Nic dziwnego, że to właśnie te zwierzęta najczęściej biorą na celownik wyszkolone gangi najemników i  płatnych morderców. Określenie „wojna” nie jest więc przesadą. Nad głowami nosorożców latają kule z karabinów szturmowych, patrole z siłami szybkiego reagowania bronią ich niczym twierdzy, a po stronie atakujących są wojskowe oddziały i zawodowi tropiciele. Ludzie w tej walce giną nieustannie – bądź to w obronie zwierząt, bądź przypadkiem, jeśli staną przestępcom na drodze.

O skali tego procederu najlepiej mówią liczby. W Afryce zostały już tylko 4 tys. czarnych nosorożców, czyli mniej niż 4 proc. ich populacji sprzed 40 lat. W Zimbabwe z ponad 300 rezerwatów ochrony przyrody zostało sześć. W  samej RPA tylko w  zeszłym roku kłusownicy zabili ponad 330 sztuk, choć w roku 2011 ten rekord prawdopodobnie zostanie pobity – tylko w trakcie pierwszych sześciu miesięcy Afryka Południowa straciła 260 nosorożców. Oznacza to, że wartość nielegalnego rynku rogów nosorożców sięga rocznie nawet 100 mln dolarów.

Safari u rzeźnika

Rynek ten jest w pełni kontrolowany przez zorganizowane grupy przestępcze, zatrudniające wojskowych. Raz na jakiś czas policji któregoś z afrykańskich krajów udaje się rozbić jeden z gangów, a wtedy debata o zwierzętach jako dobru narodowym i podstawie przychodu z turystyki przetacza się przez wszystkie media. Najgłośniejszym procesem ostatnich lat w RPA była sprawa tzw. gangu Groenewalda. Jedenastu biznesmenom, tropicielom i weterynarzom przedstawiono długą listę zarzutów – od kłusownictwa przez nielegalny handel, napady i korupcję po posiadanie nielegalnej broni. 

Szefem szajki był właściciel znanej agencji turystycznej Out of Africa Dawie Groenewald – były policjant, wyrzucony ze wszystkich organizacji, w których zasiadał, włącznie z kołem łowieckim. Wcześniej już odsiedział wyrok za kłusownictwo, tym razem w  USA, dlatego też przeniósł swoje operacje do Afryki. Groenewald wraz ze swoimi współpracownikami organizował wczasy ze sztucerem na terenie Zimbabwe, gdzie prezydent Robert Mugabe odbierał siłą farmy dotychczasowym właścicielom i oddawał je w posiadanie swoim zaufanym dowódcom.

To właśnie na tych terenach odbywały się kosztowne niby-polowania, podczas których zwierzęta po prostu wystawiano na odstrzał, a klienci z Europy mogli sobie „zaliczyć” lwa, słonia czy lamparta. Groenewald również skupował nosorożce i przewoził je na własne rancza, gdzie zwierzęta były mordowane i pozbawiane rogów. Na jednej z jego farm znaleziono ciała 20 nosorożców, co przyniosło Groenewaldowi przydomek „rzeźnika z Pragtig”. Wiadomo, że biznesmen kryminalista kupił przynajmniej 36 nosorożców i za śmierć tylu zwierząt jest zapewne odpowiedzialny.

Wojna komandosów...

Kłusownicy są świetnie wyposażeni i nie przebierają w środkach. Do nosorożców strzelają najczęściej z pokładu helikopterów, z broni snajperskiej, często nocą, wyposażeni w noktowizory. Z ciała martwego zwierzęcia odcinają róg piłą mechaniczną i znikają w ciemności, nim patrole ochrony zdążą dotrzeć na miejsce. Inni zapisują się na zwykłe, komercyjne wycieczki safari. Podczas kilku dni w buszu poznają dobrze pracę ochrony, trasy patroli, wyposażenie, siedliska zwierząt i lokalizację wodopojów. Po takim rekonesansie zatrudniają tropicieli, którzy prowadzą myśliwych do wcześniej upatrzonego miejsca, omijając strażników i kamery.

Najemni bandyci to najczęściej żołnierze, często w służbie czynnej. Mają dostęp do broni i sprzętu, znają język, zdobyli doświadczenie w pracy w niewielkich oddziałach. 

