Warszawa, rok 2057, mieszkanie małżeństwa z dwuletnim stażem. Mąż rzuca w kierunku żony zalotne spojrzenia. W odpowiedzi słyszy: „Kochanie, nie dziś, głowa mnie boli. Niech Marysia się tobą zajmie”. Tydzień później sytuacja odwraca się. „Kochanie, denerwuję się, muszę jutro wcześnie wstać. Oddaję cię dziś Stefanowi”. Czyżbyśmy gościli w komunie wymieniającej się partnerami – nieznającej zazdrości i wierności? Nic z tych rzeczy. Marysia i Stefan to maszyny. Doskonałe ludzkie kopie, poruszające się, mówiące, pachnące jak człowiek. Właściciel może dopasować ich zachowanie i temperament do tego, na co akurat ma ochotę. Kochankowie doskonali, których bez cienia wstydu można o wszystko poprosić, wszystkiego zażądać; którzy nigdy nie są zmęczeni, nigdy nie zdradzą, niczym nie zarażą ani sami na nic nie zapadną. Nie będą się krzywić na myśl o seksie z pomarszczonym dziadkiem, nikomu nic nie wypaplają, a dla pewności można je wyłączyć pilotem i trzymać w szafie.

Jaka lala!


To nie fantazja, ale prognoza. Jej autorem jest David Levy, który kilka miesięcy temu opublikował książkę „Love + Sex with Robots: The evolution of Human-Robot Relationships” (Miłość i seks z robotami: rozwój stosunków człowiek–robot).

Levy, szkocki mistrz szachowy (nie mylić z kanadyjskim astronomem o tym nazwisku), od lat zajmujący się sztuczną inteligencją, jest przekonany, że seks z elektroniczną kukłą będzie możliwy już za kilka lat. W końcu już dziś można kupić realistyczne sekslalki.

Japońska firma Axis za 7 tys. dolarów sprzedaje seksboty, które do złudzenia przypominają kobiety. Zdaniem Levy’ego w podobne wynalazki wystarczy wmontować nieco zmyślnej elektroniki i sprawa załatwiona.

Badacz zwraca uwagę, że japońskie i koreańskie domy publiczne już dziś mają w cennikach pozycję „seks z lalką”. Na dodatek stawki za usługi są zbliżone do świadczonych przez prawdziwe kobiety. Czyż nie jest to wstępna, nieco jeszcze prymitywna forma współżycia z maszyną? Wszak robot to też lalka, tyle że na baterie. Podczas badania potrzeb klientów domów publicznych Levy zauważył, że jednym z głównych motorów napędzających popyt na „te” usługi była potrzeba różnorodności doznań i wyglądu partnerów. A przecież robot może być dominującą blondynką, uległą brunetką albo przystojnym blondynem – wszak z płatnego seksu korzysta coraz więcej kobiet.

Lalki staną się tak zaawansowane, że ludzie zapałają do nich miłością. Psychologowie wyodrębniają tuzin podstawowych przyczyn, dla których ludzie zakochują się między sobą. Levy twierdzi, że roboty są w stanie zaspokoić niemal wszystkie. Podobieństwo charakterów? Potrzeba adoracji? Wspólne zainteresowania? Wszystko można zaprogramować.

Software ma być kluczem do szczęścia. Roboty zyskają maksimum ludzkich cech. Będą mogły, w razie potrzeby, „odczuwać” zazdrość albo zrobić scenę. Ale przede wszystkim posłużą jako nauczyciele seksu. Wyposażeni w czujniki będą mierzyć puls, ciśnienie, temperaturę, tempo oddechu ludzkiego partnera i na tej podstawie zachowają się adekwatnie do sytuacji.

Maszyna kupuje obrączki


Rozwój technologii ma stopniowo prowadzić do powstania androidów – tak doskonałych robotów, że będą nadawać się na mężów i żony. Levy przewiduje, że około 2050 roku dojdzie do pierwszego małżeństwa mieszanego ludzko-maszynowego. W końcu sto lat temu nie do pomyślenia było małżeństwo białej kobiety z Murzynem; do niedawna nie było mowy o legalnym związku osób tej samej płci. Dlaczego więc następnym krokiem nie miałby być ślub człowieka z robotem? Czy małżeństwa z robotami będą szczęśliwe? Niemal na pewno jednak będą łatwiejsze do zniesienia.

W książce „Drugie ja” Sherry Turkle, socjolożka z MIT, badająca wpływ Internetu i nowoczesnych narzędzi komunikacji na więzi społeczne, podaje przykład studenta, który twierdzi, że nie układa mu się z dziewczynami, ponieważ są nieprzewidywalne; nie wie zatem, jak ma się przy nich zachowywać, jak reagować na różne sytuacje. Tymczasem z komputerem potrafi postępować. Dlatego woli siedzieć przed ekranem niż użerać się z humorzastą dziewczyną.

Oprócz dostarczania nieograniczonych rozkoszy roboty spełnią ważną rolę społeczną. Zdaniem Levy’ego powszechny dostęp do maszyn seksualnych ograniczy rozmiary prostytucji i wynikających z niej patologii.

