w części powetować rodakom utratę regaliów, starając się zebrać jak najwięcej pamiątek po polskich królach. Prosiła o nie wszystkie rody arystokratyczne: Radziwiłłów, Sapiehów, Potockich, Zamoyskich, Lubomirskich etc. Z czasem stworzyła imponujący zbiór łańcuchów, sygnetów, medalionów, relikwii i innych przedmiotów. Kolekcja była uzupełniana przez potomków księżnej i w 1939 r. liczyła ponad 70 pamiątek.

Zawierająca je tzw. Szkatuła Królewska była przechowywana w Krakowie – gdzie po wybuchu II wojny światowej wpadła w ręce gestapo. Dalszy los ostatnich polskich królewskich klejnotów jest nieznany.

3. Gdzie są kamienie?

 

Prawdopodobnie spora część kamieni szlachetnych wyjętych w polskich regaliów została użyta do wykonania biżuterii pruskich księżniczek. Jedna z nich, Ludwika (córka Luizy, na której ostatni raz widziano polskie klejnoty), miała czwórkę dzieci, których potomkowie zostali później monarchami, m.in. Szwecji, Norwegii i Danii. Być może w skarbcach tych krajów znajduje się dziś część kamieni szlachetnych i pereł z koron polskich władców.

4. Koronacyjne triki Łokietka

Zrabowana z Wawelu korona Chrobrego nie była oryginalnym insygnium koronacyjnym tego władcy. Zostało wywiezione w 1031 r. do Niemiec przez żonę Mieszka II królową Rychezę. Tam ślad po nim zaginął. Z kolei oryginalny Szczerbiec, wyszczerbiony przez Chrobrego na Złotej Bramie w Kijowie, trafił do Czech około 1300 r., skąd został później skradziony z całym skarbcem Przemyślidów przez zdetronizowanego króla czeskiego Henryka. Razem z nim zaginęła też korona Bolesława Śmiałego.

W 1320 roku koronujący się na króla Polski Władysław Łokietek nie miał do dyspozycji żadnych koron, bereł ani jabłek dla siebie i żony. Kazał więc je wykonać, a miecz po prostu znalazł w wawelskim skarbcu. Była to ozdobna broń, podarowana być może przez Krzyżaków księciu mazowieckiemu Bolesławowi, o czym świadczyła inskrypcja [jest jednak na ten temat wiele różnych hipotez, przyp. red.]. Oprócz zbieżności imion właściciela z Chrobrym, miecz miał również u nasady głowni charakterystyczną szczelinę – wynik korozji. Te dwie cechy pozwoliły utożsamić go z legendarnym poprzednikiem. Od tamtej pory koronacyjne insygnia Łokietka zaczęto nazywać koroną Chrobrego oraz Szczerbcem i używano ich przy koronacjach kolejnych polskich władców. Po raz ostatni użył ich Stanisław August Poniatowski w 1764 r.

5. Korona Chrobrego

W 2001 r. Adam Orzechowski, antykwariusz z Nowego Sącza, postanowił zrekonstruować koronę Chrobrego oraz koronacyjne berło i jabłko polskich królów (zdjęcie poniżej). Na podstawie XVIII-wiecznych szkiców i obrazów (m.in. z koronacji Stanisława Augusta) udało się ustalić kształt i rozmiary insygniów, typ kruszcu oraz liczbę i rodzaj kamieni szlachetnych niezbędnych do ich wykonania. W ciągu dwóch lat, przy pomocy kilkudziesięciu zapaleńców z całego świata, Orzechowski zgromadził wszystkie niezbędne klejnoty (większość z nich musiała pochodzić z Indii – w czasach Łokietka nie sprowadzano kamieni z Afryki, a Ameryka nie była jeszcze odkryta). Tylko w kilku przypadkach posłużono się kamieniami syntetycznymi lub zastąpiono szafiry topazami, gdyż oryginały byłyby zbyt drogie.

Największą trudność sprawiło wykucie korony i oszlifowanie kamieni dokładnie taką techniką, jaką stosowano w średniowieczu. Rezultat jest jednak imponujący. Od roku replikę korony Chrobrego, berła i jabłka można oglądać w wawelskim skarbcu. Ironią historii jest fakt, że część złota zużytego na wykonanie korony pozyskano z przetopienia… pruskich talarów. Tych samych, które Fryderyk Wilhelm III kazał wybić ze zrabowanych polskich regaliów.

6. Co ocalało?

Poza Szczerbcem jedynym oryginalnym insygnium koronacyjnym polskich władców są korony i miecz wykonane na intronizację Augusta III Sasa i jego żony Marii Józefy w 1734 r. (zdjęcie z prawej). Nie mogli oni skorzystać z oryginalnych wawelskich regaliów, gdyż te zostały wykradzione i ukryte przez zwolenników elekcji Stanisława Leszczyńskiego i dopiero po kilku latach wróciły na Wawel. Korony można oglądać w Muzeum Narodowym w Warszawie, a miecz w skarbcu katedralnym w Krakowie.

Korony, berła i jabłka, eksponowane obecnie na Wawelu i w skarbcu katedry krakowskiej, to grobowe insygnia polskich królów i królowych, z którymi zostali pochowani, bądź ich kopie. Są to m.in. korony Kazimierza Wielkiego, Kazimierza Jagiellończyka, Zygmunta Starego, Zygmunta Augusta, Anny Jagiellonki, Stefana Batorego i Władysława IV, a także berło i jabłko wydobyte z grobu królowej Jadwigi. Ocalał także grot Włóczni Świętego Maurycego (zdjęcie z lewej), podarowany przez Ottona III Bolesławowi Chrobremu w roku 1000. Nie jest to jednak oryginał (ten znajduje się w Wiedniu), ale kopia, którą cesarz Niemiec kazał wykonać dla polskiego władcy.