W każdym z południowoafrykańskich krajów regularnie dochodzi do nielegalnych rzezi zwierząt, a pracownicy dowolnego rezerwatu mają do opowiedzenia dziesiątki historii o pościgach, strzelaninach i oskórowanych ciałach zebr czy antylop, znajdowanych o świcie. 

W Zimbabwe prezydent Mugabe – w ramach swej autorskiej metody walki z bezrobociem – nakazał masowy pobór do wojska i policji. W kasie państwowej pieniędzy jednak nie przybywa, więc po cichu wydał polecenie, by mundurowi sami zapełniali sobie kieszenie. Policja przede wszystkim ustawia nieautoryzowane blokady na drogach i pobiera opłaty za przejazd. Żołnierze zaś najczęściej wybijają zwierzęta, po czym mięso sprzedają do rzeźni, a skóry na pamiątki. Najwięcej dzikich zwierząt można znaleźć na terenach parków narodowych i prywatnych rezerwatów, dlatego też ich ochrona regularnie staje naprzeciw uzbrojonych w karabiny Kałasznikowa, granaty i bagnety oddziałów umundurowanych kłusowników.

Ci zaś nie okazują skrupułów. Jeśli podczas tropienia nosorożca zostaną zaskoczeni przez strażników parkowych, zaczną do nich strzelać. Jeśli wywożąc zwierzęta poza teren rezerwatu, napotkają okolicznego farmera, zabiją go, by nie pozostawiać świadków. Za skórę zebry mogą dostać tysiąc dolarów, za lwa dwa razy więcej. Dla nich są to kwoty warte więcej niż ludzkie życie.

...z idealistami

Jednym z ostatnich rezerwatów przyrody w  Zimbabwe jest park Imire, leżący we wschodniej części kraju, w  pobliżu miasteczka Marondera. Prowadzi się tam niezwykle trudny program rozrodu czarnych nosorożców, w związku z czym park jest celem powtarzających się ataków. Trzy lata temu na teren Imire wkroczył czteroosobowy oddział żołnierzy – świetnie wyszkolony, metodyczny i dobrze przygotowany do akcji. Pod osłoną nocy kłusownicy przedostali się do kwater opiekunów zwierząt, a  następnie wszystkich ciężko pobili i związali. Jednego ze strażników okaleczyli do końca życia, wlewając mu w oczy kwas z akumulatora.

 

Celem były cztery czarne nosorożce, które przebywały w zamkniętych zagrodach nieopodal. Wszystkie zostały wcześniej klinicznie pozbawione rogów, a więc z rynkowego punktu widzenia nie były wiele warte. Jednak kłusownicy i tak zmasakrowali je gradem kul z karabinów AK-47. Łupem padła jedynie siedmiocentymetrowa podstawa rogu największego samca, którą wyrąbali siekierami. Śmierć pozostałych zwierząt nie miała sensu – prawdopodobnie była to po prostu demonstracja siły kłusowników. Żaden z czterech mężczyzn, podobnie jak wielu innych bandytów, nie został nigdy ujęty.

Masakrę w Imire przeżył tylko jeden mały nosorożec imieniem Tatende, którego kłusownicy nie zauważyli, bo leżał zagrzebany w sianie. Miał wtedy raptem sześć tygodni, a przetrwał tylko dzięki rodzinie Traversów – właścicieli rezerwatu, którzy zabrali go do własnego domu i otoczyli opieką. Spał z nimi w jednym łóżku, był karmiony mlekiem z butelki i biegał po kuchni. Dziś Tatende żyje na swobodzie w  buszu. Jest jednym z  sześciu nosorożców przebywających w Imire, co stanowi próbę odtworzenia programu rozrodu tych zwierząt. 

Po wydarzeniach sprzed trzech lat wzmocniono ochronę. Dziś Imire patroluje cały czas 15 wyszkolonych i uzbrojonych rangerów, którzy w obronie nosorożców ciągną za spust bez wahania. A do strzelanin dochodzi regularnie, często też któryś z nich zostaje poważnie ranny. Rok temu podczas jednego z pościgów kula z kałasznikowa roztrzaskała biodro 20-letniego rangera, innym razem kłusownicy ciężko poranili dwóch jego kolegów. Strażnicy zarabiają po 90 dolarów miesięcznie.