Johny, poodkurzaj!

 


Zanim zaczniemy wątpić w możliwość poczucia mięty do robota, zastanówmy się nad naszym stosunkiem do maszyn w ogóle. Już dziś masa ludzi nadaje pieszczotliwe imiona samochodom, poklepuje z szacunkiem sprzęt grający, przemawia czule do iPoda, przywiązuje się do komórki. Człowiek ma tendencję do przypisywania maszynom, których używa na co dzień, cech ludzkich. Im bardziej robot zmyślny, tym bardziej widzimy w nim partnera. Naukowcy Georgia Institute of Technology przebadali w 2007 roku 400 gospodarstw domowych, w których używano popularnego odkurzacza Roomba. Płaski cylinder jeżdżący samodzielnie po mieszkaniu szybko zyskiwał sympatię właścicieli. Okazało się, że właściciele Roomba często nadawali mu własne imię, przystrajali. Wystarczyło, że sam się rusza, by ludzie zobaczyli w nim kawałek człowieka (albo pieska).

Amerykańscy żołnierze na łamach „Washington Post” przyznali, że zaprzyjaźniali się z robotami szukającymi zakopanych min. Gdy ich „przyjaciele” trafiali na bombę i rozpadali się na kawałki, żołnierze odczuwali to jak stratę bliskiej osoby – szczątki zabierali na pamiątkę. Także fascynacja wynalazkami w rodzaju elektronicznych zwierzątek tamagotchi pokazuje, jak łatwo człowiekowi zaakceptować obecność robota, przywiązać się do niego, a nawet od niego uzależnić.

Pomysł zaprzęgnięcia najnowszych technologii do sprawiania człowiekowi przyjemności nie jest oczywiście nowy ani oryginalny. Wystarczy wspomnieć maszynę seksu z „Barbarelli” albo „orgazmotron” ze „Śpiocha” Woody’ego Allena. Któż nie marzył w skrytości ducha, by zmierzyć się z czymś takim? To było jednak science fiction. Tymczasem Levy mówi o tym, co już niedługo zdarzy się naprawdę.

Roboty konkurencją dla ludzkich związków?


Focus: Akt seksualny to, przynajmniej z reguły, obcowanie nie tylko z ciałem partnera. Musi być coś jeszcze: zapach, feromony, coś tak nieuchwytnego jak wdzięk. Jak z tym poradzą sobie producenci robotów?

David Levy: W książce zwracam uwagę, że trwają już prace nad stworzeniem takiego sztucznego zapachu. Jestem przekonany, że wszelkie trudności techniczne, dotyczące wyprodukowania ludzkiej woni, zostaną pokonane w ciągu najbliższej dekady. Co do innych cech ludzkich, to rozwinięta sztuczna inteligencja, wsparta nowoczesnymi materiałami, powinna sobie z tym poradzić.

Focus: Czyli otrzymamy idealnego partnera, który rusza się, pachnie, mówi jak żywy. Ale czy nie ma w tym zagrożenia? Czy nie będzie tak, że wszyscy stopniowo będą wiązać się tylko z robotami?

David Levy: Myślę, że niektórzy ludzie wybiorą roboty dlatego, że i tak nie będą w stanie zbudować normalnej relacji z drugim człowiekiem. Bo na przykład się wstydzą, mają trudny charakter albo są brzydcy. Jest mnóstwo powodów, dla których ktoś może nie pasować do świata typowych relacji międzyludzkich. Wierzę jednak, że dla większości ludzi robot będzie tylko dodatkiem, który nie wykluczy związku między dwiema osobami. Oni dalej będą dążyć do relacji z drugim człowiekiem, nawet będąc jednocześnie w związku z robotem.

Focus: Czy androidy będą miały formalną tożsamość? Jeśli, jak pan przewiduje, ludzie będą brali śluby z robotami, maszyny będą chyba musiały mieć jakieś nazwiska, może dowody osobiste?

David Levy: Nie pomyślałem o tym, ale może ma pan rację. W takim razie mogłoby być tak, że to człowiek, właściciel robota, zdecyduje, jak on ma się nazywać. Tak jak wybiera się imię dla psa czy kota.

Focus: A gdzie będzie przebiegać granica między maszyną a robotem o cechach ludzkich? Jeżeli w domu wybuchnie mi telewizor, mogę domagać się odszkodowania od wytwórcy. A jeśli z winy mojej żony-robota dojdzie do jakiegoś wypadku, kto będzie za to odpowiedzialny? Ja, producent robota czy sam robot?

David Levy: Ciekawe pytanie. W ogóle kwestie prawne dotyczące robotów będą w przyszłości prawdziwym polem minowym dla prawników. Już w latach 80. zaczęto się nad tym zastanawiać, ale – jak dotąd – mamy mnóstwo pytań i żadnych odpowiedzi. Trzeba tę dyskusję zostawić na później twórcom prawa.

Focus: Jak choćby kwestię dziedziczenia...

Max Suski