Czarny rynek

Rogi nosorożca jadą do Chin lub Wietnamu. Jeszcze 10 lat temu były wywożone również do Jemenu, gdzie wykonywano z nich rękojeści ozdobne sztyletów jambiya, ale ten rynek został już opanowany. Chińczycy natomiast od stuleci wierzą, że proszek z rogu nosorożca to panaceum: afrodyzjak, eliksir miłości, lek na raka i wiele innych chorób. Te wierzenia wyrastają z przepełnionej legendami chińskiej medycyny, która często kojarzy cudowne efekty działania lekarstwa z wyobrażeniem zwierzęcia i jego siły. 

Ta wiara jest tak silna, że za niewielkie porcje proszku Azjaci są w stanie zapłacić majątek, mimo że wszystkie dotychczasowe badania dowodzą niezbicie, że róg nosorożca nie ma jakichkolwiek właściwości leczniczych. Jest zbudowany ze zwykłej keratyny, jak nasze paznokcie czy włosy. Badania nad rogiem prowadziło już wiele instytutów: Szwajcarzy z Hoffman-La Roche, Brytyjczycy z Londyńskiego Towarzystwa Zoologicznego, biolodzy z Hongkongu i onkolodzy z Kuala Lumpur. Efekty identyczne – nie leczy raka, nie wspomaga, nie odczynia uroków, nie wygania złych duchów, nic nie zmienia, niczemu nie zapobiega. Wiara Chińczyków napędza jednak popyt, który w afrykańskich realiach przekłada się na strzelaniny i morderstwa. 

W tej nierównej walce obrońcy zwierząt nie mają szans. Kłusownicy nie tylko dysponują większą siłą ognia, ale często mają też po swojej stronie przekupionych urzędników państwowych i weterynarzy, którzy wystawiają fałszowane certyfikaty legalnego pochodzenia i umożliwiają wywóz rogów z kraju. Aresztowani przemytnicy wychodzą za kaucją i znikają bez śladu, a firmy znane z prowadzenia nielegalnych polowań prosperują bez przeszkód. Afrykańska korupcja jest tak powszechna, że i tej części dochodowego biznesu nie omija.

Obrońcy zwierząt chwytają się różnych metod. Od niedawna weterynarze odpiłowują pod narkozą nosorożcom rogi – powyżej granicy 7 cm, gdzie nie biegną już żadne nerwy ani naczynia krwionośne. Ta procedura ma w założeniu zmniejszać wartość rynkową nosorożca i uchronić go przed kulami kłusowników. Nie zdaje jednak egzaminu. Bandyci, wytropiwszy osobnika pozbawionego rogu, i tak go zabijają, by następnym razem nie tracić czasu na podchodzenie tego samego zwierzęcia. 

W rogach nosorożców żyjących na wolności montuje się transmitery, pomagające śledzić zwierzęta i lepiej je chronić. Czarne nosorożce są gatunkiem krytycznie zagrożonym wyginięciem, więc strata nawet kilku sztuk często prowadzi do ogromnych szkód w ich populacji. Ale obrońcy zwierząt nie stronią też od bardziej agresywnych rozwiązań. Na azjatycki rynek jakiś czas temu zaczęły trafiać zatrute rogi. Niezidentyfikowana na razie grupa aktywistów usypia nosorożce, wierci w ich rogach niewielkie otwory i wprowadza w  nie cyjanek potasu. Gdy trofeum zostanie zmielone na proszek, trucizna skazi całą porcję „panaceum”. W Azji odnotowano już kilka przypadków zgonów po zażyciu takich preparatów. 

Rezerwaty takie jak Imire są zawsze niedofinansowane. Brakuje ogrodzeń i systemów monitoringu, płot z żerdzi okalający rezerwat można przeskoczyć z rozbiegu, brakuje ludzi i amunicji, suplementów diety dla zwierząt i środków łączności. Traversowie wkładają dużo energii w poprawne relacje z policją i samorządem oraz edukowanie dzieci w okolicznych szkołach. Dbają też o  dobre stosunki z sąsiadami rezerwatu, którzy – gdy brakuje jedzenia na stole – najczęściej wybierają się na polowanie na chroniony teren. Nowoczesna ochrona przyrody to właśnie takie działania systemowe – trudna, żmudna i niebezpieczna praca. Jeśli kilka ostatnich rezerwatów polegnie w  walce z  kłusownikami, nosorożce będziemy mogli oglądać tylko na obrazkach albo w zoo.